15.01.2024, 09:51 ✶
Domyślała się tyle, że pewnie ten człowiek był marynarzem, jego wygląd, strój i tatuaż właśnie na coś takiego by wskazywały. Kobiety, która pojawiła się w kominku, Florence nie znała i ten raz zrezygnowała z dobrych manier, ani się jej nie przedstawiając, ani nie pytając o jej imię.
Czy musieli go ukrywać? A może tylko, skoro był tutaj sam, bez ochrony, robił coś, czego robić oficjalnie nie powinien i nie chcieli tłumaczyć w Klinice, skąd wzięły się jego obrażenia, bo mógłby wpaść w kłopoty z Ministerstwem Magii? Florence nie wiedziała. Mogłaby spróbować spojrzeć w jego przyszłość, zobaczyć intencje i plany, ale świadomie zrezygnowała z tego, co było dla niej równie naturalne jak oddychanie.
Nie czuła się z tym dobrze. A jednak była pewna: lepiej dla wszystkich, by nie wiedziała. Choćby po to, by móc odpowiedzieć szczerze "nie wiem", gdyby ktoś zaczął zadawać zbyt wiele pytań. Zwłaszcza gdyby tym kimś był ojciec albo któryś z braci: nie cierpiała ich okłamywać i jak daleko sięgała pamięcią, nie mogła sobie nawet przypomnieć, by kiedykolwiek usłyszeli z jej ust jakieś kłamstwo. Tak, odmawiała niekiedy odpowiedzi wprost lub ich zbywała, ale nie łgała. Florence oferując wsparcie Patrickowi była świadoma, jak będzie to wyglądać, i zaproponowała pomoc spodziewając się właśnie takiego obrotu sytuacji.
A jednak nie czyniło to sytuacji ani odrobinę łatwiejszą.
- Wreszcie - odetchnął mężczyzna, opuszczając różdżkę. - Boli jakby sam kraken ją poszarpał. Wiggenowy nie działa, jak nic klątwa, jedna z tych, co się nimi straszy majtków, a samemu nie wierzy, dopóki cię nie dopadną...
- Rozumiem, że chodzi o rękę? Proszę zdjąć bandaż - powiedziała Florence. Zawiesiła w powietrzu za pomocą zaklęcia torbę i wyciągnęła z niej rękawiczki, zanim zbliżyła się do rannego. Kiedy zdjął bandaż, ukazała się skóra gęsto pokryta łuską, błękitną, wrastającą w skórę i zostawiająca w niej rany. Florence uniosła lekko brwi i wyciągnęła różdżkę, chociaż już przeczuwała, że zwykłe finite nie wystarczy. I rzeczywiście, Rozproszenie nie podziałało, go nie był prosty przypadek transmutacji. To była klątwa i to z gatunku dość paskudnych, bo nietypowych.
- Rozprzestrzenia się? – spytała, pochylając się nieco i przyświecając sobie różdżką. Niektóre łuski zdawały się twardsze, w pełni ukształtowane, a rany wokół nich babrały się. Inne, te na brzegach, były niewielkie, jeszcze delikatne, a zranienia wyglądały na świeżo powstałe.
- Taaak, najpierw to była jedna łuska, a teraz...
- Na pewno będziemy potrzebować eliksiru odkażającego, przeciwbólowego, a potem wiggenowego, ma je pani? – spytała. Zwracała się oczywiście do Nory, chociaż nie popatrzyła na nią: nie uniosła wzroku znad tej skóry, powoli ginącej pod błękitnymi łuskami.
- Mówiłem, że wiggenowy nie działa...
- Działa i pogarsza sytuację, bo leczy rany powstałe od łusek i sprawia, że te wrastają głębiej. Po ich usunięciu trzeba będzie go zaaplikować. I niestety, muszę spytać, jeśli mam to skutecznie wyleczyć. Jak to się stało, że dotknęła pana ta klątwa?
Czy musieli go ukrywać? A może tylko, skoro był tutaj sam, bez ochrony, robił coś, czego robić oficjalnie nie powinien i nie chcieli tłumaczyć w Klinice, skąd wzięły się jego obrażenia, bo mógłby wpaść w kłopoty z Ministerstwem Magii? Florence nie wiedziała. Mogłaby spróbować spojrzeć w jego przyszłość, zobaczyć intencje i plany, ale świadomie zrezygnowała z tego, co było dla niej równie naturalne jak oddychanie.
Nie czuła się z tym dobrze. A jednak była pewna: lepiej dla wszystkich, by nie wiedziała. Choćby po to, by móc odpowiedzieć szczerze "nie wiem", gdyby ktoś zaczął zadawać zbyt wiele pytań. Zwłaszcza gdyby tym kimś był ojciec albo któryś z braci: nie cierpiała ich okłamywać i jak daleko sięgała pamięcią, nie mogła sobie nawet przypomnieć, by kiedykolwiek usłyszeli z jej ust jakieś kłamstwo. Tak, odmawiała niekiedy odpowiedzi wprost lub ich zbywała, ale nie łgała. Florence oferując wsparcie Patrickowi była świadoma, jak będzie to wyglądać, i zaproponowała pomoc spodziewając się właśnie takiego obrotu sytuacji.
A jednak nie czyniło to sytuacji ani odrobinę łatwiejszą.
- Wreszcie - odetchnął mężczyzna, opuszczając różdżkę. - Boli jakby sam kraken ją poszarpał. Wiggenowy nie działa, jak nic klątwa, jedna z tych, co się nimi straszy majtków, a samemu nie wierzy, dopóki cię nie dopadną...
- Rozumiem, że chodzi o rękę? Proszę zdjąć bandaż - powiedziała Florence. Zawiesiła w powietrzu za pomocą zaklęcia torbę i wyciągnęła z niej rękawiczki, zanim zbliżyła się do rannego. Kiedy zdjął bandaż, ukazała się skóra gęsto pokryta łuską, błękitną, wrastającą w skórę i zostawiająca w niej rany. Florence uniosła lekko brwi i wyciągnęła różdżkę, chociaż już przeczuwała, że zwykłe finite nie wystarczy. I rzeczywiście, Rozproszenie nie podziałało, go nie był prosty przypadek transmutacji. To była klątwa i to z gatunku dość paskudnych, bo nietypowych.
- Rozprzestrzenia się? – spytała, pochylając się nieco i przyświecając sobie różdżką. Niektóre łuski zdawały się twardsze, w pełni ukształtowane, a rany wokół nich babrały się. Inne, te na brzegach, były niewielkie, jeszcze delikatne, a zranienia wyglądały na świeżo powstałe.
- Taaak, najpierw to była jedna łuska, a teraz...
- Na pewno będziemy potrzebować eliksiru odkażającego, przeciwbólowego, a potem wiggenowego, ma je pani? – spytała. Zwracała się oczywiście do Nory, chociaż nie popatrzyła na nią: nie uniosła wzroku znad tej skóry, powoli ginącej pod błękitnymi łuskami.
- Mówiłem, że wiggenowy nie działa...
- Działa i pogarsza sytuację, bo leczy rany powstałe od łusek i sprawia, że te wrastają głębiej. Po ich usunięciu trzeba będzie go zaaplikować. I niestety, muszę spytać, jeśli mam to skutecznie wyleczyć. Jak to się stało, że dotknęła pana ta klątwa?