Bardzo cieszyło ją, że nadal od czasu do czasu mogła się wykazać. Zazwyczaj po prostu przygotowywała eliksiry u siebie, jednak były momenty, jak te, kiedy potrzebowali jej do czegoś więcej. Czuła się potrzebna, co mocno podnosiło ją duchu, mimo, że nie ryzykowała życia jak większość członków Zakonu, to mogła pomóc w inny sposób. Razem walczyli o to, aby wszystko wróciło do normalności. Wierzyła, że stanie się to niebawem, że już niedługo będą mogli świętować sukces bez patrzenia za plecy i martwienia się o to, że ktoś może ich zabić. Problematyczne było to, że większość jej najbliższych ciągle ryzykowała życia, okropnie ją to martwiło, wiedziała jednak, że mają ku temu powody, kto jeśli nie oni będzie się martwił o tych niewinnych? Ministerstwo zupełnie sobie z tym nie radziło, musieli wziąć sprawy w swoje ręce. Miała jedynie nadzieję, że nikt z jej najbliższych nie umrze przy tej walce, miała gdzieś z tyłu głowy, że może się tak wydarzyć, jednak zakładała ślepo, że do tego nie dojdzie.
Wczoraj przygotowała eliksiry, które miała przekazać jakiejś kompetentnej osobie, która będzie potrafiła podać lekarstwa, które ona przygotowała. Wiedziała, że Zakonowi są potrzebni uzdrowiciele, sama zastanawiała się nad tym, czy nie powinna w najbliższym czasie trochę poduczyć się tej dziedziny, aby być bardziej przydatna swoim przyjaciołom. Póki co jednak, trudno jej było na to znaleźć czas. Miała go naprawdę niewiele przez to, że klubokawiarnia okazała się być miejscem, które każdy chciał odwiedzić. Oczywiście bardzo ją to cieszyło, jednak nie do końca było spodziewane, nie przygotowała się, aż na taki sukces.
Skorzystała z kominka, aby znaleźć się na miejscu, w które miała dostarczyć eliksiry. Kiedy wyłoniła się w pomieszczeniu kobieta, o której wspominał Patrick była już na miejscu. Przywitała ją uśmiechem, a później zajęła się doprowadzeniem swojej fioletowej sukienki do porządku. Nie znosiła w tym sposobie transportu tego, że proszek zostawał na ubraniu, tyle, że niestety nie miała szczególnie wielkiego wyboru, bo ani nie potrafiła się teleportować, ani latać na miotle - pozostawały jej więc jedynie kominki i świstokliki.
Nie wypytywała dokąd ją wysyłają. Szum fal dochodzący z zewnątrz uświadomiły ją o tym, że znajdują się niedaleko morza. Chętnie wybrałaby się tam na spacer, dawno bowiem nie miała możliwości odpocząć w takim pięknym miejscu, jednak nie był to odpowiedni czas.
Nie odzywała się do kobiety ani słowem, bo właściwie nie wiedziała, o czym miałyby rozmawiać. Rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowały, nie wyglądało na szczególnie atrakcyjne miejsce do rekonwalescencji, ale wiedziała, że ranny znalazł się tutaj z konkretnego powodu. Ukrywali go, nie mogli go przenieść do szpitala, bo ktoś mógłby zechcieć do dobić, tak było bezpieczniej.
Zauważyła mężczyznę, który podniósł się na łóżku. Zareagował odruchowo i wycelował w nie, a raczej w tę drugą kobietę różdżką. Nie ma się, co dziwić, że bał się o swoje życie. - Jesteśmy tutaj, żeby panu pomóc. - Powiedziała bardzo spokojnym tonem głosu.