14.01.2024, 11:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 13:15 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Florence obiecała, że nie będzie zadawała pytań.
Zwykle chciała wiedzieć. Utrzymywanie w błogiej nieświadomości uważała za gorsze niż najpaskudniejsza prawda. W tym wypadku jednak przyjęła do wiadomości wszystko: że Patrick wiedziała o Beltane więcej niż Ministerstwo, że jedną z jej ciotek trafiła paskudna klątwa, i nie trafiła do szpitala, że niektóre działania pozostawały w cieniu. I nie pytała. Pewnych rzeczy mogła się domyślić, jak tego, że Ministerstwo było zinfiltrowane, i że gdyby Arabella pojawiła się w Mungu, śmierciożercy za wcześnie dowiedzieliby się, że przeżyła. Nad innymi wolała nie rozmyślać, bo ostatecznie wyglądało na to, że walka zamieniła się w prawdziwą wojnę, a na takiej tylko ktoś, kto spogląda z góry na szachownicę ma pełne informacje.
Nie pytała więc, dlaczego ma zbadać kogoś po cichu, nie w szpitalu, przyjmując po prostu do wiadomości, że nikt nie powinien dowiedzieć się o obrażeniach, jakie odniósł. Nie zastanawiała się nawet, dlaczego leczenie miało nastąpić w jakimś zapomnianym przez Merlina i ludzi zakątku. Nie dopytywała, kim był mężczyzna, któremu miała pomóc. I nie wnikało w to, kim była kobieta, która wyłoniła się z kominka ledwo minutę po samej Florence: zadowoliła się informacją, że ta dostarczy eliksiry.
Nie wiedziała nawet, gdzie dokładnie się znalazły, poza tym, że gdzieś nad morzem. Ledwo wyszła z płomieni (i odruchowo sięgnęła po różdżkę, by oczyścić ubranie i podłogę, gest, którego nie umiała zwalczyć) usłyszała charakterystyczny szum, a chwilę później krzyk mew, dźwięki, które znała całkiem dobrze, ze wszystkich odwiedzin u Laurenta w New Forest. Spojrzenie jasnych oczu przesunęło się po wnętrzu. Jak szybko zauważyła, niezbyt dużym, nie obskurnym, ale dość zaniedbanym, wyglądającym tak, jakby przez jakiś czas nikt tu nie mieszkał: na drewnianych meblach ostała się warstwa kurzu, w powietrzu zaś unosił się nieprzyjemny zapach.
Na łóżku tymczasem usiadł mężczyzna, na oko gdzieś koło pięćdziesiątego roku życia. Skórę miał ciemną, ogorzałą od słońca i wiatru, włosy kompletnie posiwiałe, twarz tu i ówdzie pobrużdżoną zmarszczkami, mimo tego, że sama sylwetka była krzepka, wskazująca na to, że nie mają do czynienia z jakimś staruszkiem. Na jednym z odsłoniętych przedramion malował się tatuaż, dość stary już, wyblakły od słońca, przedstawiający kotwicę. Drugie niesprawnie owinięto bandażem. W dłoni trzymał różdżkę i natychmiast wycelował we Florence.
– Od Patricka – powiedziała natychmiast, unosząc dłonie lekko w górę.