Flynnowi spodobała się ta bezczelność. Sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale się tym zaraził - głupkowaty wyraz twarzy utknął na niej i nie dawał za wygraną. Wpatrywał się w Bletchleya i wyobrażał go sobie jako takiego małego chłystka idącego przez korytarze... jakiegoś pałacu Buckingham, albo innej historycznej budowli, którą w przeciwieństwie do Hogwartu znał.
- Ooooh, uśmiechasz się jak taki młodociany bandyta! - Zauważył, nie rezygnując z zaczepnego tonu. - No popatrz... szkoda, że mnie nie przyjęli, pewnie byśmy sobie przyklejali gumy do żucia do grzywek i podkładali łajnobomby do tornistrów, a potem byś się zastanawiał, dlaczego o mnie myślisz, dotykając się pod prysznicem. - Z łatwością obracał takie rzeczy w zabawne historie, rozmowy o niczym przychodziły mu o wiele łatwiej niż przekazywanie jakichkolwiek wartościowych informacji o sobie i swoich myślach - bo on wolał opowiadać bez wyznawania czegokolwiek, jakby wcale nie był bohaterem tego, o czym mówił - jakby ten drugi Flynn stał obok? - A... albo coś tam. - Zawahał się nagle i zrozumiał, że tym razem nie podciągnie tego pod zmieszanie pytaniem. - W sumie to nie wiem ile mam lat, może byśmy się minęli. - Wyjaśnił szybko. Jakby dostał ten nieszczęsny list, to by wiedział, że miał lat jedenaście. A tak poza tym? Szybko dorósł. Szybko stał się wrakiem. Alkohol i narkotyki nie pomagały w utrzymywaniu idealnej cery, więc sam w swojej głowie zawyżał własny wiek o kilka lat - Bletchley natomiast (w percepcji Flynna) dobrze dobrał sobie pseudonim, odjąłby mu przez tę twarz co najmniej trzy, gdyby miał strzelić.
Z równie głupkowatym wyrazem twarzy słuchał, jak chłopak chaotycznie odcinał się od słowa musisz, chociaż sam je powiedział. Wyłapywał takie rzeczy i z jakiegoś powodu zawsze się nimi delektował - pociągały go takie kroki w tył, nieoczywistości, nieścisłości, bo jak coś lubił (w tym przypadku kogoś), to od razu wszystko wokół tematu analizował. Bo to było ciekawe, zajmowało mu głowę. Najpierw to mówił, później zaprzeczał, mijało kilka sekund i powtarzał to samo wersalikami. A Flynn się w niego wgapiał i to adorował, bo to było przecież kolejne świadectwo tego, że mu się przy nim plątały język i myśli. Poza tym na takich ludzi ciężko się było napatrzeć - bo Bletchley był taki delikatny, anielski, ale miał w tym taką diaboliczną nutę, co przyciągało wzrok Flynna bardziej niż szereg najpiękniejszych panienek, jakie by mu znaleźli w Londynie. Nawet jeżeli to byłoby absolutne kłamstwo gdyby powiedział, że wolał mężczyzn od kobiet.
- Żeby przejść do kolejnych lekcji, trzeba zdać egzamin ustny - oczywiście, że wyraźnie to zaakcentował - a patrząc na to, że prawie wywaliłeś się od kilku ciepłych słówek, to w życiu nie doniósłbyś mnie do łóżka. - Prowokował go, bo znowu znalazł jakiś motyw na zaczepkę. Przyszedł tutaj z konkretną wizją, którą sprzedał mu w pięć sekund, ale chętnie wsłuchałby się w jego fantazje, może nawet wziąłby w nich udział, gdyby tylko nie musiał mówić oczywistych rzeczy. Popchnij mnie, pociągnij mnie, trzymaj mnie - za coś takiego znielubiłby samego siebie. Ale kiedy działał wyobrażeniami, wszystko smakowało zupełnie inaczej - jak zwodzenie, jak kuszenie kogoś do odkrycia w sobie pierwotnego instynktu, a to pozwalało mu zachować poczucie kontroli bez słownego kierowania. Lubił mieć kontrolę, ale to nie znaczyło, że chciał być dyrygentem. - Mój tył też jest nie do podrobienia. - Przypomniał mu, tak na wszelki wypadek, bo było to trafne i w temacie. Jeżeli ktokolwiek w życiu Bletchleya odważył się pierdolnąć sobie dla niego tatuaż na całe plecy, to by się naprawdę zdziwił, a wyobrażenie sobie jego skrzydeł w tym kontekście narzucało scenę wręcz oczywistą - taką pozbawioną choćby grama przyzwoitości. I chociaż przestał się uśmiechać, bo szczerzyli się do siebie jak para pajaców, odkąd przekroczył próg tego mieszkania i powoli zaczynała boleć go od tego twarz, to nie uciekł nigdzie spojrzeniem. Szukał w jego oczach tego magicznego momentu, w którym maska zdrowego rozsądku się zsuwa. Bo tutaj nie było przecież przestrzeni na rozsądek, robiło się strasznie ciasno, szczególnie kiedy oplótł go rękoma i uwiesił się na jego szyi.
Ale w tej grze była jeszcze jedna karta i to ona ostatecznie go złamała. Nie pociągnął już następnej, po prostu zamarł w milczeniu. Miał strasznie dużo do powiedzenia, ale jak zawsze w takiej sytuacji nie powiedział nic. To nie był zwykły dzień. To był niezwykły dzień. Działo się w nim tyle, ile działo się w jego kalendarzu przez tydzień życia w cyrku. Ale miałby sprowadzić go na ziemię? Po tym jak powiedział, że jego idealny dzień to po prostu dobry dzień spędzony z nim wspólnie? Prędzej wydusiłby coś w stylu propozycji wspólnego wyjazdu, ale nawet czerwony od wina i spity wlaniem w siebie od razu całego kieliszka... wiedział, że to nie była na to chwila. Bo znowu czuł to napięcie, szybsze bicie serca. I gdzieś tam ostatnia szara komórka mówiła ci jak małe znaczenie miała tutaj miłość - prędzej czy później skrzywdzą się nawzajem, ale niech diabli ją wezmą, niech ten alkohol ją zabije, bo wcale nie chciał tego słyszeć, a kiedy czegoś nie chciał, to się po prostu nie działo. No dobrze, to się działo, ale tak szybko, jakby nie stało się wcale - silne ukłucie serca, a później znajdują cię na podłodze w łazience i płaczesz, a jak wytrzeźwiejesz, to przychodzi upierdliwe zastanawianie się, w którym momencie to wszystko się spierdoliło. To było nic. To był problem przyszłego jego. A przyszły on zgodzi się z nim, że warto było zapłacić tę cenę za to, że teraz mógł przyciągnąć Caina do siebie i pocałować go w sposób, w jaki chciał to zrobić, odkąd ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą dzisiaj pierwszy raz.
- Ooooh, uśmiechasz się jak taki młodociany bandyta! - Zauważył, nie rezygnując z zaczepnego tonu. - No popatrz... szkoda, że mnie nie przyjęli, pewnie byśmy sobie przyklejali gumy do żucia do grzywek i podkładali łajnobomby do tornistrów, a potem byś się zastanawiał, dlaczego o mnie myślisz, dotykając się pod prysznicem. - Z łatwością obracał takie rzeczy w zabawne historie, rozmowy o niczym przychodziły mu o wiele łatwiej niż przekazywanie jakichkolwiek wartościowych informacji o sobie i swoich myślach - bo on wolał opowiadać bez wyznawania czegokolwiek, jakby wcale nie był bohaterem tego, o czym mówił - jakby ten drugi Flynn stał obok? - A... albo coś tam. - Zawahał się nagle i zrozumiał, że tym razem nie podciągnie tego pod zmieszanie pytaniem. - W sumie to nie wiem ile mam lat, może byśmy się minęli. - Wyjaśnił szybko. Jakby dostał ten nieszczęsny list, to by wiedział, że miał lat jedenaście. A tak poza tym? Szybko dorósł. Szybko stał się wrakiem. Alkohol i narkotyki nie pomagały w utrzymywaniu idealnej cery, więc sam w swojej głowie zawyżał własny wiek o kilka lat - Bletchley natomiast (w percepcji Flynna) dobrze dobrał sobie pseudonim, odjąłby mu przez tę twarz co najmniej trzy, gdyby miał strzelić.
Z równie głupkowatym wyrazem twarzy słuchał, jak chłopak chaotycznie odcinał się od słowa musisz, chociaż sam je powiedział. Wyłapywał takie rzeczy i z jakiegoś powodu zawsze się nimi delektował - pociągały go takie kroki w tył, nieoczywistości, nieścisłości, bo jak coś lubił (w tym przypadku kogoś), to od razu wszystko wokół tematu analizował. Bo to było ciekawe, zajmowało mu głowę. Najpierw to mówił, później zaprzeczał, mijało kilka sekund i powtarzał to samo wersalikami. A Flynn się w niego wgapiał i to adorował, bo to było przecież kolejne świadectwo tego, że mu się przy nim plątały język i myśli. Poza tym na takich ludzi ciężko się było napatrzeć - bo Bletchley był taki delikatny, anielski, ale miał w tym taką diaboliczną nutę, co przyciągało wzrok Flynna bardziej niż szereg najpiękniejszych panienek, jakie by mu znaleźli w Londynie. Nawet jeżeli to byłoby absolutne kłamstwo gdyby powiedział, że wolał mężczyzn od kobiet.
- Żeby przejść do kolejnych lekcji, trzeba zdać egzamin ustny - oczywiście, że wyraźnie to zaakcentował - a patrząc na to, że prawie wywaliłeś się od kilku ciepłych słówek, to w życiu nie doniósłbyś mnie do łóżka. - Prowokował go, bo znowu znalazł jakiś motyw na zaczepkę. Przyszedł tutaj z konkretną wizją, którą sprzedał mu w pięć sekund, ale chętnie wsłuchałby się w jego fantazje, może nawet wziąłby w nich udział, gdyby tylko nie musiał mówić oczywistych rzeczy. Popchnij mnie, pociągnij mnie, trzymaj mnie - za coś takiego znielubiłby samego siebie. Ale kiedy działał wyobrażeniami, wszystko smakowało zupełnie inaczej - jak zwodzenie, jak kuszenie kogoś do odkrycia w sobie pierwotnego instynktu, a to pozwalało mu zachować poczucie kontroli bez słownego kierowania. Lubił mieć kontrolę, ale to nie znaczyło, że chciał być dyrygentem. - Mój tył też jest nie do podrobienia. - Przypomniał mu, tak na wszelki wypadek, bo było to trafne i w temacie. Jeżeli ktokolwiek w życiu Bletchleya odważył się pierdolnąć sobie dla niego tatuaż na całe plecy, to by się naprawdę zdziwił, a wyobrażenie sobie jego skrzydeł w tym kontekście narzucało scenę wręcz oczywistą - taką pozbawioną choćby grama przyzwoitości. I chociaż przestał się uśmiechać, bo szczerzyli się do siebie jak para pajaców, odkąd przekroczył próg tego mieszkania i powoli zaczynała boleć go od tego twarz, to nie uciekł nigdzie spojrzeniem. Szukał w jego oczach tego magicznego momentu, w którym maska zdrowego rozsądku się zsuwa. Bo tutaj nie było przecież przestrzeni na rozsądek, robiło się strasznie ciasno, szczególnie kiedy oplótł go rękoma i uwiesił się na jego szyi.
Ale w tej grze była jeszcze jedna karta i to ona ostatecznie go złamała. Nie pociągnął już następnej, po prostu zamarł w milczeniu. Miał strasznie dużo do powiedzenia, ale jak zawsze w takiej sytuacji nie powiedział nic. To nie był zwykły dzień. To był niezwykły dzień. Działo się w nim tyle, ile działo się w jego kalendarzu przez tydzień życia w cyrku. Ale miałby sprowadzić go na ziemię? Po tym jak powiedział, że jego idealny dzień to po prostu dobry dzień spędzony z nim wspólnie? Prędzej wydusiłby coś w stylu propozycji wspólnego wyjazdu, ale nawet czerwony od wina i spity wlaniem w siebie od razu całego kieliszka... wiedział, że to nie była na to chwila. Bo znowu czuł to napięcie, szybsze bicie serca. I gdzieś tam ostatnia szara komórka mówiła ci jak małe znaczenie miała tutaj miłość - prędzej czy później skrzywdzą się nawzajem, ale niech diabli ją wezmą, niech ten alkohol ją zabije, bo wcale nie chciał tego słyszeć, a kiedy czegoś nie chciał, to się po prostu nie działo. No dobrze, to się działo, ale tak szybko, jakby nie stało się wcale - silne ukłucie serca, a później znajdują cię na podłodze w łazience i płaczesz, a jak wytrzeźwiejesz, to przychodzi upierdliwe zastanawianie się, w którym momencie to wszystko się spierdoliło. To było nic. To był problem przyszłego jego. A przyszły on zgodzi się z nim, że warto było zapłacić tę cenę za to, że teraz mógł przyciągnąć Caina do siebie i pocałować go w sposób, w jaki chciał to zrobić, odkąd ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą dzisiaj pierwszy raz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.