• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander

[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#2
14.01.2024, 20:08  ✶  

Czas nie miał znaczenia. Nawet jeśli otulał ją barchanowym całunem apatii; nawet gdy wydzierał jej z klatki piersiowej ostatnie tchnienie, a przede wszystkim – gdy rozdrapywał ranę rozjątrzoną, niemogącą się zagoić w żaden sposób. Gdyby czas miał znaczenie, byłaby już dawno odziana jedynie w szaleństwo, jak te mary oddychające marzeniami, błąkające się gdzieś między padołem a niebem; gdyby czas miał znaczenie, ogołocenie się z ludzkich odruchów byłoby tym bardziej dotkliwe, a skoro była drobna i krucha, o smukłych dłoniach pianistki i łabędziej szyi, musiała nadrabiać gargantuiczną osobowością. Nigdy nie patrzyła na siebie przez szkiełko kalejdoskopu, a gwiazdy, które mieniły się przed obliczem świadczyły tylko o nieuchronności przemijania. I może ta nieuchronność, to wzieranie do szpiku przez samą śmierć, pokaleczyło jej dłonie już gdy była dzieckiem. Niektóre myśli, jak rozbite wazony, nie składały się na powrót w całość; jedynie ostrymi krawędziami przecinały miękki, nieuważny naskórek.

Powiedz mi, czy wiesz, że komety to upadłe gwiazdy śmierci? Ich ogon stanowi spalany wodór. Jestem jak ona, jestem gwiazdą śmierci – wyszeptała mu pewnego leniwego poranka, który słodko-lepkim miodem zastał ich nieśpiących. To były jedne z tych dni, w których odziana była we własną wątpliwą godność i jedną z jego koszul, odgarniając kosmyki włosów, które położyły się akwarelą na jego łuku brwiowym – nieomal czule. O takich porach zadawali sobie pytania, których nie żal było sercu; treści, które przemykały między palcami jak piasek. Nie potrzebowali istotności, tak długo, jak posiadali siebie nawzajem.

Za często nazywała go tchórzem. Gdy wysyłał jej pijackie listy z którejś z nokturnich spelun, gdy błagał ją na kolanach wielokrotnie, aby go przyjęła na powrót. A ona, sykliwie i wzburzona, przyjmowała go w ramiona zawsze, niezależnie od tych przeklętych faktorów, które warunkowały jej złość. Złość Loretty Lestrange była jak rozlane mleko.

Znała jego ciało na pamięć. Pamiętała każdy pieprzyk, każde znamię, każdy rys mięśni wybijający się podskórnie – nawet gdy pochylał się nad nią, znacząc usta pocałunkiem żarliwym i głodnym, znała go jak przeklętą kantyczkę, którą opowiada się dziecku. Możliwe, że dlatego właśnie kochała go miłością niejasną i fatalistyczną. Nigdy nie odpowiedziała sobie wprost, co ją nęci w Mulciberze. Może po prostu potrzebowała uczucia?; a może to on go potrzebował i znalazł w niewłaściwym, przegniłym sercu?; był w tym jakiś buńczuczny romantyzm, który skłaniał ich ku sobie – dwa sputniki, przecinające swoje orbity co jakiś czas, zawsze jednak chronicznie wracając.

I wracał, palce wbijając w jej miękką skórę pożądliwie, zatapiając je w delikatnych krągłościach. A ona nigdy nie oponowała – zawsze, gdy ją posiadał, czuła ten niewiadomy ogień; ogień szepczący elegie o tym, że znalazła swoje miejsce przylegania. Miejscem przylegania Loretty było każde, w którym był Alexander. Loretta nie lubiła także treści patetycznych i prostych; pod dłońmi Mulcibera jednak, nie potrafiła nie drżeć jak kruchy liść na wietrze.

Czas nie miał znaczenia – prawdopodobnie dlatego martwo wsłuchiwała się w tykający zegar, gdy ciemna noc rozciągnęła swoją szatę nad Londynem, zastając ją nieśpiącą. Sięgnęła po kolejną szklankę ognistej, chybocząc nią niebezpiecznie, pozwalając rubinowej cieczy obmyć ścianki naczynia. Mogła wygrać zmarniałymi palcami ostatni epos swojego życia, na wzór przeklętego non omnis moriar, była jednak pewna, że zostanie zapomniana. Tak, jak zapomniana pozostanie jej miłość do niego, która przyłapywała ją na burzliwych kłębach myśli – zupełnie jakby nie do niej należały.

Nosił w sobie to wszystko, do czego uciekała o zmroku. Nawet, gdy rozbijała drogocenną zastawę, omijając nią ledwie o kruche centymetry jego oblicze, lgnęła do niego jak wata cukrowa, oblepiając palce. Wierzyła, że każdorazowo gdy odchodził, zostawiał ślad w jej pamięci, zastygnięty niczym wosk. A ona nie potrafiła istnieć bez niego; nawet teraz, wychylając ostatni łyk whisky, błądziła myślami ulokowanymi gdzieś między nimi, gdzieś pośród przedwiosennych bazi i przebiśniegów – tam, gdzie myśli zostawały pochowane; tam, gdzie topniał śnieg.

Choć kłamanie weszło jej w krew, nigdy nie potrafiła okłamać jego. Zażyłość wyżłobiła rysę, która pozwalała odczytywać wszystko z jej bezdennych, roziskrzonych tęczówek, zdejmować miękko pocałunkiem każdy uśmiech błądzący gdzieś po wargach, opuszczony. Stawianie granic przychodziło jej tym ciężej, że kochała go absurdalnie mocno, a esencja uczucia wciąż buzowała słodkim smakiem na języku – byli na siebie nieodwołalnie skazani.

Czas nie był ich sprzymierzeńcem. Miesiące mijały nieubłagalnie, zastając ją pustą wydmuszką, w której pożerający wszystko ogień mógł rozpalić tylko on – była jego żoną w całej rozciągłości słowa, jednak nie chodziło tylko o status; ona czuła się jego żoną na całej rozciągłości bytowania, tak jakby urodziła się z tym przydomkiem, czekając jedynie spokojnie, aż u kresu swojego ludzkiego jestestwa trafi na niego.

I nawet teraz, gdy słyszała dobijanie się do drzwi, czas nie miał znaczenia. Zsunęła się leniwie z fotela, dłonie zaciskając na miękkich rękawach swetra, ruszając ku drzwiom. Deszcz ścinał solidnie, tak jakby chciał z lica wszechświata ściągnąć wszystkie pocałunki słońca. Mrok spowijał mgłą przestrzeń, jakby swoim welonem dążył do wieczystego połknięcia całego szczęścia, które przechadzało się na palcach po bruku londyńskim. Nie miała siły do niczego; butelka szkockiej w dłoni sunęła wraz z nią – pijaną księżniczką na włościach, krok czyniąc nierówny, a włosy rozwichrzone.

Jego głos nie brzmiał jak on; odbił się głucho po klatce schodowej, drżący, a słowa wysypane staccato uderzyły jej do uszu. Kierowania zmartwieniem – Alexander był przecież jedyną jednostką, poza jej bliźniakiem, o którą by dbała z taką gorliwością – otworzyła prędko drzwi, zsuwając łańcuch, którym były zabezpieczone. I dopiero gdy zobaczyła go, opartego o framugę, otworzyła szeroko oczy, wiedząc, iż coś musiało się stać. Coś, co poskładało go do grobu nieomal.

– Co się… – zaczęła, biorąc go delikatnie – tak jak tylko ona potrafiła – za dłoń, zamykając za nim drzwi.

Uklękła przy nim i jeszcze ten jeden raz, wbiła igiełki spojrzenia w niezbadanych równinach kryjących się w jego oczach. Wyciągnęła drżącą rękę, o puencie niewiadomego, drugą kładąc na jego karku. Już po chwili na czubku jego głowy, odbił się czerwonawy ślad jej szminki, gdy przyciągała go do siebie, nieporadnie oplatając chuderlawymi ramionami. Deszcz uczynił z jego włosów mokre, sklejone strąki, na których teraz układała podbródek.

– Powiesz mi po kolei, co się stało – rzekła tonem stalowym, aczkolwiek niewyzbytym z należytej troski.

Była w końcu gotowa skoczyć za nim w ogień, poddać się świetlistym językom pożogi, rozlać się po ciele. Nie spodziewała się tego, co miało huraganem nadejść, opuszczając jego spętane niemą litanią wargi. Łzy wezbrały w jej oczach mimowolnie, czyniąc z nich szkliste lustro, starła jednak jedną z nich wierzchem dłoni – nie mogła się rozklejać; nie teraz.

Mogła wszak domyślać się, jak parszywy uczynek siedział diabłem za jego plecami, nijak jednak nie mogła wydedukować jego treści. Sunęła więc mimowolnie dłonią po jego plecach, a gdy zechciał podnieść się z klęczek, zaprowadziła go do pokoju. Wszystko wyglądało tak, jakby zostało stworzone przez buńczuczny los; nie wiedziała w gruncie rzeczy, jak się zachować – widywała go zaćpanego, pijanego, zniszczonego, ale nigdy w tak ogromny sposób drżącego. Zdawał się nieomal uginać pod jej dotykiem, ciepłem, którym chciała go otoczyć.

Czas nie miał znaczenia. Sekundy upływały nieubłagalnie, przekształcając się w masyw minut. Spoczywali tak w milczeniu – on pod ścianą, ona z kolei tuż obok, jak na dobrą żonę przystało.

W gruncie rzeczy myślała, iż jest dla niego niewystarczająca i myśl ta, im chyżej kiełkowała na dnie przekonań, tym bardziej obezwładniała ją w ruchach. Chciała, aby kochał ją poprawnie; bez tej całej woalki obłudy, która cechowała jej relację z Leandrem; bez kłamstw i mataczenia. Teraz jednak – rozbity jak ten wazon – próbowała go poskładać w całość, pomimo fali rzęsistych łez, które potoczyły się po policzkach, po prostu widząc go w tym stanie.

Czas nie miał znaczenia, miał je tylko on.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (6467), Loretta Lestrange (3942)




Wiadomości w tym wątku
[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander - przez Alexander Mulciber - 14.01.2024, 20:03
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.01.2024, 20:08
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Alexander Mulciber - 14.01.2024, 20:08
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.01.2024, 20:09
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Alexander Mulciber - 19.01.2024, 01:25
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.02.2024, 13:10
RE: [13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander - przez Alexander Mulciber - 15.09.2024, 17:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa