• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander

[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#4
14.01.2024, 20:09  ✶  

Pod gęstą kotarą niezidentyfikowanych snów, zawsze mówił jej, że ją kochał; tak jakby emocje, które w bezkresie żywił miały być fatamorganą zrodzoną z marzeń sennych; zupełnie jakby byli tymi zjawami oddychającymi mrzonkami, szybującymi gdzieś między padołem ziemskim a masywem chmur. Kochała go takiego najbardziej – stanowczego, ale miękkiego i kowalnego; drastycznego, ale o ciepłych dłoniach i zajmowanych rumieńcem policzkach. Kochała go na całej rozciągłości pięciolinii, to jak jej imię – Lorrie brzmiało sącząc się z jego warg; to, jak obejmował ją zaborczo i każdy dotyk, który płynął wraz z miękkością ciała – rozpoczynając się na szyi, kończąc z kolei między nogami. I choć nigdy nie tętniła obezwładniającą samotnością – jego miłość była substytutem wobec wszystkiego, co było jej na aksamicie umysłu istotne; gotowa była pozbyć się wszystkiego, byłe zachować go i jego pożądliwy dotyk przy sobie.

Uwielbiała, jak zaciskał palce na jej biodrach, jak wbijał się paznokciami w ich miękkość, jak mogła czuć jego ciało wszystkimi zmysłami; za każdym razem kończyło się to jednakowo, każde ze zbliżeń jednak, zawierało w sobie niebotyczne uczucie odmienności; nie potrafiła oprzeć się jego pożądliwemu dotykowi – zawsze sunąc dłońmi po jej ciele, zastawał dreszcz przebiegający na szpilkach po jej plecach. Kochała go niezmiennie i nieuchronnie, tętniąc tymi uczuciami, od których tak długo stroniła. A było tak odkąd rozkochał ją w sobie – ją, osiemnastoletnią podlotkę, która nie miała do zaoferowania nic więcej, poza kwiecistym uśmiechem i głową pełną niewyartykułowanych marzeń.

I za każdym razem, jak brutalnie brał ją w posiadanie, czuła mikrokosmos zmysłowej pamięci – zawierając w sobie zapach magnolii, które kiedyś odpiłował jej przy skwerze oraz skraplający się pot na jego ramionach, gdy pochylał się, aby scałować z jej ust niemą obietnicę.

– Dlaczego mnie kochasz? – wyszeptała kiedyś, gdy leżała otulona bielą kołdry, trzymając go za dłoń, jak zawsze – nie potrafiła zasypiać bez splotu własnych palców z jego – opierając podbródek na jego klatce piersiowej. – Bo ja kocham cię bardziej, niż cokolwiek innego; bardziej niż ładne sukienki i papierosy, bardziej niż wysoką poezję i bankiety. Mogłabym to wszystko rzucić, puścić w niebyt, ale wtedy byś mnie nie kochał. Bo nie byłabym sobą.

I tak za każdym razem, gdy wędrował dłońmi po jej ciele, odnawiała to pytanie, puentując różnorakimi przemyśleniami.

– Kochanie ciebie jest dla mnie jak oddychanie – mawiał często, sunąc palcami po jej nagiej skórze, gdy krucha i mikra, leżała wtulona w jego ramionach. Przecież mógłby ją skrzywdzić z łatwością; skręcić kark, uderzyć trafniej w potylicę, rozgorzeć w jej gęstej posoce, zatracić się i… rdzawe róże krwi należały do jej ulubionych kwiatów.

A jednak nawet siniaki, którymi ją znaczył, barwione były niepoprawną dbałością i delikatnością w całokształcie swojego absurdu. Przecież w gruncie rzeczy, uwielbiała, jak zaciskał na niej opuszki palców mocniej, jak znaczył jej plecy podłużnymi, bladoróżowymi śladami zadrapań i jak przygryzał jej wargę odrobinę zbyt silnie. Kochała go teraz i kochała go w każdej innej sytuacji – zupełnie jakby jakaś przeklęta szekspirowska kantyczka warunkowała jej życie; najgorszym było to, że gotowa była pogodzić się z nieuchronnym fatalizmem wszechświata tylko jeśli nie odejmie jej z jego ramion, oplatających ją tak ciasno, jakby bał się, że faktycznie obróci się w mętny, słodkawy niebyt.

– Dlaczego mnie kochasz? – spytał tym razem on o świcie, gdy wstęgi światła zwolna przebijały się przez druzgoczący masyw nocnego mroku. Za każdym razem, gdy nadzy leżeli, całą noc obracając w niwecz, pełną wzajemnego pożądania i słodyczy przywiązania, obfitowali również w wyznania, które, choć leżały w charakterze Loretty, stoickiemu Alexowi nie przychodziły tak łatwo.

A jednak pytał ją, czy go kocha.

– Nie umiem powiedzieć, ale jednego jestem pewna – kochałabym cię, nawet jeśli byś mnie nienawidził – odparła miękko, palcem wskazującym sunąc po jego klatce piersiowej, gęstwiną czarnych pukli łaskocząc go w policzek i ciepłotą ciała przylegając do jego sylwetki.

Pewne uczucia są jak wazon – raz zbity, nie powróci nigdy do pierwotnej formy.

Prawdopodobnie dlatego nigdy nie rozkładali łączącego ich uczucia na części pierwsze; tkwiło w nich jako oczywistość wszechrzeczy, jako coś pewnego i nieprzejednanego, jako coś, czego nie można było poddać żadnemu wahaniu. Kochała go żarliwie, a najbardziej, gdy ją krzywdził – żywili w końcu do siebie wszystko, poza wierutną obojętnością i choć niejednokroć obawiała się, że z biegiem lat zacznie być mu nieistotna – przez osiem ostatnich każde ich zbliżenie było coraz bardziej intensywne, pełne głodu i boleści, tak jakby wszystkie uczucia przelewali w dotyk i gesty; w przekleństwo i błogosławieństwo zarazem. Była pewna, że choćby chciał odejść, nigdy by mu nie pozwoliła – dorobił się własnej mary, z której harpich szponów nie chciał nawet uciekać.

Loretta była modliszką, on jednak nie był muchą.

Jej miłość, zasadzona głęboko i sztywna na wzór konaru, nie uznawała półśrodków. Chciała być wyłącznie jego i żądać od niego tego samego monopolu; on jednak naprzemiennie był i go nie było – nie przeszkadzało jej to jednak w przyjmowaniu go w chuderlawe ramiona za każdym razem, gdy wracał o ustach suchych, naznaczonych potrzebą pocałunku. Jej upadek moralny zgrywał się idealnie z mięknięciem w jego objęciach, była okrutnie zła, przebrzydła do szpiku kości, jemu jednak to nie przeszkadzało i za każdym razem, gdy jej policzki znaczyły się dołeczkami uśmiechu, przyjmowała formę zgoła inną, niż bezwzględnie krzywdzącej harpii.

Bo potrafiła być wobec niego czuła i ciepła; niejednokrotnie układał głowę na jej piersi, ona z kolei wplatała palce w jego włosy, sunąc po nich dłonią. Był wtedy dziwnie bezbronny, w pewien zakrzywiony moralnie sposób niewinny. Ona jednak kochała go z całą dozą tej absurdalnej ulotności i sztywnego stąpania po ziemi zarazem – Alex stanowił całość, przeklętego uroborosa, tę makiawelistyczną mieszankę sprzeczności; a ona?; cóż, tonęła bez reszty.

– Dlaczego mnie kochasz? – spytała raz jeszcze, gdy świt zastawał ich nieśpiących, otulonych nimbem niewiadomej bliskości.

– Bo jesteś – odparł bez zawahania, a na jej wargach ulokował się miękki uśmiech.

Wyznawali sobie uczucia często i gorliwie, tak jakby sama bliskość była niedostateczna, jakby potrzebowali tego pobrzmiewającego zapewnienia, że żywią do siebie emocje niezachwiane. Lubiła słuchać jego głosu, tego jak jego tembr wibrował w krtani, gdy opierała głowę na jego ramieniu; tego, jak artykułował głoski i jak miękły one przed zderzeniem ze zmasowaną kurtyną eteru. Alex nie był wylewny; Loretta była z kolei aż za bardzo.

Potrzebowała go teraz i zawsze; za każdym razem, gdy oplatał dotykiem jej talię, zatrzymywał dłonie na piersiach i ujmował jej podbródek, aby zaznaczyć usta znamieniem pocałunku. Każdorazowo wracał do niej, tak jakby istnieli w niebycie, a ich drogi zostały skrzyżowane przez fatalistyczne przeznaczenie już dawno temu; tak, jakby każde niewypowiedziane słowo grzęzło, a jednak w tym uniwersum stanowiło słodycz, która rozlewała się po wargach jak późnoletni miód. Była w tym wszystkim podejrzanie autentyczna, dziwnie istniejąca, zdająca się być marą wykwitłą z jego snów i pragnień – była jednak fizyczna w całej okazałości, a jej miłość, tak żarliwa, nie pozostawiała złudzeń.

Czas nigdy nie istniał, tak długo jak istnieli oni.

Znała go jak własną kieszeń, co sprawiało, że buńczucznie w tym wszystkim, odbierała jego emocje ze zdwojoną siłą. Prawdopodobnie dlatego teraz, gdy napierał na nią ciałem, podwijając gwałtownie spódnicę, pozbywając się z ramion własnej koszuli, dotykając jej zaborczo i desperacko, poczuła to, co nie zostało wyartykułowane. I rzęsiste krople deszczu, kapiące z jego włosów, dopiero po chwili zlały się z grochami łez, które poczęły sunąć po jego obliczu.

Nie widziała go nigdy płaczącego.

Gdy tylko usiadł na brzegu łóżka, podeszła do niego i klęknęła przy jego nogach, chwytając go za dłonie.

– Kocham cię. Bardzo cię kocham. Nie zostawię cię, cokolwiek się stało, nie zostawię cię – artykułowała staccato, gładząc go po kolanie, pozostając w pełni dziwnego szoku, który rozpostarł poły na kanwie myśli. – Proszę, powiedz co się stało. Proszę. Proszę – powtarzała, wbijając zmartwione spojrzenie w szklistą toń błękitu jego tęczówek.

Podniosła się po chwili, siadając obok niego na skraju łóżka, aby objąć go ramieniem, przytulić do siebie i utonąć nosem w morzu jego czupryny.

– Będę twoją żoną, wspomnisz moje słowa – rzekła kiedyś do Alexandra, ledwo skończywszy osiemnastą wiosnę; ledwo poznawszy go i będąc oczarowaną jego istnieniem.

On wówczas jedynie zaśmiał się i pokręcił głową, jakby wydusiła z siebie czysty absurd. Nigdy nie pomyślała, że usidli go w swojej pajęczej sieci bez zbędnej dyskusji; nigdy nie sądziła, że ten mężczyzna będzie ją nazywał swoją żoną, a ona zmięknie pod jego dotykiem równie silnie, co pod wpływem jego osobowości. Nie pamiętała, kiedy pierwszy raz wziął ją w posiadanie; nie pamiętała wielu rzeczy z ich relacji, jednak przekonanie o głęboko żywionej miłości zastawało ją każdego ranka. Nie mogła o nim zapomnieć – nawet gdyby był w Azkabanie, to byłaby Sonią, a on Raskolnikowem – nigdy nie zapomniałaby o woni jego wody kolońskiej i tego, jak jego palce wbijają się w jej miękką kibić.

Można było rzec, iż Mulciber ją omotał, a ona w odwecie – omotała jego. I nawet jeśli to wszystko było bezdusznym snem, jej miłość była faktyczna i realna; nawet jeśli to wszystko było mrzonką utkaną z niewydarzonego, gotowa była spać w objęciach Morfeusza przez wieczność, tylko aby być z nim przez każdą utkaną chwilę. I choć ciągle znikał z jej życia – pojawiał się tak dotkliwie, że zawsze mu wybaczała. Był prawdopodobnie jedynym istnieniem, którego błagania przyjmowała z nietypową sobie łagodnością, nie z chęcią zemsty.

Uniosła palcem jego podbródek, aby zaznaczyć mokre od deszczu czoło krótkim pocałunkiem. Nigdy nie myślała, że zdobędzie się na tak dalece posuniętą czułość względem kogokolwiek; Alexander jednak nie był kimkolwiek.

– Spokojnie – wyszeptała, oplatając go ramionami; tak, jakby jej ciepło mogło go w jakikolwiek sposób ukoić. Tak, jakby żyli we śnie.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (6467), Loretta Lestrange (3942)




Wiadomości w tym wątku
[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander - przez Alexander Mulciber - 14.01.2024, 20:03
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.01.2024, 20:08
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Alexander Mulciber - 14.01.2024, 20:08
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.01.2024, 20:09
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Alexander Mulciber - 19.01.2024, 01:25
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.02.2024, 13:10
RE: [13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander - przez Alexander Mulciber - 15.09.2024, 17:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa