Pod gęstą kotarą niezidentyfikowanych snów, zawsze mówił jej, że ją kochał; tak jakby emocje, które w bezkresie żywił miały być fatamorganą zrodzoną z marzeń sennych; zupełnie jakby byli tymi zjawami oddychającymi mrzonkami, szybującymi gdzieś między padołem ziemskim a masywem chmur. Kochała go takiego najbardziej – stanowczego, ale miękkiego i kowalnego; drastycznego, ale o ciepłych dłoniach i zajmowanych rumieńcem policzkach. Kochała go na całej rozciągłości pięciolinii, to jak jej imię – Lorrie brzmiało sącząc się z jego warg; to, jak obejmował ją zaborczo i każdy dotyk, który płynął wraz z miękkością ciała – rozpoczynając się na szyi, kończąc z kolei między nogami. I choć nigdy nie tętniła obezwładniającą samotnością – jego miłość była substytutem wobec wszystkiego, co było jej na aksamicie umysłu istotne; gotowa była pozbyć się wszystkiego, byłe zachować go i jego pożądliwy dotyk przy sobie.
Uwielbiała, jak zaciskał palce na jej biodrach, jak wbijał się paznokciami w ich miękkość, jak mogła czuć jego ciało wszystkimi zmysłami; za każdym razem kończyło się to jednakowo, każde ze zbliżeń jednak, zawierało w sobie niebotyczne uczucie odmienności; nie potrafiła oprzeć się jego pożądliwemu dotykowi – zawsze sunąc dłońmi po jej ciele, zastawał dreszcz przebiegający na szpilkach po jej plecach. Kochała go niezmiennie i nieuchronnie, tętniąc tymi uczuciami, od których tak długo stroniła. A było tak odkąd rozkochał ją w sobie – ją, osiemnastoletnią podlotkę, która nie miała do zaoferowania nic więcej, poza kwiecistym uśmiechem i głową pełną niewyartykułowanych marzeń.
I za każdym razem, jak brutalnie brał ją w posiadanie, czuła mikrokosmos zmysłowej pamięci – zawierając w sobie zapach magnolii, które kiedyś odpiłował jej przy skwerze oraz skraplający się pot na jego ramionach, gdy pochylał się, aby scałować z jej ust niemą obietnicę.
– Dlaczego mnie kochasz? – wyszeptała kiedyś, gdy leżała otulona bielą kołdry, trzymając go za dłoń, jak zawsze – nie potrafiła zasypiać bez splotu własnych palców z jego – opierając podbródek na jego klatce piersiowej. – Bo ja kocham cię bardziej, niż cokolwiek innego; bardziej niż ładne sukienki i papierosy, bardziej niż wysoką poezję i bankiety. Mogłabym to wszystko rzucić, puścić w niebyt, ale wtedy byś mnie nie kochał. Bo nie byłabym sobą.
I tak za każdym razem, gdy wędrował dłońmi po jej ciele, odnawiała to pytanie, puentując różnorakimi przemyśleniami.
– Kochanie ciebie jest dla mnie jak oddychanie – mawiał często, sunąc palcami po jej nagiej skórze, gdy krucha i mikra, leżała wtulona w jego ramionach. Przecież mógłby ją skrzywdzić z łatwością; skręcić kark, uderzyć trafniej w potylicę, rozgorzeć w jej gęstej posoce, zatracić się i… rdzawe róże krwi należały do jej ulubionych kwiatów.
A jednak nawet siniaki, którymi ją znaczył, barwione były niepoprawną dbałością i delikatnością w całokształcie swojego absurdu. Przecież w gruncie rzeczy, uwielbiała, jak zaciskał na niej opuszki palców mocniej, jak znaczył jej plecy podłużnymi, bladoróżowymi śladami zadrapań i jak przygryzał jej wargę odrobinę zbyt silnie. Kochała go teraz i kochała go w każdej innej sytuacji – zupełnie jakby jakaś przeklęta szekspirowska kantyczka warunkowała jej życie; najgorszym było to, że gotowa była pogodzić się z nieuchronnym fatalizmem wszechświata tylko jeśli nie odejmie jej z jego ramion, oplatających ją tak ciasno, jakby bał się, że faktycznie obróci się w mętny, słodkawy niebyt.
– Dlaczego mnie kochasz? – spytał tym razem on o świcie, gdy wstęgi światła zwolna przebijały się przez druzgoczący masyw nocnego mroku. Za każdym razem, gdy nadzy leżeli, całą noc obracając w niwecz, pełną wzajemnego pożądania i słodyczy przywiązania, obfitowali również w wyznania, które, choć leżały w charakterze Loretty, stoickiemu Alexowi nie przychodziły tak łatwo.
A jednak pytał ją, czy go kocha.
– Nie umiem powiedzieć, ale jednego jestem pewna – kochałabym cię, nawet jeśli byś mnie nienawidził – odparła miękko, palcem wskazującym sunąc po jego klatce piersiowej, gęstwiną czarnych pukli łaskocząc go w policzek i ciepłotą ciała przylegając do jego sylwetki.
Pewne uczucia są jak wazon – raz zbity, nie powróci nigdy do pierwotnej formy.
Prawdopodobnie dlatego nigdy nie rozkładali łączącego ich uczucia na części pierwsze; tkwiło w nich jako oczywistość wszechrzeczy, jako coś pewnego i nieprzejednanego, jako coś, czego nie można było poddać żadnemu wahaniu. Kochała go żarliwie, a najbardziej, gdy ją krzywdził – żywili w końcu do siebie wszystko, poza wierutną obojętnością i choć niejednokroć obawiała się, że z biegiem lat zacznie być mu nieistotna – przez osiem ostatnich każde ich zbliżenie było coraz bardziej intensywne, pełne głodu i boleści, tak jakby wszystkie uczucia przelewali w dotyk i gesty; w przekleństwo i błogosławieństwo zarazem. Była pewna, że choćby chciał odejść, nigdy by mu nie pozwoliła – dorobił się własnej mary, z której harpich szponów nie chciał nawet uciekać.
Loretta była modliszką, on jednak nie był muchą.
Jej miłość, zasadzona głęboko i sztywna na wzór konaru, nie uznawała półśrodków. Chciała być wyłącznie jego i żądać od niego tego samego monopolu; on jednak naprzemiennie był i go nie było – nie przeszkadzało jej to jednak w przyjmowaniu go w chuderlawe ramiona za każdym razem, gdy wracał o ustach suchych, naznaczonych potrzebą pocałunku. Jej upadek moralny zgrywał się idealnie z mięknięciem w jego objęciach, była okrutnie zła, przebrzydła do szpiku kości, jemu jednak to nie przeszkadzało i za każdym razem, gdy jej policzki znaczyły się dołeczkami uśmiechu, przyjmowała formę zgoła inną, niż bezwzględnie krzywdzącej harpii.
Bo potrafiła być wobec niego czuła i ciepła; niejednokrotnie układał głowę na jej piersi, ona z kolei wplatała palce w jego włosy, sunąc po nich dłonią. Był wtedy dziwnie bezbronny, w pewien zakrzywiony moralnie sposób niewinny. Ona jednak kochała go z całą dozą tej absurdalnej ulotności i sztywnego stąpania po ziemi zarazem – Alex stanowił całość, przeklętego uroborosa, tę makiawelistyczną mieszankę sprzeczności; a ona?; cóż, tonęła bez reszty.
– Dlaczego mnie kochasz? – spytała raz jeszcze, gdy świt zastawał ich nieśpiących, otulonych nimbem niewiadomej bliskości.
– Bo jesteś – odparł bez zawahania, a na jej wargach ulokował się miękki uśmiech.
Wyznawali sobie uczucia często i gorliwie, tak jakby sama bliskość była niedostateczna, jakby potrzebowali tego pobrzmiewającego zapewnienia, że żywią do siebie emocje niezachwiane. Lubiła słuchać jego głosu, tego jak jego tembr wibrował w krtani, gdy opierała głowę na jego ramieniu; tego, jak artykułował głoski i jak miękły one przed zderzeniem ze zmasowaną kurtyną eteru. Alex nie był wylewny; Loretta była z kolei aż za bardzo.
Potrzebowała go teraz i zawsze; za każdym razem, gdy oplatał dotykiem jej talię, zatrzymywał dłonie na piersiach i ujmował jej podbródek, aby zaznaczyć usta znamieniem pocałunku. Każdorazowo wracał do niej, tak jakby istnieli w niebycie, a ich drogi zostały skrzyżowane przez fatalistyczne przeznaczenie już dawno temu; tak, jakby każde niewypowiedziane słowo grzęzło, a jednak w tym uniwersum stanowiło słodycz, która rozlewała się po wargach jak późnoletni miód. Była w tym wszystkim podejrzanie autentyczna, dziwnie istniejąca, zdająca się być marą wykwitłą z jego snów i pragnień – była jednak fizyczna w całej okazałości, a jej miłość, tak żarliwa, nie pozostawiała złudzeń.
Czas nigdy nie istniał, tak długo jak istnieli oni.
Znała go jak własną kieszeń, co sprawiało, że buńczucznie w tym wszystkim, odbierała jego emocje ze zdwojoną siłą. Prawdopodobnie dlatego teraz, gdy napierał na nią ciałem, podwijając gwałtownie spódnicę, pozbywając się z ramion własnej koszuli, dotykając jej zaborczo i desperacko, poczuła to, co nie zostało wyartykułowane. I rzęsiste krople deszczu, kapiące z jego włosów, dopiero po chwili zlały się z grochami łez, które poczęły sunąć po jego obliczu.
Nie widziała go nigdy płaczącego.
Gdy tylko usiadł na brzegu łóżka, podeszła do niego i klęknęła przy jego nogach, chwytając go za dłonie.
– Kocham cię. Bardzo cię kocham. Nie zostawię cię, cokolwiek się stało, nie zostawię cię – artykułowała staccato, gładząc go po kolanie, pozostając w pełni dziwnego szoku, który rozpostarł poły na kanwie myśli. – Proszę, powiedz co się stało. Proszę. Proszę – powtarzała, wbijając zmartwione spojrzenie w szklistą toń błękitu jego tęczówek.
Podniosła się po chwili, siadając obok niego na skraju łóżka, aby objąć go ramieniem, przytulić do siebie i utonąć nosem w morzu jego czupryny.
– Będę twoją żoną, wspomnisz moje słowa – rzekła kiedyś do Alexandra, ledwo skończywszy osiemnastą wiosnę; ledwo poznawszy go i będąc oczarowaną jego istnieniem.
On wówczas jedynie zaśmiał się i pokręcił głową, jakby wydusiła z siebie czysty absurd. Nigdy nie pomyślała, że usidli go w swojej pajęczej sieci bez zbędnej dyskusji; nigdy nie sądziła, że ten mężczyzna będzie ją nazywał swoją żoną, a ona zmięknie pod jego dotykiem równie silnie, co pod wpływem jego osobowości. Nie pamiętała, kiedy pierwszy raz wziął ją w posiadanie; nie pamiętała wielu rzeczy z ich relacji, jednak przekonanie o głęboko żywionej miłości zastawało ją każdego ranka. Nie mogła o nim zapomnieć – nawet gdyby był w Azkabanie, to byłaby Sonią, a on Raskolnikowem – nigdy nie zapomniałaby o woni jego wody kolońskiej i tego, jak jego palce wbijają się w jej miękką kibić.
Można było rzec, iż Mulciber ją omotał, a ona w odwecie – omotała jego. I nawet jeśli to wszystko było bezdusznym snem, jej miłość była faktyczna i realna; nawet jeśli to wszystko było mrzonką utkaną z niewydarzonego, gotowa była spać w objęciach Morfeusza przez wieczność, tylko aby być z nim przez każdą utkaną chwilę. I choć ciągle znikał z jej życia – pojawiał się tak dotkliwie, że zawsze mu wybaczała. Był prawdopodobnie jedynym istnieniem, którego błagania przyjmowała z nietypową sobie łagodnością, nie z chęcią zemsty.
Uniosła palcem jego podbródek, aby zaznaczyć mokre od deszczu czoło krótkim pocałunkiem. Nigdy nie myślała, że zdobędzie się na tak dalece posuniętą czułość względem kogokolwiek; Alexander jednak nie był kimkolwiek.
– Spokojnie – wyszeptała, oplatając go ramionami; tak, jakby jej ciepło mogło go w jakikolwiek sposób ukoić. Tak, jakby żyli we śnie.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it