14.01.2024, 23:49 ✶
Cisza. Po prostu cisza.
Może to właśnie była odpowiedź na to, w jaki sposób wreszcie uczynić płonącą duszę spokojną - danie mu czasu i darowanie sobie zbędnych komentarzy. Słowa przynosiły tylko ból i kłopoty, były nośnikiem złamanych obietnic i emocji, których nie chciał przeżywać. Cisza. Ona z jakiegoś powodu dawała mu bezpieczeństwo - dawała mu schować się jak ta wierzba przed potencjalnym, letnim deszczem, jak kosmyki włosów opadające na oczy, zasłaniające mu twarz tak na wszelki wypadek, gdyby siostra miała przyjrzeć mu się za dobrze. Był w swojej potrzebie samotności dosyć komiczny - jak taki zbuntowany nastolatek za wszelką cenę unikający troski rodziców, ale był w tym też niesamowicie szczery - to nie było działanie na przekór sobie, tylko manipulowanie otoczeniem tak, aby móc żyć w zgodzie z własną naturą.
Ale ona mogła siedzieć obok i go nie denerwowała. Nawet teraz kiedy wszyscy chodzili wokół niego tak delikatnie jak się tylko dało, bo był wiecznie nie w humorze, może nawet permanentnie - teraz pozwolił się komukolwiek do siebie zbliżyć i... przyłapał się na tym, że tym razem to on na dłużej zawiesił na Arii zmieszane spojrzenie. Powrócił do tego mechanicznego wróbla dopiero w momencie zawtórowania mu - wystraszył się kontaktu wzrokowego i uciekł do skręcania kolejnych śrubek, za których pomocą czynił go coraz bardziej kształtnym, bo trzymały powyginane kawałki metalu w odpowiednim napięciu. Kiedy weszła z nim w kolejną interakcję, decydując się na zawieszenie mu na dłoni swojego dzieła, Flynn nie pracował już - nakręcił zabawkę i obserwował jej zachowanie, niczym dziecko ignorując przekazane mu normalne jedzenie na rzecz ciasta skubanego kawałek po kawałku. Nie potrafił przełamać się i zjeść przy niej obiadu, ale z jakiegoś powodu nigdy nie potrafił powstrzymać się, kiedy w grę wchodziły słodycze.
Zmarszczył brwi, kiedy dotknęła jego ręki. Nie odtrącił jej w żaden sposób, ale prawdę mówiąc... nie był ani trochę zadowolony z tego, że cokolwiek od niej dostał. Nie z braku sympatii, tylko z prostego faktu, że wszystko, co Flynn posiadał, trzymał przy sobie. Nie miał żadnego bagażu, rzeczy osobistych w worku, targanych w nawet najmniejszej walizce. Miał kurtkę i kieszeń wyszytą skórą wsiąkiewki, ale czy było w niej miejsce na stosik kamieni nawleczony na sznurek? Zmarszczył brwi jeszcze bardziej, kiedy ona również zmarszczyła brwi - dopiero teraz dostrzegał absurd tej sytuacji, oraz to jak naiwnie wręcz widział w niej swoje własne odbicie. Nie, żadna kobieta nie mogła być mu lustrem - tego jedynego w życiu był pewny. Tym razem to on złapał ją za dłoń. Oddzielił jej palce od ostrza, używając do tego odrobiny siły, jeżeli zechciała mu się opierać, bo naprawdę nie podobała mu się wizja klejenia jej teraz plastrami. Zamiast noża, wsadził jej do łap tego nakręcanego ptaszka, gwizdającego cicho jakąś prostą melodię, przypominającą bardziej melodię piosenki niż trel.
I znów chciał się odezwać, ale tym razem nawet nie rozchylił warg. To było bezcelowe i niechciane, bo chciał zachować się dokładnie tak, jak każdy zachowałby się wobec niego: Ten alkohol jest mocny. Darował jej pijacki wywód jąkały, bo do diabła, sama widziała jak wyglądał - pijąc z jego butelki musiała być gotowa na najgorsze, a na aż tak młodą, żeby Alexander ją za to skarcił, nie wyglądała. Dałby jej ze dwadzieścia lat, może dwadzieścia jeden, ale baby miały to do siebie, że jak były nastolatkami, to wyglądały dla niego na trzydzieści, a jak miały trzydzieści, to wyglądały dla niego na dwadzieścia. I błagam, niech mu wszechświat w tym stanie upojenia nie każe tego oceniać. W środku i tak nie zostało wiele, a w najgorszym przypadku odprowadzi ją do wozu.
Może to właśnie była odpowiedź na to, w jaki sposób wreszcie uczynić płonącą duszę spokojną - danie mu czasu i darowanie sobie zbędnych komentarzy. Słowa przynosiły tylko ból i kłopoty, były nośnikiem złamanych obietnic i emocji, których nie chciał przeżywać. Cisza. Ona z jakiegoś powodu dawała mu bezpieczeństwo - dawała mu schować się jak ta wierzba przed potencjalnym, letnim deszczem, jak kosmyki włosów opadające na oczy, zasłaniające mu twarz tak na wszelki wypadek, gdyby siostra miała przyjrzeć mu się za dobrze. Był w swojej potrzebie samotności dosyć komiczny - jak taki zbuntowany nastolatek za wszelką cenę unikający troski rodziców, ale był w tym też niesamowicie szczery - to nie było działanie na przekór sobie, tylko manipulowanie otoczeniem tak, aby móc żyć w zgodzie z własną naturą.
Ale ona mogła siedzieć obok i go nie denerwowała. Nawet teraz kiedy wszyscy chodzili wokół niego tak delikatnie jak się tylko dało, bo był wiecznie nie w humorze, może nawet permanentnie - teraz pozwolił się komukolwiek do siebie zbliżyć i... przyłapał się na tym, że tym razem to on na dłużej zawiesił na Arii zmieszane spojrzenie. Powrócił do tego mechanicznego wróbla dopiero w momencie zawtórowania mu - wystraszył się kontaktu wzrokowego i uciekł do skręcania kolejnych śrubek, za których pomocą czynił go coraz bardziej kształtnym, bo trzymały powyginane kawałki metalu w odpowiednim napięciu. Kiedy weszła z nim w kolejną interakcję, decydując się na zawieszenie mu na dłoni swojego dzieła, Flynn nie pracował już - nakręcił zabawkę i obserwował jej zachowanie, niczym dziecko ignorując przekazane mu normalne jedzenie na rzecz ciasta skubanego kawałek po kawałku. Nie potrafił przełamać się i zjeść przy niej obiadu, ale z jakiegoś powodu nigdy nie potrafił powstrzymać się, kiedy w grę wchodziły słodycze.
Zmarszczył brwi, kiedy dotknęła jego ręki. Nie odtrącił jej w żaden sposób, ale prawdę mówiąc... nie był ani trochę zadowolony z tego, że cokolwiek od niej dostał. Nie z braku sympatii, tylko z prostego faktu, że wszystko, co Flynn posiadał, trzymał przy sobie. Nie miał żadnego bagażu, rzeczy osobistych w worku, targanych w nawet najmniejszej walizce. Miał kurtkę i kieszeń wyszytą skórą wsiąkiewki, ale czy było w niej miejsce na stosik kamieni nawleczony na sznurek? Zmarszczył brwi jeszcze bardziej, kiedy ona również zmarszczyła brwi - dopiero teraz dostrzegał absurd tej sytuacji, oraz to jak naiwnie wręcz widział w niej swoje własne odbicie. Nie, żadna kobieta nie mogła być mu lustrem - tego jedynego w życiu był pewny. Tym razem to on złapał ją za dłoń. Oddzielił jej palce od ostrza, używając do tego odrobiny siły, jeżeli zechciała mu się opierać, bo naprawdę nie podobała mu się wizja klejenia jej teraz plastrami. Zamiast noża, wsadził jej do łap tego nakręcanego ptaszka, gwizdającego cicho jakąś prostą melodię, przypominającą bardziej melodię piosenki niż trel.
I znów chciał się odezwać, ale tym razem nawet nie rozchylił warg. To było bezcelowe i niechciane, bo chciał zachować się dokładnie tak, jak każdy zachowałby się wobec niego: Ten alkohol jest mocny. Darował jej pijacki wywód jąkały, bo do diabła, sama widziała jak wyglądał - pijąc z jego butelki musiała być gotowa na najgorsze, a na aż tak młodą, żeby Alexander ją za to skarcił, nie wyglądała. Dałby jej ze dwadzieścia lat, może dwadzieścia jeden, ale baby miały to do siebie, że jak były nastolatkami, to wyglądały dla niego na trzydzieści, a jak miały trzydzieści, to wyglądały dla niego na dwadzieścia. I błagam, niech mu wszechświat w tym stanie upojenia nie każe tego oceniać. W środku i tak nie zostało wiele, a w najgorszym przypadku odprowadzi ją do wozu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.