23.11.2022, 12:38 ✶
- Dziękuję, dziewczęta, jeśli kiedyś poczuję się smutna, stara i brzydka, na pewno zgłoszę się do was po pocieszenie – powiedziała Florence do Astorii. Była faktycznie „za stara”, aby krygować się na komplementy, nawet jeżeli dostawała je rzadko i nie była do nich przyzwyczajona. A i nie były w sytuacji, w której surowość zachowania była wskazana, a nawet mile widziana, jak wtedy na przykład, gdy Bulstrode stała nad łóżkiem bardzo chorego pacjenta. – Może ty Astorio też powinnaś rozważyć przyjmowanie klientów w takim stroju? Jestem pewna, że miałabyś wtedy szansę jeszcze szybciej pobić słynnego Dołohowa.
Albo na oganianie się od klientów miotłą, bo też wyglądało dziś niesamowicie. Jeśli szło o Alice, ona w oczach Florence zawsze była piękna, była w końcu jej małą kuzynką.
Baczne spojrzenie jasnych oczu przesuwało się po licytujących, na dłużej zatrzymując się na Seraphinie. Florence uniosła kieliszek do ust, chociaż upiła ledwo łyk. Jutro czekał ją dyżur w Mungu i nie mogła pozwolić sobie na kaca.
- Przynajmniej jedna osoba, myślę, mogłaby rzucić się tutaj reszcie do gardeł – powiedziała, nie zdradzając jednak, o kim myśli. - Myślicie, że Erik Longbottom ma jakiegoś potomka wiłę, a nas akurat nie trafiło, jak użył czaru? – spytała z pewną fascynacją, kiedy suma wreszcie przekroczyła dwadzieścia tysięcy galeonów. A może Brenna Longbottom wcześniej wybrała najbogatsze osoby z publiki i napoiła je amortencją? Chodziło przecież o zwykłą kolację, nie możliwość poprowadzenia Erika do ołtarza, a tu latały takie sumy… Wprawdzie kamienica, w której mieszkała Florence, nie miała oranżerii na dachu, ale była całkiem spora i Bulstrode kojarzyła, że kosztowała jednak chyba trochę poniżej tych dwudziestu tysięcy galeonów.
- Czy ja wiem, czy nie są warte? Seraphina nie lubi przegrywać – mruknęła do Alice, trochę rozbawiona, trochę przerażona. – Może przestraszyła się właśnie waszych wizji. Krwawego zakończenia. Czyli bójki o Erika albo Salomonowego wyroku z przecięciem na pół…
Florence uśmiechnęła się znowu, tym razem do siebie, obserwując przez moment Camerona, Heather i dziennikarkę. A gdy ta odeszła…
- Wybaczcie mi na sekundkę, proszę, dosłownie za moment do was wracam – obiecała, odstawiając na wpół pełny kieliszek na tacę najbliższego kelnera. Potem zaś ruszyła prosto do Lupina i Wood. Czy szła zwrócić jej uwagę za obraźliwy gest, jaki ta wykonała? Skąd. Florence już o nim nie pamiętała. Ale jeżeli szło o Camerona…
Jeśli nie jesteś w stanie w poniedziałek rano w szpitalu zachowywać stu procentowo trzeźwej głowy po tym, jak balowałeś w weekend, albo nie powinieneś balować, albo pracować w szpitalu. Tak, Florence bywała bardzo surowa i chociaż nigdy nie „ucięłaby” stażysty z powodu własnych animozji, to już uważając, że nie nadaje się do szpitala… oczywiście. Nadeszła pora przetestować, jak wyglądało to w przypadku Camerona.
- Cameron, mój drogi! – powiedziała, podchodząc od niego z szerokim uśmiechem na ustach. Zwykle prezentowała taki na widok bardzo ciekawych przypadków klątw, choć trzeba przyznać, że tych, które nie stawnowiły niebezpieczeństwa dla życia.– Nie zajmę wam wiele czasu, jedna drobniutka sprawa. Pamiętasz, że na poniedziałek miałeś opanować informacje o możliwych skutkach ubocznych źle rzuconych klątw? – przypomniała. Owszem, stażyści na oddziale dostali takie zalecenie. Ale nic nie wspominała o… - Będzie mały teścik. Pięćdziesiąt pytań teoretycznych, pięć zadań praktycznych. Punkt. Siódma. Rano.
Albo na oganianie się od klientów miotłą, bo też wyglądało dziś niesamowicie. Jeśli szło o Alice, ona w oczach Florence zawsze była piękna, była w końcu jej małą kuzynką.
Baczne spojrzenie jasnych oczu przesuwało się po licytujących, na dłużej zatrzymując się na Seraphinie. Florence uniosła kieliszek do ust, chociaż upiła ledwo łyk. Jutro czekał ją dyżur w Mungu i nie mogła pozwolić sobie na kaca.
- Przynajmniej jedna osoba, myślę, mogłaby rzucić się tutaj reszcie do gardeł – powiedziała, nie zdradzając jednak, o kim myśli. - Myślicie, że Erik Longbottom ma jakiegoś potomka wiłę, a nas akurat nie trafiło, jak użył czaru? – spytała z pewną fascynacją, kiedy suma wreszcie przekroczyła dwadzieścia tysięcy galeonów. A może Brenna Longbottom wcześniej wybrała najbogatsze osoby z publiki i napoiła je amortencją? Chodziło przecież o zwykłą kolację, nie możliwość poprowadzenia Erika do ołtarza, a tu latały takie sumy… Wprawdzie kamienica, w której mieszkała Florence, nie miała oranżerii na dachu, ale była całkiem spora i Bulstrode kojarzyła, że kosztowała jednak chyba trochę poniżej tych dwudziestu tysięcy galeonów.
- Czy ja wiem, czy nie są warte? Seraphina nie lubi przegrywać – mruknęła do Alice, trochę rozbawiona, trochę przerażona. – Może przestraszyła się właśnie waszych wizji. Krwawego zakończenia. Czyli bójki o Erika albo Salomonowego wyroku z przecięciem na pół…
Florence uśmiechnęła się znowu, tym razem do siebie, obserwując przez moment Camerona, Heather i dziennikarkę. A gdy ta odeszła…
- Wybaczcie mi na sekundkę, proszę, dosłownie za moment do was wracam – obiecała, odstawiając na wpół pełny kieliszek na tacę najbliższego kelnera. Potem zaś ruszyła prosto do Lupina i Wood. Czy szła zwrócić jej uwagę za obraźliwy gest, jaki ta wykonała? Skąd. Florence już o nim nie pamiętała. Ale jeżeli szło o Camerona…
Jeśli nie jesteś w stanie w poniedziałek rano w szpitalu zachowywać stu procentowo trzeźwej głowy po tym, jak balowałeś w weekend, albo nie powinieneś balować, albo pracować w szpitalu. Tak, Florence bywała bardzo surowa i chociaż nigdy nie „ucięłaby” stażysty z powodu własnych animozji, to już uważając, że nie nadaje się do szpitala… oczywiście. Nadeszła pora przetestować, jak wyglądało to w przypadku Camerona.
- Cameron, mój drogi! – powiedziała, podchodząc od niego z szerokim uśmiechem na ustach. Zwykle prezentowała taki na widok bardzo ciekawych przypadków klątw, choć trzeba przyznać, że tych, które nie stawnowiły niebezpieczeństwa dla życia.– Nie zajmę wam wiele czasu, jedna drobniutka sprawa. Pamiętasz, że na poniedziałek miałeś opanować informacje o możliwych skutkach ubocznych źle rzuconych klątw? – przypomniała. Owszem, stażyści na oddziale dostali takie zalecenie. Ale nic nie wspominała o… - Będzie mały teścik. Pięćdziesiąt pytań teoretycznych, pięć zadań praktycznych. Punkt. Siódma. Rano.