Doprowadzenie do szału swojego brata czasami go kusiło, gdy tak natręptnie próbował znaleźć mu żonę, aby mógł wyprawić mu wesele przed śmiercią ich własnego ojca, ale Vincentowi w tym kierunku nie było śpieszno. Wręcz obawiał się mariażu, obawiał się posiadania rodziny, nigdy nie myślał o tym, aby uprawiać seks w celu posiadania potomków. Jego największy koszmar to było właśnie posiadanie dzieci. O ile cudze jeszcze potrafił znieść, bo wiedział, że nie będzie z nimi musiał przebywać dwadzieścia cztery godziny na dobę to o tyle trudniej było mu siebie wyobrazić jako ojca. Te myśli powodowały u niego wręcz paraliż i objawy najczystszego stresu. O ile mógłby mieć samą żonę, mieć przy sobie kogoś kogo by kochał, spędzał z nim czas, budował własne gniazdo – to nie był w stanie wyobrazić sobie dzieci, które byłyby jego.
Gdy zabrała mu ciastka uśmiechnął się jedynie w ten swój cyniczny sposób i rozluźnił. Zdenerwowanie na dziennikarza już mijało, dym papierosowy idealnie koił nerwy, a denerwowanie Brenny sprawiało, że życie nabierało smaku. Mógłby to robić odpłatnie, chodzić za nią i wkurzać ją drobnymi rzeczami, wpychaniem ciastek do buzi, przedrzeźnianie, cokolwiek co sprawiłoby, że chodziłaby sfrustrowana. Z drugiej strony nie chciałby też jej za bardzo rozpraszać, bo świat byłby wtedy w niebezpieczeństwie, a wszystkie pokonane przez nią trolle zaczęły by czuć się bezkarne, nie?
– Preffet, preffet – przedrzeźnił ją śmiejąc się przy tym i lekko szturchając ją bokiem – Już się tak nie buntuj, to tylko ciastko – wyszczerzył się do niej, ale na wszelki wypadek odsunął się kawałek, aby mu nie zdzieliła ciastkami w łeb. – Nie, nie mam pojęcia kim jest Kopciuszek – stwierdził zgodnie z prawdą. Nigdy jakoś nie zagłębiał się w baśnie, a zwłaszcza te mugolskie. Ledwo ogarniał te czarodziejskie. To też byłby idealny powód, dla którego byłby złym ojcem. Przynajmniej tak sobie wmawiał. – To jakieś zaklęcie? – może chciała na niego rzucić jakąś klątwę? Może to ta, którą miała na sobie? Nie pamiętał jednak, aby ostatnio jej jakoś szczególnie mocno podpadł, aby chciała nieumiejętnie go zaklinać.
Uniósł brwi patrząc na nią z niedowierzaniem. Paskuda, w paskudowości w największej paskudności.
– Klempa – prychnął. – Ale dzieci też muszą mieć jakąś radość, więc pozwalam ci nie zapominać o Lincolnie – zaśmiał się i odrzucił na bok peta po papierosie.