Starał się pamiętać o najmniejszych drobnostkach dobrego zachowania, savoir vivre. Jakim widelczykiem jeść, jak się witać w danych okolicznościach, tytulatury, wszystkie te drobnostki wpływające na to, jak mogłeś zostać odebrany. Tak i wypadało sobie przynieść coś do picia, jeśli gość o napitek prosił. Nie musiało chcieć ci się pić. Chodziło o to, żeby twój gość czuł się bardziej swobodnie. Na jednej płaszczyźnie z gospodarzem, o ile nie próbowałeś podkreślić własnej pozycji w danej chwili. Zazwyczaj nie chodziło o to, żeby przez brak herbaty okazać komuś wyższość bądź nie. Kiedy pijesz możesz się czymś zająć. Mieć pretekst, żeby nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Odpowiednio odczytana atmosfera pozwoli ci zareagować w taki sam sposób. Znaleźć dla oczu zajęcie, żeby nie wpatrywać się tak w osobę pijącą. Dokładnie to, co robił teraz Laurent. I nawet niekoniecznie śpieszyło mu się, żeby jednak sobie też lemoniadę przynieść, chociaż nie było to celowe i świadome działanie z jego strony. Zapomniał się. Rozkojarzony, zatopiony w myślach. Spodziewając się, że zaraz usłyszy, że sobie Philip musiał przemyśleć coś, skoro się tu zjawił bez zapowiedzi. Zaczynał widzieć schemat tego całego chorego postępowania.
- Nie chciałem zostawać w domu bez gospodarza. Nie czułbym się swobodnie. - Z jakiej racji zresztą miałby się tam swobodnie czuć? Nie byli już nawet kochankami wedle tego, co sobie powiedzieli. I chociaż Laurent chciał Philipa nazywać przyjacielem, to przecież do takiego nawiązania relacji też mieli całkiem daleką drogę. Odpowiedział mu bezpośrednio, bez owijania w bawełnę. Bez ślicznych słówek, czy próby prześlizgnięcia się po temacie, żeby odwrócić od niego spojrzenie, albo próbować zamienić w żart. Zamierzał tego nie robić, mając w głowie, że blondyna to denerwowało i miał na ten jego instynkt obronny jakąś alergię. Jeszcze nie było mu się przed czym bronić. Jeszcze. Chciał powiedzieć, że nie jest mu niczego winien, ale to nie zabrzmiałoby dobrze. I zabrzmiało by tak, jakby teraz nie bardzo go nawet interesowało, co ma do powiedzenia. Jakby nie chciał słyszeć wyjaśnień. Właściwie chciał usłyszeć to, co podejrzewał, na głos. Tylko niekoniecznie spodziewał się o wiele głębszych z tego wniosków.
Tym bardziej nie spodziewał się takiego głębokiego wyznania.
Trochę pobladł, trochę mina mu zrzedła, zrobiło się trochę poważniej. To dopiero był brak owijania w bawełnę. Podejście drugie. Zranił go za pierwszym sądząc, że to było odpowiednie, że to było zgodne z tym, co sądził i uczuciami. Było? Chyba nie, skoro sam nie mógł wyrzucić Philipa ze swojej głowy. Z drugiej strony ich ocieranie się o siebie ciągle ich raniło. To nie były malutkie ranki, zarysowania, zadrapania. To naprawdę bolało.
- Nigdy dotąd nie informowaliśmy siebie wzajem o wyjazdach i umawialiśmy się zawczasu, więc... w porządku. Rozumiem i nie ma... nie ma problemu. - To była w sumie jego głupota, że coś mu się uwidziało, coś mu się wydawało... ale chyba jednak nie wydawało, skoro teraz Philip rzucał takimi hasłami? Oderwał od Notta wzrok i przesunął nim na bok. Jakoś utrzymanie kontaktu wzrokowego w danej chwili nie było komfortowe. - Po prostu... dziwnie traktujesz osobę, którą, jak mówisz, "nie możesz wyrzucić z głowy". - Wrócił do niego spojrzeniem. - Żałośnie wyznałem ci, że potrzebuję pomocy, a ty... ty sobie wyjechałeś, bo musiałeś to przemyśleć. - Nie miał w głosie emocji żalu czy pretensji. Mówił spokojnie.