14.01.2024, 20:08 ✶
Alex usłyszał kiedyś, że żyje się tak, jak się śni, czyli samotnie, a jednak nawet w swoich pofragmentaryzowanych snach – w tych pożyczonych od nocy momentach niechętnego odpoczynku, wcale nie dających przecież ukojenia w dręczącym go znużeniu; w tych chwilach, które wyrywał na przekór długim godzinom nocnym, w przerwach między jednym a drugim wróżbiarskim manuskryptem, między dawkami eliksirów nasennych, na które w większości wykształcił już tolerancję, w tych przestrzeniach ciszy między głębszymi westchnieniami śpiącej Loretty – nawet wtedy nie był sam.
Samotny był całe życie, ale sam – miał wrażenie, że nigdy.
Zawsze był on i szepty, jak zwykł je nazywać z braku lepszego określenia, bo przecież szeptami wcale nie były – zwykle nie były nawet dźwiękami, najczęściej niemymi obrazami, migawkami z kalejdoskopu; błędnymi ognikami myśli na bagnie podświadomości; mirażem przeźroczy przedstawiających zawieszone w czasoprzestrzeni momenty z życia, które jednocześnie wywoływały deja vu i jamais vu; wspomnieniami, których nie sposób umiejscowić w splocie kanwy pamięci, aż człowieka ogarniają wątpliwości, czy nie jest to jakiś atawizm z przeszłego wcielenia, czy to prawda, czy rzeczywiście tego doświadczył, czy to tylko jakiś wymysł, fantazja jedynie… A może sen? – a jednak, to właśnie „szepty” było określeniem, po które Mulciber sięgał najczęściej. Lubił myśleć, że przeznaczenie jest jak kochanka, która pożądliwie rozchyla przed nim nogi. Pomyśl, że to sen, szeptała mu czasem, kiedy rzeczywiście udało mu się śnić – a w snach podążał przecież wiernie za jej nęcącą postacią, za jej ciałem skrytym pod czarną szatą jak pod całunem – widział wtedy przyszłość odbijającą się niczym gwiazdy na powierzchni stawu nocą. Wszystko było niesłuchanie klarowne, proste… Budził się, wiedząc, co ma zrobić.
Zastanawiał się nieraz, kim jest ta kobieta. Czasem była Lorettą – najczęściej wtedy, kiedy zrzucała z siebie szatę – choć nie odwracał się, by na nią spojrzeć, wiedział, że naga zdąża w jego kierunku. Czasem nie miała twarzy, a pod jej kapturem była tylko ciemność, i słyszał tylko jej urwany, chropowaty oddech. Czasem zaś jej kościste dłonie spoczywały na jego ramionach, i wiedział już wtedy, że czuje na karku oddech samej Śmierci. Arcykapłanka, szeptał glos w jego głowie, głos, który poznałby wszędzie, nawet w samym Limbo, ale udawał, że nie pamięta, do kogo należy, bo gdyby zobaczył we śnie jej zielone oczy, pobiegłby do niej, i zniszczył wszystko. Ale wciąż lubił myśleć, że była jego duchową przewodniczką. Że dzięki niej, jego dłonie mogą wykonywać wyroki samego przeznaczenia. Nigdy nie był sam, to ona pomogła mu to zrozumieć: zawsze miał swoje wizje, po jego głowie rozbijały się rekurencje możliwości, iluzje wyborów, zdegenerowane solipsyzmy…
Ale teraz słyszał jedynie wrzask; rozdzierający struktury jego umysłu krzyk; panikę burzącą gładką taflę wewnętrznego opanowania. Myślał, czy nie lepiej byłoby teraz wrócić do domu i przedawkować. Przypadkiem, po cichu. Uciec. Ale on przecież nie uciekał? Drżał. Nawet nie czuł, że ściekają z niego strugi deszczu. Patrzył niewidzącymi oczyma w wycieraczkę Loretty. Gdzieś po drodze zwymiotował w jakimś zaułku. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.
Ale nagle twarz Loretty pokazała się w otwartych drzwiach.
Zabiłeś go zabiłeś go zabiłeś go, słodki szept przerodził się w chorał furii rozdzierających pazurami jego ramiona, będziesz przeklęty na wieki, wydzierały się harpie, kiedy on rozpaczliwie próbował poskładać myśli do kupy.
Był przeklęty, tak, wiedział to, był tego pewny. Jego matka oszalała, po tym jak wyklęto ją z taboru za otrucie przyrodniego brata. Ale tutaj nie chodziło o sam fakt morderstwa. Mulciber miał już krew na rękach, ale nigdy nie była to krew kogoś z rodziny; krew brata, choć przecież świadomie wybrał taki czar, który do jej rozlewu nie doprowadził; teraz nie pamiętał już nawet, jaki.
Pamiętał tylko wściekłość, i ból, i strach – ten przeklęty strach, do którego nie potrafił się przyznać nawet przed samym sobą – te same, które zawsze ogarniały go, gdy Donald patrzył na niego tym spojrzeniem.
Tym zarezerwowanym specjalnie dla niego.
Było pogardliwe, a jednocześnie jakby też przepełnione zaintrygowaniem; chorą perwersją obmierzłej fascynacji, z jaką obserwuje się insekty nabite na szpilki, zdeformowane dziwadła w obwoźnych cyrkach oraz publiczne egzekucje – pamiętał, kiedy pierwszy raz spojrzał w oczy brata i zrozumiał, że widzi w nich czystą, bezwarunkową nienawiść. Miał wtedy cztery lata, a Donald zabił jego psa. Truchło zwierzęcia przypadkiem znalazło się tuż pod drzwiami jego pokoju, tak, by było pierwszym, co Axel zobaczy po przebudzeniu. Kupię ci nowego, zaoferował mu wspaniałomyślnie, ale Alexander tylko zacisnął szczękę, próbując się nie rozpłakać. Donald zawsze wiedział, gdzie uderzyć tak, aby bolało najbardziej, już wtedy był tego świadom.
Pamiętał, jak raz jako dzieciak spadł z wysokich schodów – z wysokości drugiego piętra znad zawieszonej nad holem antresoli – kiedy bawił się w akrobatę balansującego na barierce dzięki swojej dziecięcej magii. Miał to szczęście, że ostatecznie nic mu się nie stało: przechodzący niżej Donald złapał go w ramiona, na moment przed tym, jak wyrżnął głową w ziemię – starszy brat zrobił to automatycznie, nie myśląc; przez czysty przypadek wpadł właśnie do domu, zawrócił się, bo zapomniał oddać książki do biblioteki – ale Alex nigdy już nie zapomniał czystego niedowierzania i nienawiści, jaka odmalowała się wtedy na twarzy Donalda; druzgocącej świadomości, że ten właśnie zmarnował idealną okazję, by się go pozbyć, na dobre.
To samo spojrzenie – zimne, niewzruszone (właśnie tak muszą wyglądać oczy bazyliszka, pomyślał kiedyś Alex) – śledziło go przez resztę życia, okraszone nikłym cieniem uśmiechu na wąskich wargach i protekcjonalnie miłym tonem głosu. Dlaczego tak się nienawidzili? Cóż – może po prostu byli braćmi, i to wystarczyło. Gdyby Alexander był lepszym człowiekiem, pewnie by go nie przeżył. Niewielu ludzi potrafiło przeżyć Donalda Mulcibera. Chociaż Alexander nie uważał siebie za świętego, czasami się wręcz, kurwa, bał tego, co jego starszy brat skrywał pod perfekcyjnie cywilizowaną powłoką – a co gorsza, nikt inny poza nim i Dianą nie wydawał się tego dostrzegać – inni widzieli tylko czarującego, zręcznego polityka, tam gdzie oni widzieli potwora.
Jakiś niezrozumiały rys okrucieństwa czaił się zawsze w Donaldzie, jakaś patologiczna potrzeba niszczenia wszystkiego dookoła powoli, metodycznie; zawsze potem patrzył Alexowi prosto w oczy, jakby chciał powiedzieć: „widzisz, jak łatwo cię zniszczyć?” Alexander nie mógł mu dać satysfakcji. Doszedł do perfekcji w autodestrukcji na własnych warunkach.
Nawet w tym wszystkim zdołał odnaleźć szczęście.
Ale nie docenił Donalda. Brat zawsze nastawiał ojca przeciwko niemu. Pamiętał, jak kiedyś oglądał rodzinny album: na jednym zdjęciu mały Axel siedzi na kolanach starego Duncana Mulcibera, seniora rodu, i pokazuje mu dumnie, że nauczył się czytać z dłoni, kompletnie nie zwracając uwagi na ludzi zgromadzonych przy stole w hali bankietowej; jak gdyby umiejętności chiromantyczne dziewięciolatka były ważniejsze niż rozgrywające się dookoła spotkanie biznesowe ojca; wszyscy szczerzą się do kamery, śmieją się; tylko nie Donald, którego uchwycono w tym jednym momencie, jak czysta zazdrość wykrzywia jego idealnie regularne rysy. Zawsze się kłócili: o testament, o majątek, o Dianę…
Donald był jak cyklon, który niszczy wszystko na swojej drodze. Alexander myślał, że nie ma w tym życiu nic do stracenia, i to był błąd, i uświadamiał go sobie chyba najboleśniej za każdym razem, kiedy wychodził z gabinetu Donalda i musiał przytrzymać się ściany, bo aż kręciło mu się w głowie od tych wszystkich cwanych manipulacyjnych wybiegów i gierek, albo kiedy widział, co ten wyprawiał z Dianą. Krew mu się gotowała w żyłach, kiedy widział jej siniaki, i nie raz już próbował Donalda zapierdolić, ale ten trzymał w rękach cały majątek Mulciberów; całą ich przyszłość, wszystkie ich sekrety – i to z woli ojca, którego testament zmanipulował.
Kilka razy go pobił. Alexander zawsze był silniejszy od brata. Ale ten w odwecie mścił się na sposoby, których nie mógł rozwiązać pięściami: raz wsadził matkę do lecznicy dusz, gdzie faszerowali ją jakimiś medykamentami, i zakazał lekarzom wpuszczać Alexa na odwiedziny. Mulciber zdołał ją w końcu stamtąd wyciągnąć, ale miał wrażenie, że to był kolejny cios, który odbił się na już wystarczająco kruchej psychice kobiety. Nawet nie chciał myśleć o krzywdzie Diany. Zasługujesz na więcej niż to, powiedział jej kiedyś, choć starał się nie wracać zbyt często do tych tematów: nie potrafił rozmawiać o uczuciach, nie potrafił ich nawet w pełni przeżywać, a i przerażała go myśl, że wspominanie niektórych chwil może się dla Diany skończyć załamaniem nerwowym albo gorzej, bo dobrze znał jej uzależnienie od zaklęć zapomnienia, i wiedział, że niektórych ran lepiej nie rozdrapywać, tak jak nie należy wkłuwać się w żyłę pod zakażoną skórą. Nie wiedział, kiedy nauczył się ją kochać, ale była przecież najbliższą mu osobą z całej rodziny; drżał z wściekłości, kiedy patrzył jak kobieta osuwa się coraz głębiej w otchłań niepamięci, w zdesentyzowane ramiona uzależnień; i nie potrafił jej pomóc, tylko bezradnie trwać u jej boku, tak jak i ona obok niego. Oboje szukali łatwego pocieszenia w narkotykach, alkoholu i przygodnym seksie, bo te dawały łatwe wytchnienie, szybką przyjemność i proste szczęście.
„Po prostu się z nim rozwiedź”, mówił jej, „możesz być przecież, kurwa, wolna”, a ona tylko patrzyła pogardliwie, a co najgorsze, z wyrzutem, przypominając mu to, o czym oboje dobrze wiedzieli: że przed Donaldem nie ma ucieczki. Mogli planować, że oboje pozbędą się kiedyś nazwiska Mulciber, że zatańczą walca na grobie tego tak znienawidzonego im obojgu mężczyzny, że zawsze mogą przestać… Ale kończyło się po prostu tym, że w narkotycznym stuporze przekonywali się nawzajem, że w sumie to jeszcze mają po co żyć. Na przykład, aby wziąć następną działkę.
Nie potrafił uwolnić się od Donalda, to prawda. Regularnie bywał w rezydencji Mulciberów, czytał grzecznie korespondencję, nawet prezentował się czasem na jakichś uroczystościach dla bałwanów ze śmietanki towarzyskiej… Ale to było pozorne zawieszenie broni. Do czasu, aż Donald kilka dni temu napomknął mu w liście – jak zwykle, długim, szczegółowym jak raport, i wypełnionym obrzydliwie nieistotnymi faktami na temat kogo to Donald nie widział w tym tygodniu, z kim to nie robił interesów itd. itp., że czasem po prostu wrzucał je bez czytania do ognia – że myśli o renowacji zachodniego skrzydła posiadłości, i w najbliższym czasie zacznie częściej odwiedzać na lokalne wernisaże, by poszukać inspiracji odnośnie nowego wystroju.
Alexander wiedział, co za chwilę przeczyta.
Litery zlewały się ze sobą, ręce zaczęły drżeć mu tak, że nie potrafił odcyfrować ani słowa więcej, poza tym jednym zdaniem, które wyryło się w jego umyśle trwałą skaryfikacją: widziałem ostatnio prace pewnej uznanej młodej malarki, może znasz Lorettę Lestrange?, dopisano w post scriptum, z taką samą nonszalancją z jaką Donald zwykł rzucać obelgi: niby to mimochodem, a jednak z precyzją snajpera.
Alexander miał wrażenie, że oszaleje.
Chodził po pokoju, wte i wewte, by się uspokoić; próbował wmówić sobie, że to wszystko nie ma związku z tym, że poślubił Lorettę, że Donald nie może wiedzieć, że ta jedna kobieta jest dla niego tak ważna, że gotów byłby wszystko co doczesne porzucić dla niej jedynie… Nie mógł wiedzieć, prawda?
Nie spał po tym liście trzy noce.
To wszystko było tak jak wtedy, przed Grecją; kolejny raz pierdolony Donald stawał na drodze do jego szczęścia, kolejny raz rzucał zawoalowaną groźbą, której nikt inny by nie zrozumiał, bo nie wychował się w domu Mulciberów, i nie wiedział, jaki potwór czai się za mętnymi ślepami jego brata; kolejny raz, kiedy straciłby kobietę, którą kocha, i rzuciłby resztę życia w diabły - tylko teraz, nie wiedział, czy nie wolałby ze sobą po prostu skończyć, niż męczyć się z zawodem.
Myślał, że po tym wszystkim całe życie będzie samotny, a jednak, ona zabrała mu tę samotność.
Nie wiedziałem – odpowiedział Lorettcie, kiedy poruszyła się w jego objęciach, szepcząc mu do ucha słodkie słówka; włosy kobiety łaskotały go w policzek, kiedy oparła cały swój ciężar o jego pierś, wciąż falującą przyspieszonym rytmem oddechu przesyconego pożądaniem. – Ale czuję się jeszcze całkiem żywy. Złapię cię, jeśli będziesz upadać.
Kiedyś, kiedy była jeszcze nowością w jego snach – fantazją jedynie, ucieleśnieniem fantazji – potrafiła przed nim tylko uciekać – widział jej wzgardliwe spojrzenie i przekornie wydęte usta; czuł bijące od jej postaci zblazowane znudzenie, które wydawało się osiągać najgorsze apogeum, kiedy odsłaniał pobliźnione ramiona, by uzyskać dostęp do którejś ze sfatygowanych żył – wtedy z cynicznym uśmiechem odwracała głowę, jakby mówiła, że jest ponad to... A on czuł niezrozumiały wstyd, bo jego nagość była niczym przyznanie się do winy: że jeżeli coś kochał – to tylko obsesyjnie; że miłość do niej w sumie niczym nie różniła się od heroinowego głodu, że choćby nie wiem jak silił się, by udawać obojętnego wobec jej wdzięków, był absolutnie uzależniony – i gotów osunąć się w otchłań autodestrukcji, jeżeli to oznaczałoby tylko, że ona czeka na niego na dnie.
Dla niej... To wszystko przecież dla niej. Tak jak kiedyś zawsze wyciągał Trójkę Mieczy, kiedy próbował pytać kart Tarota o ich przyszłość: krwawiące serce, przebite ostrzami, i targały nim wątpliwości: czy to znów inny mężczyzna majaczy na horyzoncie, czy to ona jest nieszczera w swoim uczuciu, czy to on wciąż mimo wszystko wraca myślami myśli do swojej dawnej miłości; czy są wzdłuż i wszerz tragedią jedynie, bez nadziei, bez perspektyw; tak teraz, od kiedy została jego żoną, w jego talii zostali tylko Kochankowie. Przeklęci Kochankowie. Powinien się cieszyć z dobrego omenu, ale zbyt wiele historii kryło się za tą kartą; zbyt wiele bólu; zbyt wiele wspomnień. Nie mógł ufać tarotowi, tak samo, jak nie mógł ufać swoim snom, ani wizjom w swojej głowie. Powinien odesłać Kochanków Ambrosii, tak - ale nie mógł.
Powinien poślubić ją wcześniej. Oszczędziłby im obojgu tej bezsensownej gry.
Pomyśl, że to sen, mówiła Loretta z jego marzeń sennych, kiedy brązowe oczy błyszczały milionem znaczeń, ale jedyną pewną interpretacją tego spojrzenia, na jaką mógłby się pokusić było po prostu „wyzwanie”, a kiedy jej ręka wędrowała już w dół jego brzucha, w ogóle już przestawał myśleć. Czuł tylko głód, a ona była jego ulubionym narkotykiem. Dzięki niej mógł zapomnieć. Cóż z tego, że był przeklęty? Mógł być przeklęty, byleby tylko ona dalej go chciała…
Klęczał przed nią, bo chciał jej wszystko wyznać, każdy szczegół, który odcisnął się w jego umyśle, słowa jednak więzły mu w gardle. W głowie odbywał z nią tę konwersację na milion sposobów; w głowie ścierały się echa możliwych dróg, ale nie potrafił odgraniczyć jednej od drugiej, ani powiedzieć, co kryje się na końcu każdej z tych ścieżek.
Nie pytaj, Loretto, chciał wyszeptać, ale wiedział, że ona będzie tylko nalegać, póki się nie złamie, i nie wyjawi jej tej winy, którą ze sobą przydźwigał na sumieniu; ale przecież nie chciał obarczać ją swoim grzechem, chciał ją uchronić przed złem, które czaiło się w jego duszy, a jednocześnie dalej móc dotykać ją tymi brudnymi dłońmi, które – choć nie spływały krwią – pokrywała niewybaczalna zmaza bratobójstwa. Czym sobie zasłużyłem, żeby ciebie mieć, hm? Dlaczego tak rozpaczliwie mnie kochasz? Znów, żałował: źle, że przyszedłem; trzeba było nie otwierać – myślał, zdruzgotany myślą, że coś może się stać z jego winy. Dlaczego mi otworzyłaś, grzmiał w głowie, ale zaraz zdawał sobie sprawę, że to przecież wyłącznie jego wina. To było silniejsze ode mnie. Nogi same mnie poniosły. Wybacz mi. Jestem takim pierdolonym tchórzem, wiem. Wiem, ale wybacz mi... Wybacz, że przyszedłem. Nie wiedziałem, że idę do ciebie. Po prostu myślałem o tobie, i nagle... Nie wiem. Ściskało go w gardle, kiedy decydował się na szczerość. Jestem tchórzem, miałaś rację, nie jestem ciebie wart. Wiem to, Loretto. Ale potrzebuję cię. Kocham cię. Zostań ze mną, proszę. Nie zniosę, jeżeli przestaniesz mnie kochać, błagał, obejmując jej kolana, gotów obiecać wszystko, byleby tylko udzieliła mu rozgrzeszenia w swoich ramionach.
W jednej chwili trzymał ją w swoich objęciach, choć nie zarejestrował, kiedy przeszli z hallu do sypialni. Rozumiał teraz, co Loretta miała na myśli, kiedy mówiła mu, że tęskni za nim nawet – albo zwłaszcza – kiedy leżeli razem, nadzy, skóra przy skórze.
– Powinniśmy byli tam wtedy zostać – powiedział do jej włosów, do zagłębienia jej łabędziej szyi. Pozwolił jej rękom błądzić. Głaskała go po włosach, otulała swoim kojąco bluszczowym dotykiem… – Powinniśmy byli zostać w tamtym wozie.
Ściągnął z niej sweter, mocował się z jakąś upartą haftką w zapięciu spódnicy, którą wcześniej zdążył już podwinąć tak, że zebrała się, pofałdowana, w okolicy jej talii, odsłaniając bieliznę i pas do pończoch; jego ruchy były gorączkowe, jak zawsze chciwe ciała Loretty; tylko kiedy ją dotykał, nie czuł przygniatającego go do ziemi ciężaru fatum.
Chciał pokazać Lorettcie, jak bardzo jej pożąda, jak bardzo potrzebuje jej bliskości w tej chwili; chciał, by i ona chciała jego tak samo mocno, żeby razem zapomnieli, razem oddali się cielesnym uniesieniom, jakby ten akt był jedynym, co może go oczyścić od zbrodni, którą popełnił – nie myśl o tym nie nie nie nie myśl o nim on nie żyje zabiłeś go dokonało się ale nie myśl o tym teraz nie nie nie – poprowadził jej dłoń na zapięcie spodni, potem pod swoją koszulę, ale to wszystko działo się za wolno, z jakiegoś powodu jej ręce cały czas wędrowały nie tam, gdzie trzeba, a on dalej pozostawał ubrany, co było dlań równie niezrozumiałe; sam więc zrzucił spodnie, koszulę, wszystko, nie pozwalając jej nawet na chwilę odsunąć się, dopóki nie stanął przed nią nagi. Właśnie takim czuł się zawsze w obecności Loretty: nie miał nic do ukrycia.
Wyglądała idealnie właśnie taka: rozchełstana, absolutnie zbrukana, a jednak wystarczyłoby, że poprawiła bluzkę i opuściła spódnicę, by ochronić swoją prywatność; nie mogła tylko ukryć rumieńca – czy to złości, czy to pożądania – który gościł na jej twarzy, nie potrafiła ukryć tego, że tak przyzwyczaiła się do jego dotyku, że pozwalała mu na niemal wszystko, nieważne, do czego by się posunął. Nie wiedział, skąd w niej ta stanowczość. Nie rozumiał jej stalowego spojrzenia. Chciał się z nią tylko kochać.
– Proszę – wydyszał – Potrzebuję cię. – Opierała się pod jego dotykiem, kiedy ten stał się bardziej natarczywy – mówiła coś, ale nie słyszał, co – nie dbał o to, musiał ją mieć teraz, udowodnić sobie, że nieważne, co się wydarzy, ona dalej jest jego, i będzie taka do końca, tak jak sobie przysięgali. Musiał poczuć, że dalej go chce – że dalej jest jego żoną, na dobre i na złe – że dalej go kocha, i nieważne, że popychała go ku temu desperacja. – Potrzebuję, żebyś mnie dalej kochała. Chcę, żeby było nam dobrze, Lorrie.
Głos mimowolnie mu się załamał na tych słowach. Zastanawiał się, kto znajdzie ciało Donalda. Jeżeli to będzie Diana… Miał ochotę palnąć sobie w łeb. Z drugiej strony, czy nie ucieszyłaby się na widok takiego prezentu? Donald nie żyje, przypomniał sobie, i to ty go zabiłeś; martw się o siebie… Dopiero kiedy jasnym stało się, że ona go nie chce, mimowolnie cofnął dłoń spomiędzy jej ud, jak oparzony. Potrzebuję cię, Loretto, potrzebuję żebyś dalej mnie kochała. Czy dalej mnie będziesz kochać, jeżeli będę przeklęty?
W jego głowie gościła teraz bowiem tylko jedna myśl: jeżeli pójdzie do Azkabanu, ona go zostawi.
To nie wchodziło w grę.
Ale Loretta go nie chciała już teraz, co przyjął z szokiem. Czyżby domyśliła się wszystkiego, ledwo tylko przestąpił jej próg? Czyżby chciała to zakończyć?
Jeżeli ona była kometą, on był ogonem tej komety, tym spalającym się wodorem, który tylko upiękniał ją pośród innych gwiazd na nieboskłonie…
Nie chcesz mnie, Loretto?
Kurwa mać.
Zmarszczył brwi, tknięty dziwnym wrażeniem: zrozumiał, że to już nie deszcz spływający z jego mokrych włosów, tylko łzy na policzkach. Nawet nie zauważył, kiedy pozwolił im popłynąć – nie pamiętał, kiedy ostatnio płakał. Może kiedy był dzieckiem? Sam był zdziwiony ich obecnością, i tym, że nie potrafił ich zatrzymać. Siedział na skraju łóżka swojej żony, kompletnie nagi, i… płakał? Oszalał. Niechybnie oszalał.
– Potrzebuję cię – dodał tym cholernie zduszonym tonem. To była jedyna rozsądna myśl, jakiej mógł się uchwycić.
Dlaczego żądała od niego prawdy? Raportu z morderstwa z zimną krwią i w afekcie zarazem? On już i tak niczego nie pamiętał…
A co jeżeli i o niej zapomni, kiedy pogrąży się w otchłani szaleństwa? Nie, niemożliwe… Czuł jak ogarnia go panika, jak wstrząsnął nim nagle dreszcz, i był wdzięczny, że siedzi, bo wszystko dookoła zaczęło wirować? Co jeżeli nie odnajdzie jej w limbo? Wtedy, kiedy wszyscy zostaną tam ostatecznie zesłani by błądzić pośród nieskończoności, aż nie dostąpią łaski odrodzenia? Czy każdej kobiecie, którą kochał, przeznaczone była go, kurwa, opuszczać? Co, jeżeli dementorzy zabiorą mu tę resztkę wspomnień, których nie zdoła wymazać szaleństwo, i pozostanie mu tylko niejasne wspomnienie jej oczu, nic poza tym?
Czuł, że osuwa się coraz głębiej i głębiej w otchłań paranoi. Gdyby to oznaczało, że na zawsze dane mu będzie zachować wspomnienia o Lorettcie, codziennie piłby amortencję, tylko dla niej, tylko po to, by nigdy nie zapomnieć; tłoczyłby ją sobie do żyły tylko po to, by nasycić swoją obsesję, i by na zawsze zachowała się taka w jego pamięci. Nawet, gdyby miała być tylko snem.
Samotny był całe życie, ale sam – miał wrażenie, że nigdy.
Zawsze był on i szepty, jak zwykł je nazywać z braku lepszego określenia, bo przecież szeptami wcale nie były – zwykle nie były nawet dźwiękami, najczęściej niemymi obrazami, migawkami z kalejdoskopu; błędnymi ognikami myśli na bagnie podświadomości; mirażem przeźroczy przedstawiających zawieszone w czasoprzestrzeni momenty z życia, które jednocześnie wywoływały deja vu i jamais vu; wspomnieniami, których nie sposób umiejscowić w splocie kanwy pamięci, aż człowieka ogarniają wątpliwości, czy nie jest to jakiś atawizm z przeszłego wcielenia, czy to prawda, czy rzeczywiście tego doświadczył, czy to tylko jakiś wymysł, fantazja jedynie… A może sen? – a jednak, to właśnie „szepty” było określeniem, po które Mulciber sięgał najczęściej. Lubił myśleć, że przeznaczenie jest jak kochanka, która pożądliwie rozchyla przed nim nogi. Pomyśl, że to sen, szeptała mu czasem, kiedy rzeczywiście udało mu się śnić – a w snach podążał przecież wiernie za jej nęcącą postacią, za jej ciałem skrytym pod czarną szatą jak pod całunem – widział wtedy przyszłość odbijającą się niczym gwiazdy na powierzchni stawu nocą. Wszystko było niesłuchanie klarowne, proste… Budził się, wiedząc, co ma zrobić.
Zastanawiał się nieraz, kim jest ta kobieta. Czasem była Lorettą – najczęściej wtedy, kiedy zrzucała z siebie szatę – choć nie odwracał się, by na nią spojrzeć, wiedział, że naga zdąża w jego kierunku. Czasem nie miała twarzy, a pod jej kapturem była tylko ciemność, i słyszał tylko jej urwany, chropowaty oddech. Czasem zaś jej kościste dłonie spoczywały na jego ramionach, i wiedział już wtedy, że czuje na karku oddech samej Śmierci. Arcykapłanka, szeptał glos w jego głowie, głos, który poznałby wszędzie, nawet w samym Limbo, ale udawał, że nie pamięta, do kogo należy, bo gdyby zobaczył we śnie jej zielone oczy, pobiegłby do niej, i zniszczył wszystko. Ale wciąż lubił myśleć, że była jego duchową przewodniczką. Że dzięki niej, jego dłonie mogą wykonywać wyroki samego przeznaczenia. Nigdy nie był sam, to ona pomogła mu to zrozumieć: zawsze miał swoje wizje, po jego głowie rozbijały się rekurencje możliwości, iluzje wyborów, zdegenerowane solipsyzmy…
Ale teraz słyszał jedynie wrzask; rozdzierający struktury jego umysłu krzyk; panikę burzącą gładką taflę wewnętrznego opanowania. Myślał, czy nie lepiej byłoby teraz wrócić do domu i przedawkować. Przypadkiem, po cichu. Uciec. Ale on przecież nie uciekał? Drżał. Nawet nie czuł, że ściekają z niego strugi deszczu. Patrzył niewidzącymi oczyma w wycieraczkę Loretty. Gdzieś po drodze zwymiotował w jakimś zaułku. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.
Ale nagle twarz Loretty pokazała się w otwartych drzwiach.
Zabiłeś go zabiłeś go zabiłeś go, słodki szept przerodził się w chorał furii rozdzierających pazurami jego ramiona, będziesz przeklęty na wieki, wydzierały się harpie, kiedy on rozpaczliwie próbował poskładać myśli do kupy.
Był przeklęty, tak, wiedział to, był tego pewny. Jego matka oszalała, po tym jak wyklęto ją z taboru za otrucie przyrodniego brata. Ale tutaj nie chodziło o sam fakt morderstwa. Mulciber miał już krew na rękach, ale nigdy nie była to krew kogoś z rodziny; krew brata, choć przecież świadomie wybrał taki czar, który do jej rozlewu nie doprowadził; teraz nie pamiętał już nawet, jaki.
Pamiętał tylko wściekłość, i ból, i strach – ten przeklęty strach, do którego nie potrafił się przyznać nawet przed samym sobą – te same, które zawsze ogarniały go, gdy Donald patrzył na niego tym spojrzeniem.
Tym zarezerwowanym specjalnie dla niego.
Było pogardliwe, a jednocześnie jakby też przepełnione zaintrygowaniem; chorą perwersją obmierzłej fascynacji, z jaką obserwuje się insekty nabite na szpilki, zdeformowane dziwadła w obwoźnych cyrkach oraz publiczne egzekucje – pamiętał, kiedy pierwszy raz spojrzał w oczy brata i zrozumiał, że widzi w nich czystą, bezwarunkową nienawiść. Miał wtedy cztery lata, a Donald zabił jego psa. Truchło zwierzęcia przypadkiem znalazło się tuż pod drzwiami jego pokoju, tak, by było pierwszym, co Axel zobaczy po przebudzeniu. Kupię ci nowego, zaoferował mu wspaniałomyślnie, ale Alexander tylko zacisnął szczękę, próbując się nie rozpłakać. Donald zawsze wiedział, gdzie uderzyć tak, aby bolało najbardziej, już wtedy był tego świadom.
Pamiętał, jak raz jako dzieciak spadł z wysokich schodów – z wysokości drugiego piętra znad zawieszonej nad holem antresoli – kiedy bawił się w akrobatę balansującego na barierce dzięki swojej dziecięcej magii. Miał to szczęście, że ostatecznie nic mu się nie stało: przechodzący niżej Donald złapał go w ramiona, na moment przed tym, jak wyrżnął głową w ziemię – starszy brat zrobił to automatycznie, nie myśląc; przez czysty przypadek wpadł właśnie do domu, zawrócił się, bo zapomniał oddać książki do biblioteki – ale Alex nigdy już nie zapomniał czystego niedowierzania i nienawiści, jaka odmalowała się wtedy na twarzy Donalda; druzgocącej świadomości, że ten właśnie zmarnował idealną okazję, by się go pozbyć, na dobre.
To samo spojrzenie – zimne, niewzruszone (właśnie tak muszą wyglądać oczy bazyliszka, pomyślał kiedyś Alex) – śledziło go przez resztę życia, okraszone nikłym cieniem uśmiechu na wąskich wargach i protekcjonalnie miłym tonem głosu. Dlaczego tak się nienawidzili? Cóż – może po prostu byli braćmi, i to wystarczyło. Gdyby Alexander był lepszym człowiekiem, pewnie by go nie przeżył. Niewielu ludzi potrafiło przeżyć Donalda Mulcibera. Chociaż Alexander nie uważał siebie za świętego, czasami się wręcz, kurwa, bał tego, co jego starszy brat skrywał pod perfekcyjnie cywilizowaną powłoką – a co gorsza, nikt inny poza nim i Dianą nie wydawał się tego dostrzegać – inni widzieli tylko czarującego, zręcznego polityka, tam gdzie oni widzieli potwora.
Jakiś niezrozumiały rys okrucieństwa czaił się zawsze w Donaldzie, jakaś patologiczna potrzeba niszczenia wszystkiego dookoła powoli, metodycznie; zawsze potem patrzył Alexowi prosto w oczy, jakby chciał powiedzieć: „widzisz, jak łatwo cię zniszczyć?” Alexander nie mógł mu dać satysfakcji. Doszedł do perfekcji w autodestrukcji na własnych warunkach.
Nawet w tym wszystkim zdołał odnaleźć szczęście.
Ale nie docenił Donalda. Brat zawsze nastawiał ojca przeciwko niemu. Pamiętał, jak kiedyś oglądał rodzinny album: na jednym zdjęciu mały Axel siedzi na kolanach starego Duncana Mulcibera, seniora rodu, i pokazuje mu dumnie, że nauczył się czytać z dłoni, kompletnie nie zwracając uwagi na ludzi zgromadzonych przy stole w hali bankietowej; jak gdyby umiejętności chiromantyczne dziewięciolatka były ważniejsze niż rozgrywające się dookoła spotkanie biznesowe ojca; wszyscy szczerzą się do kamery, śmieją się; tylko nie Donald, którego uchwycono w tym jednym momencie, jak czysta zazdrość wykrzywia jego idealnie regularne rysy. Zawsze się kłócili: o testament, o majątek, o Dianę…
Donald był jak cyklon, który niszczy wszystko na swojej drodze. Alexander myślał, że nie ma w tym życiu nic do stracenia, i to był błąd, i uświadamiał go sobie chyba najboleśniej za każdym razem, kiedy wychodził z gabinetu Donalda i musiał przytrzymać się ściany, bo aż kręciło mu się w głowie od tych wszystkich cwanych manipulacyjnych wybiegów i gierek, albo kiedy widział, co ten wyprawiał z Dianą. Krew mu się gotowała w żyłach, kiedy widział jej siniaki, i nie raz już próbował Donalda zapierdolić, ale ten trzymał w rękach cały majątek Mulciberów; całą ich przyszłość, wszystkie ich sekrety – i to z woli ojca, którego testament zmanipulował.
Kilka razy go pobił. Alexander zawsze był silniejszy od brata. Ale ten w odwecie mścił się na sposoby, których nie mógł rozwiązać pięściami: raz wsadził matkę do lecznicy dusz, gdzie faszerowali ją jakimiś medykamentami, i zakazał lekarzom wpuszczać Alexa na odwiedziny. Mulciber zdołał ją w końcu stamtąd wyciągnąć, ale miał wrażenie, że to był kolejny cios, który odbił się na już wystarczająco kruchej psychice kobiety. Nawet nie chciał myśleć o krzywdzie Diany. Zasługujesz na więcej niż to, powiedział jej kiedyś, choć starał się nie wracać zbyt często do tych tematów: nie potrafił rozmawiać o uczuciach, nie potrafił ich nawet w pełni przeżywać, a i przerażała go myśl, że wspominanie niektórych chwil może się dla Diany skończyć załamaniem nerwowym albo gorzej, bo dobrze znał jej uzależnienie od zaklęć zapomnienia, i wiedział, że niektórych ran lepiej nie rozdrapywać, tak jak nie należy wkłuwać się w żyłę pod zakażoną skórą. Nie wiedział, kiedy nauczył się ją kochać, ale była przecież najbliższą mu osobą z całej rodziny; drżał z wściekłości, kiedy patrzył jak kobieta osuwa się coraz głębiej w otchłań niepamięci, w zdesentyzowane ramiona uzależnień; i nie potrafił jej pomóc, tylko bezradnie trwać u jej boku, tak jak i ona obok niego. Oboje szukali łatwego pocieszenia w narkotykach, alkoholu i przygodnym seksie, bo te dawały łatwe wytchnienie, szybką przyjemność i proste szczęście.
„Po prostu się z nim rozwiedź”, mówił jej, „możesz być przecież, kurwa, wolna”, a ona tylko patrzyła pogardliwie, a co najgorsze, z wyrzutem, przypominając mu to, o czym oboje dobrze wiedzieli: że przed Donaldem nie ma ucieczki. Mogli planować, że oboje pozbędą się kiedyś nazwiska Mulciber, że zatańczą walca na grobie tego tak znienawidzonego im obojgu mężczyzny, że zawsze mogą przestać… Ale kończyło się po prostu tym, że w narkotycznym stuporze przekonywali się nawzajem, że w sumie to jeszcze mają po co żyć. Na przykład, aby wziąć następną działkę.
Nie potrafił uwolnić się od Donalda, to prawda. Regularnie bywał w rezydencji Mulciberów, czytał grzecznie korespondencję, nawet prezentował się czasem na jakichś uroczystościach dla bałwanów ze śmietanki towarzyskiej… Ale to było pozorne zawieszenie broni. Do czasu, aż Donald kilka dni temu napomknął mu w liście – jak zwykle, długim, szczegółowym jak raport, i wypełnionym obrzydliwie nieistotnymi faktami na temat kogo to Donald nie widział w tym tygodniu, z kim to nie robił interesów itd. itp., że czasem po prostu wrzucał je bez czytania do ognia – że myśli o renowacji zachodniego skrzydła posiadłości, i w najbliższym czasie zacznie częściej odwiedzać na lokalne wernisaże, by poszukać inspiracji odnośnie nowego wystroju.
Alexander wiedział, co za chwilę przeczyta.
Litery zlewały się ze sobą, ręce zaczęły drżeć mu tak, że nie potrafił odcyfrować ani słowa więcej, poza tym jednym zdaniem, które wyryło się w jego umyśle trwałą skaryfikacją: widziałem ostatnio prace pewnej uznanej młodej malarki, może znasz Lorettę Lestrange?, dopisano w post scriptum, z taką samą nonszalancją z jaką Donald zwykł rzucać obelgi: niby to mimochodem, a jednak z precyzją snajpera.
Alexander miał wrażenie, że oszaleje.
Chodził po pokoju, wte i wewte, by się uspokoić; próbował wmówić sobie, że to wszystko nie ma związku z tym, że poślubił Lorettę, że Donald nie może wiedzieć, że ta jedna kobieta jest dla niego tak ważna, że gotów byłby wszystko co doczesne porzucić dla niej jedynie… Nie mógł wiedzieć, prawda?
Nie spał po tym liście trzy noce.
To wszystko było tak jak wtedy, przed Grecją; kolejny raz pierdolony Donald stawał na drodze do jego szczęścia, kolejny raz rzucał zawoalowaną groźbą, której nikt inny by nie zrozumiał, bo nie wychował się w domu Mulciberów, i nie wiedział, jaki potwór czai się za mętnymi ślepami jego brata; kolejny raz, kiedy straciłby kobietę, którą kocha, i rzuciłby resztę życia w diabły - tylko teraz, nie wiedział, czy nie wolałby ze sobą po prostu skończyć, niż męczyć się z zawodem.
Myślał, że po tym wszystkim całe życie będzie samotny, a jednak, ona zabrała mu tę samotność.
Nie wiedziałem – odpowiedział Lorettcie, kiedy poruszyła się w jego objęciach, szepcząc mu do ucha słodkie słówka; włosy kobiety łaskotały go w policzek, kiedy oparła cały swój ciężar o jego pierś, wciąż falującą przyspieszonym rytmem oddechu przesyconego pożądaniem. – Ale czuję się jeszcze całkiem żywy. Złapię cię, jeśli będziesz upadać.
Kiedyś, kiedy była jeszcze nowością w jego snach – fantazją jedynie, ucieleśnieniem fantazji – potrafiła przed nim tylko uciekać – widział jej wzgardliwe spojrzenie i przekornie wydęte usta; czuł bijące od jej postaci zblazowane znudzenie, które wydawało się osiągać najgorsze apogeum, kiedy odsłaniał pobliźnione ramiona, by uzyskać dostęp do którejś ze sfatygowanych żył – wtedy z cynicznym uśmiechem odwracała głowę, jakby mówiła, że jest ponad to... A on czuł niezrozumiały wstyd, bo jego nagość była niczym przyznanie się do winy: że jeżeli coś kochał – to tylko obsesyjnie; że miłość do niej w sumie niczym nie różniła się od heroinowego głodu, że choćby nie wiem jak silił się, by udawać obojętnego wobec jej wdzięków, był absolutnie uzależniony – i gotów osunąć się w otchłań autodestrukcji, jeżeli to oznaczałoby tylko, że ona czeka na niego na dnie.
Dla niej... To wszystko przecież dla niej. Tak jak kiedyś zawsze wyciągał Trójkę Mieczy, kiedy próbował pytać kart Tarota o ich przyszłość: krwawiące serce, przebite ostrzami, i targały nim wątpliwości: czy to znów inny mężczyzna majaczy na horyzoncie, czy to ona jest nieszczera w swoim uczuciu, czy to on wciąż mimo wszystko wraca myślami myśli do swojej dawnej miłości; czy są wzdłuż i wszerz tragedią jedynie, bez nadziei, bez perspektyw; tak teraz, od kiedy została jego żoną, w jego talii zostali tylko Kochankowie. Przeklęci Kochankowie. Powinien się cieszyć z dobrego omenu, ale zbyt wiele historii kryło się za tą kartą; zbyt wiele bólu; zbyt wiele wspomnień. Nie mógł ufać tarotowi, tak samo, jak nie mógł ufać swoim snom, ani wizjom w swojej głowie. Powinien odesłać Kochanków Ambrosii, tak - ale nie mógł.
Powinien poślubić ją wcześniej. Oszczędziłby im obojgu tej bezsensownej gry.
Pomyśl, że to sen, mówiła Loretta z jego marzeń sennych, kiedy brązowe oczy błyszczały milionem znaczeń, ale jedyną pewną interpretacją tego spojrzenia, na jaką mógłby się pokusić było po prostu „wyzwanie”, a kiedy jej ręka wędrowała już w dół jego brzucha, w ogóle już przestawał myśleć. Czuł tylko głód, a ona była jego ulubionym narkotykiem. Dzięki niej mógł zapomnieć. Cóż z tego, że był przeklęty? Mógł być przeklęty, byleby tylko ona dalej go chciała…
Klęczał przed nią, bo chciał jej wszystko wyznać, każdy szczegół, który odcisnął się w jego umyśle, słowa jednak więzły mu w gardle. W głowie odbywał z nią tę konwersację na milion sposobów; w głowie ścierały się echa możliwych dróg, ale nie potrafił odgraniczyć jednej od drugiej, ani powiedzieć, co kryje się na końcu każdej z tych ścieżek.
Nie pytaj, Loretto, chciał wyszeptać, ale wiedział, że ona będzie tylko nalegać, póki się nie złamie, i nie wyjawi jej tej winy, którą ze sobą przydźwigał na sumieniu; ale przecież nie chciał obarczać ją swoim grzechem, chciał ją uchronić przed złem, które czaiło się w jego duszy, a jednocześnie dalej móc dotykać ją tymi brudnymi dłońmi, które – choć nie spływały krwią – pokrywała niewybaczalna zmaza bratobójstwa. Czym sobie zasłużyłem, żeby ciebie mieć, hm? Dlaczego tak rozpaczliwie mnie kochasz? Znów, żałował: źle, że przyszedłem; trzeba było nie otwierać – myślał, zdruzgotany myślą, że coś może się stać z jego winy. Dlaczego mi otworzyłaś, grzmiał w głowie, ale zaraz zdawał sobie sprawę, że to przecież wyłącznie jego wina. To było silniejsze ode mnie. Nogi same mnie poniosły. Wybacz mi. Jestem takim pierdolonym tchórzem, wiem. Wiem, ale wybacz mi... Wybacz, że przyszedłem. Nie wiedziałem, że idę do ciebie. Po prostu myślałem o tobie, i nagle... Nie wiem. Ściskało go w gardle, kiedy decydował się na szczerość. Jestem tchórzem, miałaś rację, nie jestem ciebie wart. Wiem to, Loretto. Ale potrzebuję cię. Kocham cię. Zostań ze mną, proszę. Nie zniosę, jeżeli przestaniesz mnie kochać, błagał, obejmując jej kolana, gotów obiecać wszystko, byleby tylko udzieliła mu rozgrzeszenia w swoich ramionach.
W jednej chwili trzymał ją w swoich objęciach, choć nie zarejestrował, kiedy przeszli z hallu do sypialni. Rozumiał teraz, co Loretta miała na myśli, kiedy mówiła mu, że tęskni za nim nawet – albo zwłaszcza – kiedy leżeli razem, nadzy, skóra przy skórze.
– Powinniśmy byli tam wtedy zostać – powiedział do jej włosów, do zagłębienia jej łabędziej szyi. Pozwolił jej rękom błądzić. Głaskała go po włosach, otulała swoim kojąco bluszczowym dotykiem… – Powinniśmy byli zostać w tamtym wozie.
Ściągnął z niej sweter, mocował się z jakąś upartą haftką w zapięciu spódnicy, którą wcześniej zdążył już podwinąć tak, że zebrała się, pofałdowana, w okolicy jej talii, odsłaniając bieliznę i pas do pończoch; jego ruchy były gorączkowe, jak zawsze chciwe ciała Loretty; tylko kiedy ją dotykał, nie czuł przygniatającego go do ziemi ciężaru fatum.
Chciał pokazać Lorettcie, jak bardzo jej pożąda, jak bardzo potrzebuje jej bliskości w tej chwili; chciał, by i ona chciała jego tak samo mocno, żeby razem zapomnieli, razem oddali się cielesnym uniesieniom, jakby ten akt był jedynym, co może go oczyścić od zbrodni, którą popełnił – nie myśl o tym nie nie nie nie myśl o nim on nie żyje zabiłeś go dokonało się ale nie myśl o tym teraz nie nie nie – poprowadził jej dłoń na zapięcie spodni, potem pod swoją koszulę, ale to wszystko działo się za wolno, z jakiegoś powodu jej ręce cały czas wędrowały nie tam, gdzie trzeba, a on dalej pozostawał ubrany, co było dlań równie niezrozumiałe; sam więc zrzucił spodnie, koszulę, wszystko, nie pozwalając jej nawet na chwilę odsunąć się, dopóki nie stanął przed nią nagi. Właśnie takim czuł się zawsze w obecności Loretty: nie miał nic do ukrycia.
Wyglądała idealnie właśnie taka: rozchełstana, absolutnie zbrukana, a jednak wystarczyłoby, że poprawiła bluzkę i opuściła spódnicę, by ochronić swoją prywatność; nie mogła tylko ukryć rumieńca – czy to złości, czy to pożądania – który gościł na jej twarzy, nie potrafiła ukryć tego, że tak przyzwyczaiła się do jego dotyku, że pozwalała mu na niemal wszystko, nieważne, do czego by się posunął. Nie wiedział, skąd w niej ta stanowczość. Nie rozumiał jej stalowego spojrzenia. Chciał się z nią tylko kochać.
– Proszę – wydyszał – Potrzebuję cię. – Opierała się pod jego dotykiem, kiedy ten stał się bardziej natarczywy – mówiła coś, ale nie słyszał, co – nie dbał o to, musiał ją mieć teraz, udowodnić sobie, że nieważne, co się wydarzy, ona dalej jest jego, i będzie taka do końca, tak jak sobie przysięgali. Musiał poczuć, że dalej go chce – że dalej jest jego żoną, na dobre i na złe – że dalej go kocha, i nieważne, że popychała go ku temu desperacja. – Potrzebuję, żebyś mnie dalej kochała. Chcę, żeby było nam dobrze, Lorrie.
Głos mimowolnie mu się załamał na tych słowach. Zastanawiał się, kto znajdzie ciało Donalda. Jeżeli to będzie Diana… Miał ochotę palnąć sobie w łeb. Z drugiej strony, czy nie ucieszyłaby się na widok takiego prezentu? Donald nie żyje, przypomniał sobie, i to ty go zabiłeś; martw się o siebie… Dopiero kiedy jasnym stało się, że ona go nie chce, mimowolnie cofnął dłoń spomiędzy jej ud, jak oparzony. Potrzebuję cię, Loretto, potrzebuję żebyś dalej mnie kochała. Czy dalej mnie będziesz kochać, jeżeli będę przeklęty?
W jego głowie gościła teraz bowiem tylko jedna myśl: jeżeli pójdzie do Azkabanu, ona go zostawi.
To nie wchodziło w grę.
Ale Loretta go nie chciała już teraz, co przyjął z szokiem. Czyżby domyśliła się wszystkiego, ledwo tylko przestąpił jej próg? Czyżby chciała to zakończyć?
Jeżeli ona była kometą, on był ogonem tej komety, tym spalającym się wodorem, który tylko upiękniał ją pośród innych gwiazd na nieboskłonie…
Nie chcesz mnie, Loretto?
Kurwa mać.
Zmarszczył brwi, tknięty dziwnym wrażeniem: zrozumiał, że to już nie deszcz spływający z jego mokrych włosów, tylko łzy na policzkach. Nawet nie zauważył, kiedy pozwolił im popłynąć – nie pamiętał, kiedy ostatnio płakał. Może kiedy był dzieckiem? Sam był zdziwiony ich obecnością, i tym, że nie potrafił ich zatrzymać. Siedział na skraju łóżka swojej żony, kompletnie nagi, i… płakał? Oszalał. Niechybnie oszalał.
– Potrzebuję cię – dodał tym cholernie zduszonym tonem. To była jedyna rozsądna myśl, jakiej mógł się uchwycić.
Dlaczego żądała od niego prawdy? Raportu z morderstwa z zimną krwią i w afekcie zarazem? On już i tak niczego nie pamiętał…
A co jeżeli i o niej zapomni, kiedy pogrąży się w otchłani szaleństwa? Nie, niemożliwe… Czuł jak ogarnia go panika, jak wstrząsnął nim nagle dreszcz, i był wdzięczny, że siedzi, bo wszystko dookoła zaczęło wirować? Co jeżeli nie odnajdzie jej w limbo? Wtedy, kiedy wszyscy zostaną tam ostatecznie zesłani by błądzić pośród nieskończoności, aż nie dostąpią łaski odrodzenia? Czy każdej kobiecie, którą kochał, przeznaczone była go, kurwa, opuszczać? Co, jeżeli dementorzy zabiorą mu tę resztkę wspomnień, których nie zdoła wymazać szaleństwo, i pozostanie mu tylko niejasne wspomnienie jej oczu, nic poza tym?
Czuł, że osuwa się coraz głębiej i głębiej w otchłań paranoi. Gdyby to oznaczało, że na zawsze dane mu będzie zachować wspomnienia o Lorettcie, codziennie piłby amortencję, tylko dla niej, tylko po to, by nigdy nie zapomnieć; tłoczyłby ją sobie do żyły tylko po to, by nasycić swoją obsesję, i by na zawsze zachowała się taka w jego pamięci. Nawet, gdyby miała być tylko snem.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat