13.01.2024, 21:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.01.2024, 22:20 przez Neil Enfer.)
Panika i śmierć nie były do końca tym na co przygotowały mnie bezpieczne mury Akademii. Była mowa o niebezpieczeństwie i odpowiedzialności, ale szczeniackie pojedynki ni jak się mają do rzeczywistości w której faktycznie, ktoś obcy chce cię zabić.
Ucieczka na zaplecze pozostawiła bar na pastwę Śmierciożerców, ale bez różdżki nie byłem tam i tak potrzebny. Dlatego musiałem się do niej dostać. Czy wolno mi walczyć w ten sposób? Nikt się nie będzie czepiać? Zaraz, to walka w słusznej sprawie. Zmarszczyłem brwi, a facet z nosem był chyba jedynym, jaki mógł spróbować pomóc mi ogarnąć sytuację, której ani trochę nie chciałem ogarniać. Żałuję, że wziąłem tę zmianę.
Machając różdżką na szafki przebiegłem przez kuchnię i wypadłem z chmarą kruków na salę przez przejście z wyrwanymi w walce drzwiami. Głośne skrzeki towarzyszyły atakowi ptactwa na Śmierciożerców. Odciągnąć uwagę, zerwać maski, wydłubać oczy! Proste polecenia odpowiednie dla transmutowanych talerzy.
Wziąłem zamach, a trzymany w mojej dłoni czarny kocur gdy tylko zobaczył omotanego czernią przeciwnika zasyczał agresywnie, jakby tylko czekał na wskazanie celu, w stronę którego został rzucony z impetem. Różnica pomiędzy rzuconym kuflem, a kotem jest taka, że kot nie wybacza. Uderz go, a chwyci się pazurami jeszcze mocniej. Zabij go magią, a rozpryśnie się na milion kawałków szklanej butelki i zaleje podłogę czerwienią wina. Czy to pomoże mężczyźnie? Liczyłem, że chociaż odrobinę. Chwytałem już kolejną butelkę ze stojącego jakoś w tym chaosie stolika, gotów czarować kolejnego kota, którego zadaniem, zupełnie jak poprzedniego kocura, było ranić jak tylko się da, gdzie tylko łapy sięgną.
Ucieczka na zaplecze pozostawiła bar na pastwę Śmierciożerców, ale bez różdżki nie byłem tam i tak potrzebny. Dlatego musiałem się do niej dostać. Czy wolno mi walczyć w ten sposób? Nikt się nie będzie czepiać? Zaraz, to walka w słusznej sprawie. Zmarszczyłem brwi, a facet z nosem był chyba jedynym, jaki mógł spróbować pomóc mi ogarnąć sytuację, której ani trochę nie chciałem ogarniać. Żałuję, że wziąłem tę zmianę.
Machając różdżką na szafki przebiegłem przez kuchnię i wypadłem z chmarą kruków na salę przez przejście z wyrwanymi w walce drzwiami. Głośne skrzeki towarzyszyły atakowi ptactwa na Śmierciożerców. Odciągnąć uwagę, zerwać maski, wydłubać oczy! Proste polecenia odpowiednie dla transmutowanych talerzy.
Wziąłem zamach, a trzymany w mojej dłoni czarny kocur gdy tylko zobaczył omotanego czernią przeciwnika zasyczał agresywnie, jakby tylko czekał na wskazanie celu, w stronę którego został rzucony z impetem. Różnica pomiędzy rzuconym kuflem, a kotem jest taka, że kot nie wybacza. Uderz go, a chwyci się pazurami jeszcze mocniej. Zabij go magią, a rozpryśnie się na milion kawałków szklanej butelki i zaleje podłogę czerwienią wina. Czy to pomoże mężczyźnie? Liczyłem, że chociaż odrobinę. Chwytałem już kolejną butelkę ze stojącego jakoś w tym chaosie stolika, gotów czarować kolejnego kota, którego zadaniem, zupełnie jak poprzedniego kocura, było ranić jak tylko się da, gdzie tylko łapy sięgną.