15.01.2024, 00:41 ✶
Wolałby być wytworem wyobraźni. A ona? Czego w tej chwili pragnęła? Przestać czuć, myśleć, cierpieć. Wcisnąć cały ten ból głęboko w gardło temu, kto za nim stał.
Rozdarta.
Była tak cholernie rozdarta, że ostatecznie nie była do końca pewna, czy obecność Alastora tutaj, w tej dziurze „na krańcu świata” stanowiła coś dobrego. Z jednej strony… tak, czuła to, nawet wtedy, gdy w pierwszym odruchu sądziła, że to kolejne widmo wypuszczone przez jej umysł.
Pragnienie, żeby być blisko, bliżej, tak bardzo blisko, jak tylko mogą być dwa ciała, splecione ze sobą. Z drugiej… nie po to się tu przywlokła, żeby mieć pod nosem kogoś bliskiego. Bliskiego? Tak, Moody wciąż – mimo wszystko – zaliczał się do tego węższego, bliższego kręgu, nawet jeśli ucięła jedną z nici ich łączących. Samotność.
Pragnienie samotności też paliło, a jednak – paradoksalnie – w jakiś sposób też nie chciała być całkiem sama.
Naprawdę była rozdarta.
Nie dało się tego nie dostrzec w ciemnych oczach, całej udręki, jaka się wydobyła na powierzchnię, wymieszaną z pragnieniem, które bynajmniej ulgi nie przynosiło, wręcz przeciwnie. W oczach…? A tak, spojrzała w końcu na Alastora. Czy naprawdę go widziała? Jako człowieka, nie majak? A może próbowała dojść do tego, który z widzianych Moodych był tym prawdziwym? Bo może, biorąc pod uwagę, ile wypiła, postrzeganie świata stało się zwielokrotnione…?
- Wygląda na to, że nie ma znaczenia, co byśmy woleli – wychrypiała, przypominając sobie o wciąż trzymanym papierosie. Pociągnięcie. Wypuszczenie dymu. Och, gdyby to było takie proste. Gdyby wszystko mogło się rozwiewać tak, jak te siwe kłęby, unoszące się ku górze i z każdą chwilą coraz bardziej rozpraszające, aż pozostawały jedynie wspomnienie. Gdyby tylko…
Dość ciężko zgasiła papierosa w popielniczce, zaciskając szczęki. Mogła być napruta w trzy dupy, mogła pragnąć naprawdę wiele rzeczy, które bezlitośnie pozostawały poza jakimkolwiek zasięgiem – zupełnie jakby cały kosmos był przeciwko – ale też istniało coś, czego bardzo, bardzo nie chciała. Dolina. Chciał zabrać ją do Doliny, zapewne prosto do Warowni; dokładnie tego miejsca, od którego trzymała się w tej chwili z bardzo, bardzo daleko.
- Odmawiam – oznajmiła chrapliwie, zsuwając się z barowego stołka. I w zasadzie teraz najbardziej by pasowało skierowanie się bardzo dumnym, pewnym krokiem, w stronę wyjścia, ale to mrzonka. Choćby z tego względu, że i tak musiała się baru przytrzymać, żeby zyskać pewność, iż nogi nie zdecydują się pod nią ugiąć przy pierwszym kroku – Nie Dolina.
Ale i też nie spierdalaj, daj mi kurwa święty spokój. Jakby nie potrafiła – nie chciała? - ze wszystkich ludzi wokół niej odepchnąć właśnie jego.
Rozdarta.
Była tak cholernie rozdarta, że ostatecznie nie była do końca pewna, czy obecność Alastora tutaj, w tej dziurze „na krańcu świata” stanowiła coś dobrego. Z jednej strony… tak, czuła to, nawet wtedy, gdy w pierwszym odruchu sądziła, że to kolejne widmo wypuszczone przez jej umysł.
Pragnienie, żeby być blisko, bliżej, tak bardzo blisko, jak tylko mogą być dwa ciała, splecione ze sobą. Z drugiej… nie po to się tu przywlokła, żeby mieć pod nosem kogoś bliskiego. Bliskiego? Tak, Moody wciąż – mimo wszystko – zaliczał się do tego węższego, bliższego kręgu, nawet jeśli ucięła jedną z nici ich łączących. Samotność.
Pragnienie samotności też paliło, a jednak – paradoksalnie – w jakiś sposób też nie chciała być całkiem sama.
Naprawdę była rozdarta.
Nie dało się tego nie dostrzec w ciemnych oczach, całej udręki, jaka się wydobyła na powierzchnię, wymieszaną z pragnieniem, które bynajmniej ulgi nie przynosiło, wręcz przeciwnie. W oczach…? A tak, spojrzała w końcu na Alastora. Czy naprawdę go widziała? Jako człowieka, nie majak? A może próbowała dojść do tego, który z widzianych Moodych był tym prawdziwym? Bo może, biorąc pod uwagę, ile wypiła, postrzeganie świata stało się zwielokrotnione…?
- Wygląda na to, że nie ma znaczenia, co byśmy woleli – wychrypiała, przypominając sobie o wciąż trzymanym papierosie. Pociągnięcie. Wypuszczenie dymu. Och, gdyby to było takie proste. Gdyby wszystko mogło się rozwiewać tak, jak te siwe kłęby, unoszące się ku górze i z każdą chwilą coraz bardziej rozpraszające, aż pozostawały jedynie wspomnienie. Gdyby tylko…
Dość ciężko zgasiła papierosa w popielniczce, zaciskając szczęki. Mogła być napruta w trzy dupy, mogła pragnąć naprawdę wiele rzeczy, które bezlitośnie pozostawały poza jakimkolwiek zasięgiem – zupełnie jakby cały kosmos był przeciwko – ale też istniało coś, czego bardzo, bardzo nie chciała. Dolina. Chciał zabrać ją do Doliny, zapewne prosto do Warowni; dokładnie tego miejsca, od którego trzymała się w tej chwili z bardzo, bardzo daleko.
- Odmawiam – oznajmiła chrapliwie, zsuwając się z barowego stołka. I w zasadzie teraz najbardziej by pasowało skierowanie się bardzo dumnym, pewnym krokiem, w stronę wyjścia, ale to mrzonka. Choćby z tego względu, że i tak musiała się baru przytrzymać, żeby zyskać pewność, iż nogi nie zdecydują się pod nią ugiąć przy pierwszym kroku – Nie Dolina.
Ale i też nie spierdalaj, daj mi kurwa święty spokój. Jakby nie potrafiła – nie chciała? - ze wszystkich ludzi wokół niej odepchnąć właśnie jego.