14.01.2024, 19:32 ✶
Może powinien połączyć te myśli? Może dziura na rodzinnym gobelinie była dziurą wypaloną takim papierosem, takim samym, który wypalał dziurę w jedwabnej koszuli będącej analogią tego pięknego miejsca? Crow był szczurem - człowiekiem z Podziemi, o skórze tak bladej, jaką pochwalić się mogli chyba tylko chłopcy przesiadujący dla Fontaine z dala od słońca i ludzie chorzy. Kiedy bladość innych kojarzyła się z porcelaną, jego bladość mogła być tylko i wyłącznie szarością - jak siwy dym wydmuchiwany z ust, wydobywający się z rozgrzanej tkaniny, z której znikały imię i twarz Perseusa.
Pokusa nie była tego warta. Stracenie własnego dziedzictwa nie brzmiało jak cena, jaką ktokolwiek chciałby ponieść za noc z wykolejeńcem jego pokroju, ale zagubiony Black miał to szczęście, że Crow był dzieckiem wychowanym na ulicy i dobrze wiedział, jakimi informacjami nie powinno dzielić się poza przestrzenią cudzej (bo własnej nie miał) sypialni. Ich brudny, mały sekret - najpewniej jedna noc spędzona w uniesieniu, a później będzie unikał jego spojrzenia - to przynajmniej zakładał Flynn, patrząc na zsuwający mu się z ramion płaszcz. Nie było w tym żadnej przyszłości, nie było wspólnej myśli innej niż pożądanie, nie było uczucia, że tylko ze sobą mogliby wydobrzeć - ze sobą mogli unieść się na chwilę po to, aby później spaść w to samo miejsce. Brak w tym było zaczepienia. Jakiegoś punktu, którego można by się złapać, ale dawało smak życia na wysokości - to jedno uszczknięcie mogło uratować twoją duszę, jeżeli tylko skupisz się na tym, aby dążyć do smaku, jaki ci tam dano.
Smaku wina, spalenizny i cudzych ust.
Crow jedną ręką trzymał papierosa, drugą dotykającego go Blacka. Dłoń mężczyzny zacisnęła się mocno na skórze tuż nad jego pośladkiem, zaś język żywo i dominującą witał go w przedsmaku tego, co miał za moment przeżyć - ogień. Ale to nie był ogień, który trawił i pożerał - to był ogień, który dawał życie - zapruszony przez kogoś, kto czuł i rozumiał, potrafił odnaleźć w nawet gwałtownym dotyku zadziwiającą delikatność. Mógł być wykręcony jak diabli, mógł być sokratycznym narkomanem zagubionym gdzieś w cuchnących śmiercią korytarzach rozciągających się pod magicznymi dzielnicami Londynu, ale to wciąż w nim było - prawdziwe uczucia, emocje objawiające się wokół niego w postaci fal czerwieni - coś więcej niż podniecenie - a może to tylko chwila kazała tak o nim myśleć, bo to dawało nadzieję na to, że dało się uszczknąć z niego więcej niż przyciskające się do ciebie, rozgrzane ciało.
- Duszy?
Perseus nie musiał prowadzić go dyskretnie w stronę łóżka, bo Crow napierał na niego ciałem, zmuszając go do wycofywania się tam w sposób bezpośredni.
Nie wierzył w dusze. Widział w swoim życiu duchy, ale zawsze były jedynie zapisem jakimś wspomnień, nie było w nich nic głębszego od tego, co widmowidzowie odczytywali z przedmiotów - strzępki przeszłości poskładane w rozproszoną, rozmytą całość - dusza sama w sobie nie istniała. Nie było nic dalej, śmierć była ostatecznym końcem. Dusza nie istniała, a on mógł wyczytać z niego wszystkie prorocze bzdury, jakie chciał, mógł pleść coś o kolorach, ale nigdy nie odczyta prawdy o jego jestestwie - Perseus mógł przeczytać z jego oczu wszystko, odnośnie tej chwili, na pewno nie prawdę o tym, kim był.
Kiedy znaleźli się w bezpiecznej do tego gestu odległości, pchnął Perseusa na ten materac i uśmiechnął się bezczelnie. Zagwizdał jakąś melodię, zabujał się do niej biodrami, zdradzając się w dwóch rzeczach. Po pierwsze - ta muzyka, o jakiej wspomniał chwilę wcześniej, grała mu w głowie cały ten czas. Po drugie - nie kłamał mówiąc o swoich upodobaniach. Skórzane spodnie opinały go już solidnie, ale nie chwycił za pasek. Zamiast tego wsadził sobie tego wspomnianego wcześniej papierosa pomiędzy wargi, żeby zrzucić z siebie kurtkę, w dość bliźniaczy sposób co Black, a zaraz później, wciąż górując swoją osobą nad leżącym chłopakiem, ściągnął obcisły, czarny podkoszulek i zaśmiał się delikatnie. Wielki tatuaż z sercem na jego klatce piersiowej miał na sobie imię Czarnej Wiedźmy Ścieżek - nie był już kryminalistą w żarcie i domysłach - miał to wypisane czarnym tuszem na jasnej skórze.
- Skoro jest piękna, to pewnie jest czarna? - Zapytał, trochę niewyraźnie, bo trzymał papierosa w zębach, a rękoma siłował się ze sprzączką. Uniósł w górę brwi, chociaż wcale nie wyglądał na zainteresowanego tematem. W dodatku sprawiał wrażenie kogoś oszołomionego czymś więcej niż winem, być może czymś, co władował w siebie jeszcze zanim przyszli tu razem do hotelu. Nie dało się jednak ukryć tego, że pytanie było trafione - monochromatyczność jego ubioru rzucała się w oczy od razu.
Pokusa nie była tego warta. Stracenie własnego dziedzictwa nie brzmiało jak cena, jaką ktokolwiek chciałby ponieść za noc z wykolejeńcem jego pokroju, ale zagubiony Black miał to szczęście, że Crow był dzieckiem wychowanym na ulicy i dobrze wiedział, jakimi informacjami nie powinno dzielić się poza przestrzenią cudzej (bo własnej nie miał) sypialni. Ich brudny, mały sekret - najpewniej jedna noc spędzona w uniesieniu, a później będzie unikał jego spojrzenia - to przynajmniej zakładał Flynn, patrząc na zsuwający mu się z ramion płaszcz. Nie było w tym żadnej przyszłości, nie było wspólnej myśli innej niż pożądanie, nie było uczucia, że tylko ze sobą mogliby wydobrzeć - ze sobą mogli unieść się na chwilę po to, aby później spaść w to samo miejsce. Brak w tym było zaczepienia. Jakiegoś punktu, którego można by się złapać, ale dawało smak życia na wysokości - to jedno uszczknięcie mogło uratować twoją duszę, jeżeli tylko skupisz się na tym, aby dążyć do smaku, jaki ci tam dano.
Smaku wina, spalenizny i cudzych ust.
Crow jedną ręką trzymał papierosa, drugą dotykającego go Blacka. Dłoń mężczyzny zacisnęła się mocno na skórze tuż nad jego pośladkiem, zaś język żywo i dominującą witał go w przedsmaku tego, co miał za moment przeżyć - ogień. Ale to nie był ogień, który trawił i pożerał - to był ogień, który dawał życie - zapruszony przez kogoś, kto czuł i rozumiał, potrafił odnaleźć w nawet gwałtownym dotyku zadziwiającą delikatność. Mógł być wykręcony jak diabli, mógł być sokratycznym narkomanem zagubionym gdzieś w cuchnących śmiercią korytarzach rozciągających się pod magicznymi dzielnicami Londynu, ale to wciąż w nim było - prawdziwe uczucia, emocje objawiające się wokół niego w postaci fal czerwieni - coś więcej niż podniecenie - a może to tylko chwila kazała tak o nim myśleć, bo to dawało nadzieję na to, że dało się uszczknąć z niego więcej niż przyciskające się do ciebie, rozgrzane ciało.
- Duszy?
Perseus nie musiał prowadzić go dyskretnie w stronę łóżka, bo Crow napierał na niego ciałem, zmuszając go do wycofywania się tam w sposób bezpośredni.
Nie wierzył w dusze. Widział w swoim życiu duchy, ale zawsze były jedynie zapisem jakimś wspomnień, nie było w nich nic głębszego od tego, co widmowidzowie odczytywali z przedmiotów - strzępki przeszłości poskładane w rozproszoną, rozmytą całość - dusza sama w sobie nie istniała. Nie było nic dalej, śmierć była ostatecznym końcem. Dusza nie istniała, a on mógł wyczytać z niego wszystkie prorocze bzdury, jakie chciał, mógł pleść coś o kolorach, ale nigdy nie odczyta prawdy o jego jestestwie - Perseus mógł przeczytać z jego oczu wszystko, odnośnie tej chwili, na pewno nie prawdę o tym, kim był.
Kiedy znaleźli się w bezpiecznej do tego gestu odległości, pchnął Perseusa na ten materac i uśmiechnął się bezczelnie. Zagwizdał jakąś melodię, zabujał się do niej biodrami, zdradzając się w dwóch rzeczach. Po pierwsze - ta muzyka, o jakiej wspomniał chwilę wcześniej, grała mu w głowie cały ten czas. Po drugie - nie kłamał mówiąc o swoich upodobaniach. Skórzane spodnie opinały go już solidnie, ale nie chwycił za pasek. Zamiast tego wsadził sobie tego wspomnianego wcześniej papierosa pomiędzy wargi, żeby zrzucić z siebie kurtkę, w dość bliźniaczy sposób co Black, a zaraz później, wciąż górując swoją osobą nad leżącym chłopakiem, ściągnął obcisły, czarny podkoszulek i zaśmiał się delikatnie. Wielki tatuaż z sercem na jego klatce piersiowej miał na sobie imię Czarnej Wiedźmy Ścieżek - nie był już kryminalistą w żarcie i domysłach - miał to wypisane czarnym tuszem na jasnej skórze.
- Skoro jest piękna, to pewnie jest czarna? - Zapytał, trochę niewyraźnie, bo trzymał papierosa w zębach, a rękoma siłował się ze sprzączką. Uniósł w górę brwi, chociaż wcale nie wyglądał na zainteresowanego tematem. W dodatku sprawiał wrażenie kogoś oszołomionego czymś więcej niż winem, być może czymś, co władował w siebie jeszcze zanim przyszli tu razem do hotelu. Nie dało się jednak ukryć tego, że pytanie było trafione - monochromatyczność jego ubioru rzucała się w oczy od razu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.