14.01.2024, 11:48 ✶
Zostań tu. Camille spojrzała poważnie na Lestrange'a i pokręciła głową. Był chyba niespełna rozumu jeśli uważał, że będzie stać z tyłu i się przyglądać, jak on pakuje się w jedną wielką niewiadomą. Bo nawet nie mieli pojęcia, co w pomieszczeniu, na które patrzyli, się działo. Dlatego wzmocniła chwyt na różdżce i przepuściła Laurence'a przodem, a potem ostrożnie wślizgnęła się za nim do środka.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczył Lestrange, była przewrócona szafa w pełnej okazałości. Wokół faktycznie leżały porozrzucane dokumenty - składały się na nie całe teczki i pojedyncze kartki, które wyfrunęły z teczek. Rozkład dokumentów nie świadczył o tym, by to był przypadek: wyglądało na to, jakby ktoś czegoś szukał i nie znalazł, więc postanowił wywalić szafę. Tylko kto miałby tyle siły? W pomieszczeniu panował półmrok, paliła się jedna jedyna świeczka, którą ktoś postawił na biurku. Okna były szczelnie zasłonięte, jak zwykle o tej porze dnia. Ludzie zajmujący się archiwum mieli stałe godziny pracy i byli skrupulatni, jeśli chodzi o zabezpieczanie tego pomieszczenia: zarówno magicznie, jak i nie. Dlatego też okna zostały dokładnie zamknięte i zasłonięte, ale drzwi... Albo ktoś złamał zabezpieczenia, albo być może któryś z pracowników zapomniał je dobrze zamknąć?
Z boku pomieszczenia, z prawej strony, Laurence dostrzegł ruch. Ktoś tu był, co do tego nie było wątpliwości. Krył się w cieniach, migoczących przez poruszany powietrzem płomień, lecz nie wyglądało na to, by się specjalnie ukrywał. Sylwetka, którą dostrzegał Lestrange, była nienaturalnie przygarbiona i powykręcana, ale była zdecydowanie ludzka. Z tamtej strony dochodziło też dziwne dyszenie i powarkiwanie, jakby osoba, która była odpowiedzialna za ten bałagan, straciła na chwilę cząstkę człowieczeństwa. Nie widział białego kitla, widział za to koszulę, którą dawano pacjentom na oddziale. Wszyscy mieli takie same, nie mógł więc stwierdzić jednoznacznie, czyim dokładnie był pacjentem. Laurence poczuł dreszcz, przechodzący po całym ciele, gdy sylwetka nagle podniosła głowę. Mężczyzna, który stał dorbe kilka metrów od niego, miał obłęd w oczach. Ściskał swoje ramiona i mocno wbijał w nie paznokcie, aż do krwi.
- Różdżka - wymamrotał, patrząc na dłoń mężczyzny. - Ukradłeś ją!
Wyciągnął łapy w stronę uzdrowiciela i spiął się do skoku, jakby chciał go zaatakować.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczył Lestrange, była przewrócona szafa w pełnej okazałości. Wokół faktycznie leżały porozrzucane dokumenty - składały się na nie całe teczki i pojedyncze kartki, które wyfrunęły z teczek. Rozkład dokumentów nie świadczył o tym, by to był przypadek: wyglądało na to, jakby ktoś czegoś szukał i nie znalazł, więc postanowił wywalić szafę. Tylko kto miałby tyle siły? W pomieszczeniu panował półmrok, paliła się jedna jedyna świeczka, którą ktoś postawił na biurku. Okna były szczelnie zasłonięte, jak zwykle o tej porze dnia. Ludzie zajmujący się archiwum mieli stałe godziny pracy i byli skrupulatni, jeśli chodzi o zabezpieczanie tego pomieszczenia: zarówno magicznie, jak i nie. Dlatego też okna zostały dokładnie zamknięte i zasłonięte, ale drzwi... Albo ktoś złamał zabezpieczenia, albo być może któryś z pracowników zapomniał je dobrze zamknąć?
Z boku pomieszczenia, z prawej strony, Laurence dostrzegł ruch. Ktoś tu był, co do tego nie było wątpliwości. Krył się w cieniach, migoczących przez poruszany powietrzem płomień, lecz nie wyglądało na to, by się specjalnie ukrywał. Sylwetka, którą dostrzegał Lestrange, była nienaturalnie przygarbiona i powykręcana, ale była zdecydowanie ludzka. Z tamtej strony dochodziło też dziwne dyszenie i powarkiwanie, jakby osoba, która była odpowiedzialna za ten bałagan, straciła na chwilę cząstkę człowieczeństwa. Nie widział białego kitla, widział za to koszulę, którą dawano pacjentom na oddziale. Wszyscy mieli takie same, nie mógł więc stwierdzić jednoznacznie, czyim dokładnie był pacjentem. Laurence poczuł dreszcz, przechodzący po całym ciele, gdy sylwetka nagle podniosła głowę. Mężczyzna, który stał dorbe kilka metrów od niego, miał obłęd w oczach. Ściskał swoje ramiona i mocno wbijał w nie paznokcie, aż do krwi.
- Różdżka - wymamrotał, patrząc na dłoń mężczyzny. - Ukradłeś ją!
Wyciągnął łapy w stronę uzdrowiciela i spiął się do skoku, jakby chciał go zaatakować.