15.01.2024, 00:37 ✶
Źle się wyraził, już ona znała takie złe wyrażanie się. Nawet brew nie drgnęła – dawała szansę na to, by wycofali się z tego z twarzą czy może po prostu całkowicie nie dawała wiary w to wytłumaczenie, co miało mieć swoje skutki… później. Przy końcowych wnioskach i wypisywanych mandatach. Cóż, w każdym razie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż baba nie planowała się pośpieszyć i spadać w te pędy, jak co poniektórzy tu obecni by sobie tego życzyli.
Ot, nie ma lekko, drodzy Bellowie, nie ma lekko… a wszechświat tego dnia nieszczególnie najwyraźniej się kwapił do spełniania życzeń, wypowiedzianych czy nie. Ot, bywa! Za proste życie by było, gdyby tak to działało… a może wręcz przeciwnie, zapanowałby przeokrutny chaos, gdyby życzenia każdego się spełniały ot tak…?
- Naprawdę nie trzeba – zapewniła; zresztą, ech… znając życie, nie będzie miała kiedy do tego cyrku pójść (ani Brenna, bo to ją najchętniej by ze sobą zabrała – cóż, kuzynki zdecydowanie były warte siebie; wiecznie w pracy, w tej czy innej, czasu na odpoczynek i relaks niemalże zero), więc jedyne, co mogłaby ewentualnie zrobić, to oddać bilety…? - Obawiam się, że w obecnych czasach, może być ciężko z wizytą u was – dodała z cichym westchnięciem.
Pokręciła głową. Nie, to nie było takie proste. Odejść i co? Bellowie to wędrowcy, cholera wie, czy jednak zaraz nie znikną; wieczni wędrowcy, niezagrzewający dłużej miejsca. Jeszcze się okaże, że kierowca zniknie, jak sen złoty i co wtedy? A na to nie mogła sobie pozwolić i to nawet nie dlatego, że papiery by się nie zgadzały, ale najzwyczajniej w świecie wymagała tego zawodowa profesjonalność.
- Mogę mu najwyżej dać parę minut, ale obawiam się, że parę słów muszę z nim zamienić – stwierdziła, nadal obstając przy swoim. Ot, ciężki orzech do zgryzienia! -
Panie Milo, w zasadzie to dobrze się pan czuje? Widzi pan normalnie? Wezwać uzdrowiciela? – najwyraźniej w końcu sobie uświadomiła, że ktoś się powinien tym konkretnym Bellem zająć; jakby sama rana na łepetynie nie była wystarczającym powodem, to dochodziła jeszcze wzmianka o pamici. I zapewne nie tylko tym; samo wezwanie nie stanowiło większego problemu, ciut inna sprawa, kiedy stosowne służby raczą pojawić się na miejscu… Co nie zmieniało faktu, że tak, naprawdę była gotowa wezwać uzdrowiciela. No, chyba że jednak mieli własnego fachowca na miejscu, w końcu to nie tak, że w cyrku nigdy nie dochodziło do wypadków i nigdy nikt nie chorował, więc podejrzewała, że kogoś takiego zapewne mieli na liście płac, ale, ale, gdyby jednak nie…?
Wzuwać w każdym razie mogła również i jednocześnie się przemieszczając – była zdecydowana zerknąć do wnętrza wozu, skontrolować, przeniuchać. Ba, wnętrze jak wnętrze, ale sam pojazd też planowała obejrzeć; ba, dokumentów też sobie, oczywiście, zażyczyła – przedstawiających stan techniczny pojazdu. I lepiej, żeby były całkiem aktualne, a nie sprzed paru lat…
… i nie, to nie tak, że „grillowała” wyłącznie Bellów; Vesperowi do skóry też się miała dobrać. Oględziny, papierologia, zebranie zeznań z jego punktu widzenia… Zdecydowanie nie było co marzyć o tym, że szybko zniknie.
Ot, nie ma lekko, drodzy Bellowie, nie ma lekko… a wszechświat tego dnia nieszczególnie najwyraźniej się kwapił do spełniania życzeń, wypowiedzianych czy nie. Ot, bywa! Za proste życie by było, gdyby tak to działało… a może wręcz przeciwnie, zapanowałby przeokrutny chaos, gdyby życzenia każdego się spełniały ot tak…?
- Naprawdę nie trzeba – zapewniła; zresztą, ech… znając życie, nie będzie miała kiedy do tego cyrku pójść (ani Brenna, bo to ją najchętniej by ze sobą zabrała – cóż, kuzynki zdecydowanie były warte siebie; wiecznie w pracy, w tej czy innej, czasu na odpoczynek i relaks niemalże zero), więc jedyne, co mogłaby ewentualnie zrobić, to oddać bilety…? - Obawiam się, że w obecnych czasach, może być ciężko z wizytą u was – dodała z cichym westchnięciem.
Pokręciła głową. Nie, to nie było takie proste. Odejść i co? Bellowie to wędrowcy, cholera wie, czy jednak zaraz nie znikną; wieczni wędrowcy, niezagrzewający dłużej miejsca. Jeszcze się okaże, że kierowca zniknie, jak sen złoty i co wtedy? A na to nie mogła sobie pozwolić i to nawet nie dlatego, że papiery by się nie zgadzały, ale najzwyczajniej w świecie wymagała tego zawodowa profesjonalność.
- Mogę mu najwyżej dać parę minut, ale obawiam się, że parę słów muszę z nim zamienić – stwierdziła, nadal obstając przy swoim. Ot, ciężki orzech do zgryzienia! -
Panie Milo, w zasadzie to dobrze się pan czuje? Widzi pan normalnie? Wezwać uzdrowiciela? – najwyraźniej w końcu sobie uświadomiła, że ktoś się powinien tym konkretnym Bellem zająć; jakby sama rana na łepetynie nie była wystarczającym powodem, to dochodziła jeszcze wzmianka o pamici. I zapewne nie tylko tym; samo wezwanie nie stanowiło większego problemu, ciut inna sprawa, kiedy stosowne służby raczą pojawić się na miejscu… Co nie zmieniało faktu, że tak, naprawdę była gotowa wezwać uzdrowiciela. No, chyba że jednak mieli własnego fachowca na miejscu, w końcu to nie tak, że w cyrku nigdy nie dochodziło do wypadków i nigdy nikt nie chorował, więc podejrzewała, że kogoś takiego zapewne mieli na liście płac, ale, ale, gdyby jednak nie…?
Wzuwać w każdym razie mogła również i jednocześnie się przemieszczając – była zdecydowana zerknąć do wnętrza wozu, skontrolować, przeniuchać. Ba, wnętrze jak wnętrze, ale sam pojazd też planowała obejrzeć; ba, dokumentów też sobie, oczywiście, zażyczyła – przedstawiających stan techniczny pojazdu. I lepiej, żeby były całkiem aktualne, a nie sprzed paru lat…
… i nie, to nie tak, że „grillowała” wyłącznie Bellów; Vesperowi do skóry też się miała dobrać. Oględziny, papierologia, zebranie zeznań z jego punktu widzenia… Zdecydowanie nie było co marzyć o tym, że szybko zniknie.