Zrób coś. Głos w jego głowie nawoływał do zmiany. Do tego, żeby się otrząsnąć i zrobić coś lepszego, coś milszego. Zatrzymać Philipa, złapać go za dłoń. Chwycić za rękę i powiedzieć, że hej - będzie dobrze. Brzmiałoby to naprawdę słodko i uroczo. Brzmiałoby bardzo w jego stylu. Nie mógł tego jego powiedzieć, nie mógł tego zrobić. To nie byłoby do końca szczere, a czego oczekiwał? Chcesz odpowiedzi, które cię zadowolą. Powiedział mu Nicholas. Tak, chciał. Chciał zadowalającej szczerości, która (oby, dobry Boże) nie będzie miała pokrycia z fałszem z jego głowy.
- Nie... - Pokręcił przecząco głową, kiedy usłyszał o tym, że to wszystko nie ma znaczenia, że mleko rozlane, więc żadne słowa tego nie zmienią. Tak, nie zmienią. Nie zbierzemy mleka z powrotem. Można jednak powycierać stolik, umyć szklankę i zamiast mleka - nalać lemoniady. Można też odstawić szklankę na półkę, albo pójść po nowy karton mleka do sklepu. Bardzo wiele rzeczy można było zrobić, jeśli tylko się chciało - Philip chciał. Dlatego to miało znaczenie. - To ma znaczenie. - Zapewnił tego bożka, który wcale nie sądził, że postradał wszystkie rozumy, cały geniusz tego świata. Który ewoluował, zmieniał się - i to chyba pod jego dłonią. Może pod paroma innymi..? - Nie możemy zmienić przeszłości, jednak tłumaczenie jej i przeprosiny zmieniają teraźniejszość. To ma znaczenie, bardzo duże. Dlatego dziękuję ci. Dlatego chciałem, żebyś wszedł do środka. - Niektóre rozdziały książek powinny być zamknięte. Philip nigdy nie był takim rozdziałem, chociaż bardzo wiele słów chciało powolną strugą płynąć ku epilogowi. W ostatniej chwili odbijały iii... tak, no właśnie. I wszystko ewoluowało. Nie było w tym niczego złego, póki nie przynosiło tylko smutku i bólu. Dopóki mogliśmy mówić o pięknych chwilach. Umówmy się - to był Philip Nott. TEN Philip Nott. Zadufana w sobie gwiazdeeczka, która... przepraszała go naprawdę często. Właściwie to był moment, w którym Laurent poczuł, że chciałby dotknąć jego dłoni i nawet wyciągnął swoją. To był też ten moment, w którym Philip wstał. Jego dłoń nigdy nie trafiła na tę jego. - Człowiek musi popełniać błędy, żeby stać się lepszym sobą. Nie ma w tym zupełnie niczego złego. - Czy nie powiedział mu już kiedyś czegoś podobnego? Teraz nie był pewien. - Bardzo się starasz. To dobrze. - Dla siebie, czy dla niego, czy dla kogoś innego... nie miał pojęcia, że Philip przyszedł tu po to, żeby powiedzieć, że to już KONIEC. Nawet tego nie podejrzewał.
- Ależ mam. Konfrontujemy je. Gdyby nie to, nie byłoby złości. Zastanowiłeś się nad tym, dlaczego wcześniej nie istniały takie problemy? Sądzisz, że to tylko kwestia twojej zmiany? - Laurent miał wrażenie, że tej kluczowej kwestii nie przemyślał. - Więc może po prostu staramy się za bardzo? - Rozłożył ręce w geście bezradności, ale to uczucie nie miało odwzorowania w jego głosie czy mimice. - Cieszę się, że szukasz upustu na złość. Tylko czemu jest jej tak wiele, kiedy pojawia się odmowa? - To przecież nie mogło tak wyglądać. Bał się mu odmówić, bo bał się reakcji. Nie chciał go ranić, ale też nie chciał być zraniony.
Och tak, taniec w słowach z Laurentem był trudny. Znał tylko jedną osobę, która tak nim manewrowała, że zupełnie nie znał rytmu i go gubił, ale to była bardzo wyjątkowa persona. Nie tylko bardzo wyjątkowa w jego życiu, ale w ogóle uważał ją za prawdziwy płatek śniegu. Jak to kiedyś powiedział... Perła pośród świń. W końcu pracował tak blisko Nocturnu... Ten taniec był banalny, kiedy Laurent był wytrącony z równowagi, kiedy emocje się pojawiały, ale tu i teraz tego nie było. Była uważna obserwacja i analiza, jakiej poddawał słowa Philipa i jego zachowanie. Kiedy wodził za nim oczami i wiódł za nim też umysłem.
Kąciki ust Laurenta uniosły się, uniosły się też lekko jego brwi, a w końcu oddech opuścił jego usta, który brzmiał trochę jak... prychnięcie śmiechem? Tylko takie naprawdę ciche, minimalne. Przymknął na moment oczy, mieląc słowa, jakie padły w jego kierunku. Nie ważne, jak wulgarne były, karmiły jego próżność i sprawiały, że rozwijał pawi ogon, żeby chwalić się samym sobą. Tym samym sobą, o którego musiał lepiej zadbać, żeby Ojciec Ląd trochę dłużej go ponosił. Uniósł głowę na Philipa.
- Ach tak, to takie męskie... stawianie swojego przyrodzenia zaraz obok poetyckiego ujęcia duszy. Czego mi tam jeszcze brakuje... chyba tylko wspomnienia o pięknych oczach. - To było naprawdę tak bardzo samcze, że aż go rozbawiło, że usłyszał coś takiego od Philipa w swoim kierunku. Ale tak, to do niego pasowało. Po prostu Philip... nie pamiętał w sumie nawet kiedy użył przy nim wulgaryzmu. Cóż, zawsze traktował go jak tego świętego Graala, którego czasem może wyciągnąć spod tych desek zabitych pod łóżeczkiem. I bardzo mu się to podobało. Wypełniało jego poczucie wyjątkowości, dopóki jego mózg nie dobierał się do niego samego i nie nakrywał tego wątpliwościami i obelgami w niego wycelowanymi. - Uprzedzając - traktuję to poważnie. - Uniósł nawet lekko dłoń, jakby chciał uprzedzić nawet gestem ewentualną reakcję Philipa, mając w pamięci i na uwadze ich ostatnią rozmowę. Co innego, że to go nieopatrznie nakręcało. Sprawiało, że całkiem wulgarnie miał ochotę przesunąć swoją dłonią po własnym kroczu i wnętrzu ud, rozsuwając je szeroko, zsunąć niżej z kanapy i spojrzeć na Philipa w taki sposób, żeby podszedł... Nic takiego się jednak nie stało. Pozostało to tylko obrazem w jego głowie.
- Nie. - Odparł na słowa Philipa o tym, że ma mu powiedzieć, jak on to widzi. Bo do tego się konkretnie tyczyło zaprzeczenie. - Nie zamierzam nakazywać ci się czegokolwiek domyślać, Philipie, ponieważ to by było absurdalne. Potrzebowałeś jednak tygodnia na to, żeby wszystko sobie przemyśleć i ułożyć, więc chcę usłyszeć, co masz mi do powiedzenia. - Nie zamierzał tym razem mu tego ułatwiać aż do tego stopnia, tak jak za każdym razem poprzednio, kiedy mieli pogawędki względem oczekiwań. Założył nogę na nogę i usiadł przodem do Philipa, gdy ten wędrował po salonie. Zresztą mieli już jedną rozmowę na ten temat. Taką, że potem nikt jej nie chciał kontynuować.