14.01.2024, 11:35 ✶
Tak naprawdę wcale nie wiedziała, co robić.
Było w tym trochę odruchów, wyuczonych po wieloletnich szkoleniach, nie tylko w pracy, ale odbieranych też w rodzinnym domu. Ojcowie w rodach czystej krwi wychowywali zwykle swoje córki na księżniczki – obojętnie, który ich rodzaj, czy ten rozpieszczony, czy mający był ideałem, czy też stanowiący swego rodzaju „inwestycję”, w to, co nastąpi dalej – a jej ojciec próbował wychować ją na żołnierza, bo po prostu było to dla niego najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem.
Tak naprawdę jednak działały głównie odrobina szczęścia i fakt, że po prostu nie miało się wyboru.
Z pewnością dodatkową motywacją był fakt, że tuż obok była Paxton, i gdzieś z tyłu głowy Brenny tkwiła myśl – nie do końca uświadomiona jeszcze, bo w ogniu walki nie miało się dużo czasu na zastanawianie – że jeżeli przegrają, to Avelina zginie. Nie było motyw, aby ktoś, kto postanowił udowodnić, że zasługuje na miejsce w gronie naśladowców Voldemorta, pozostawił przy życiu szlamę.
Szafka za nimi rozbiła się z trzaskiem, zasypując je odłamkami. Avelina tymczasem rzuciła czar, który zadziałał wręcz idealnie: szafka przy wejściu przewróciła się i przygniotła do podłogi mężczyznę, wcześniej związanego zaklęciem Brenny. Rozległ się huk, znów trzask tłuczonych fiolek i jęk człowieka, który teraz z pewnością nie był w stanie rzucić żadnego zaklęcia.
Brenna znów wychyliła się zza szafki, ciskając kolejny czar. Dwa zaklęcia, rzucone przez nią i przez drugiego z napastników, minęły się w locie. Strumień powietrza wyczarowany przez Longbottom wymiótł dosłownie człowieka z pomieszczenia, posyłając go na ośnieżoną ulicę i sprawiając, że przetoczył się tam po bruku. Bardzo podobne, choć nieco słabsze zaklęcie, trafiło ją – i rzuciło ją w tył, o ścianę. Podniosła się niemal natychmiast i rzuciła do drzwi, przeskakując po drodze nad szafką i przygniecionym przez tę człowiekiem.
– Szlag! – syknęła, kiedy dopadła wejścia. Schwyciła się framugi, bo omal nie potknęła się na oblodzonym chodniku. – Teleportował się. Ave, nic ci nie jest? – zapytała, cofając się i zatrzaskując drzwi. Szybko przekręciła zamek, bo nie mogły być wcale pewne, czy tamten zaraz nie wróci, i to niekoniecznie sam.
Brenna przykucnęła, by sprawdzić, czy przygnieciony przez Avelinę szafką człowiek wciąż żyje. W duchu modliła się, by tak było. Nie dlatego, że jego śmierć poruszyłaby ją jakoś szczególnie – ale dlatego, że wtedy rozpętałoby się wielkie śledztwo, Paxton mogłaby mieć kłopoty, nawet gdyby Brenna wzięła winę na siebie, nie wspominając już o tym, że to pewnie obciążyłoby sumienie dziewczyny. Na całe szczęście usłyszała jęknięcie, zwiastujące, że napastnika bardzo, bardzo bolą głowa i kończyny, ale ciężki regał nie wydusił z niego życia…
Rzuty
Było w tym trochę odruchów, wyuczonych po wieloletnich szkoleniach, nie tylko w pracy, ale odbieranych też w rodzinnym domu. Ojcowie w rodach czystej krwi wychowywali zwykle swoje córki na księżniczki – obojętnie, który ich rodzaj, czy ten rozpieszczony, czy mający był ideałem, czy też stanowiący swego rodzaju „inwestycję”, w to, co nastąpi dalej – a jej ojciec próbował wychować ją na żołnierza, bo po prostu było to dla niego najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem.
Tak naprawdę jednak działały głównie odrobina szczęścia i fakt, że po prostu nie miało się wyboru.
Z pewnością dodatkową motywacją był fakt, że tuż obok była Paxton, i gdzieś z tyłu głowy Brenny tkwiła myśl – nie do końca uświadomiona jeszcze, bo w ogniu walki nie miało się dużo czasu na zastanawianie – że jeżeli przegrają, to Avelina zginie. Nie było motyw, aby ktoś, kto postanowił udowodnić, że zasługuje na miejsce w gronie naśladowców Voldemorta, pozostawił przy życiu szlamę.
Szafka za nimi rozbiła się z trzaskiem, zasypując je odłamkami. Avelina tymczasem rzuciła czar, który zadziałał wręcz idealnie: szafka przy wejściu przewróciła się i przygniotła do podłogi mężczyznę, wcześniej związanego zaklęciem Brenny. Rozległ się huk, znów trzask tłuczonych fiolek i jęk człowieka, który teraz z pewnością nie był w stanie rzucić żadnego zaklęcia.
Brenna znów wychyliła się zza szafki, ciskając kolejny czar. Dwa zaklęcia, rzucone przez nią i przez drugiego z napastników, minęły się w locie. Strumień powietrza wyczarowany przez Longbottom wymiótł dosłownie człowieka z pomieszczenia, posyłając go na ośnieżoną ulicę i sprawiając, że przetoczył się tam po bruku. Bardzo podobne, choć nieco słabsze zaklęcie, trafiło ją – i rzuciło ją w tył, o ścianę. Podniosła się niemal natychmiast i rzuciła do drzwi, przeskakując po drodze nad szafką i przygniecionym przez tę człowiekiem.
– Szlag! – syknęła, kiedy dopadła wejścia. Schwyciła się framugi, bo omal nie potknęła się na oblodzonym chodniku. – Teleportował się. Ave, nic ci nie jest? – zapytała, cofając się i zatrzaskując drzwi. Szybko przekręciła zamek, bo nie mogły być wcale pewne, czy tamten zaraz nie wróci, i to niekoniecznie sam.
Brenna przykucnęła, by sprawdzić, czy przygnieciony przez Avelinę szafką człowiek wciąż żyje. W duchu modliła się, by tak było. Nie dlatego, że jego śmierć poruszyłaby ją jakoś szczególnie – ale dlatego, że wtedy rozpętałoby się wielkie śledztwo, Paxton mogłaby mieć kłopoty, nawet gdyby Brenna wzięła winę na siebie, nie wspominając już o tym, że to pewnie obciążyłoby sumienie dziewczyny. Na całe szczęście usłyszała jęknięcie, zwiastujące, że napastnika bardzo, bardzo bolą głowa i kończyny, ale ciężki regał nie wydusił z niego życia…
Rzuty
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.