15.01.2024, 03:45 ✶
—Zawód. — Westchnęła melodramatycznie, spojrzeniem dryfując do sufitu, choć duchem przebijając się przez tą kornikową przestrzeń i pikując gdzieś w dalekie, bezkresne przestworza refleksji. Jej twarz oplatał skromny, pogodny uśmiech, ale oczy nie były w stanie zamaskować tafli zamyślenia, która zalała jej źrenice. Oczywiście od razu pomyślała o Leviathanie i o tym jak ich relacja, relacja fundamentalna od jakiegoś czasu chybotała się i gibała, a gdy tylko dowiedziała się o nowych zmianach całkowicie zmieniających jego dotychczasowe życie, jej obawy uderzyły w nią ze zdwojoną siłą. Obawy, że zostanie sama. A po atlantach ich przyjaźni pozostaną jedynie stare, kamienne kloce.
Pokręciła głową, wynurzając się z chwilowego namysłu. I choć nieopatrznie widziała palce wycierające się w chusteczkę, na szczęście nie przyuważyła żadnych makabrycznych wzorów. Zbyt skupiona była na ruchach męskich dłoni. Czy byłyby szorstkie jak dłonie jej ojca? Czy...
— Dziękuję za wróżbę. To na pewno intrygująca pożywka dla przemyśleń.
Nie stać jej było na nic bardziej szczerego, nie oprószonego grzecznością i wyuczoną życzliwością; i pomyślała wtedy, jakże prościej byłoby posiadać i naciskać kiedy tylko się zapragnie, nieistniejący, migotliwy przycisk i wyduszać z siebie parę ciążącą w płucach i na sercu. Kiedy tylko się zapragnie.
Smukłe, jasne palce splotły się delikatnie z nasadą różdżki. Gdy tylko Morpheus nachylił się nad ladą, miała wrażenie, że powietrze aż zadrżało od obcej aury zmieszanej z marginesem jej cielesności. Palce, miękkie, wrażliwe i drobne, zamarły w niewyjaśnionym oczekiwaniu (na co?).
— Oczywiście, że przetrwa, to solidny twór — jakże by inaczej, przecież to dzieło jej ojca! — Mają przetrwać długie dekady u boku ich właścicieli, idealnie zaś całe ich długie życie. A że tak się nie dzieje... problemem nie jest różdżka. Tylko człowiek. — odpowiedziała powoli, nie poruszywszy się ani na milimetr.
Powietrze stało się ciężkie, jak rtęć, jak ołów, oddychała smołą, trującą, lepką, zamarłą w podatnych płucach — a pomimo tego, nie usunęła się poza kresy jego oddechu.
— Zawsze wiedziałeś kim chcesz być?
Ach, ale o co tak naprawdę pytała? Morpheus sam musiał zadecydować, która myśl pierwsza zjawiła się w jego głowie.
Pokręciła głową, wynurzając się z chwilowego namysłu. I choć nieopatrznie widziała palce wycierające się w chusteczkę, na szczęście nie przyuważyła żadnych makabrycznych wzorów. Zbyt skupiona była na ruchach męskich dłoni. Czy byłyby szorstkie jak dłonie jej ojca? Czy...
— Dziękuję za wróżbę. To na pewno intrygująca pożywka dla przemyśleń.
Nie stać jej było na nic bardziej szczerego, nie oprószonego grzecznością i wyuczoną życzliwością; i pomyślała wtedy, jakże prościej byłoby posiadać i naciskać kiedy tylko się zapragnie, nieistniejący, migotliwy przycisk i wyduszać z siebie parę ciążącą w płucach i na sercu. Kiedy tylko się zapragnie.
Smukłe, jasne palce splotły się delikatnie z nasadą różdżki. Gdy tylko Morpheus nachylił się nad ladą, miała wrażenie, że powietrze aż zadrżało od obcej aury zmieszanej z marginesem jej cielesności. Palce, miękkie, wrażliwe i drobne, zamarły w niewyjaśnionym oczekiwaniu (na co?).
— Oczywiście, że przetrwa, to solidny twór — jakże by inaczej, przecież to dzieło jej ojca! — Mają przetrwać długie dekady u boku ich właścicieli, idealnie zaś całe ich długie życie. A że tak się nie dzieje... problemem nie jest różdżka. Tylko człowiek. — odpowiedziała powoli, nie poruszywszy się ani na milimetr.
Powietrze stało się ciężkie, jak rtęć, jak ołów, oddychała smołą, trującą, lepką, zamarłą w podatnych płucach — a pomimo tego, nie usunęła się poza kresy jego oddechu.
— Zawsze wiedziałeś kim chcesz być?
Ach, ale o co tak naprawdę pytała? Morpheus sam musiał zadecydować, która myśl pierwsza zjawiła się w jego głowie.