15.01.2024, 18:56 ✶
Mężczyzna musiał słyszeć jego słowa - dwa krótkie pytania zadane w zaspaniu i niepewności, ale nie odpowiedział nic. Te jego permanentnie zmęczone, brązowe oczy po prostu wpatrywały się w Laurenta z delikatnym uśmiechem. Posiadał w sobie wiele obcej dla tej twarzy subtelności, ale wciąż była w nim jakaś taka zabójcza iskra - jakby pod maską miękkości znajdował się wciąż ten zły człowiek, pragnący dotyku i uczuć, ale noszący to pragnienia wymieszane z grubą, szorstką dawką życiowego zepsucia.
To był sen, czy kompletnie inna rzeczywistość? Czy możliwe było, aby obie z tych rzeczy były prawdziwe? To sen - tak mówiła ludzka podświadomość, ale w snach nie odbierałeś tylu bodźców, w snach nie drętwiały ci nogi, w snach... Nie dostrzegałeś aż tylu detali, nieznane ci było uczucie bólu. A teraz Laurent nie mógł ruszyć podbródkiem, bo Crow zacisnął na nim swoje palce i zmusił go do utrzymania spojrzenia w ich wspólnym odbiciu. To nie było bolesne, ale było napełnione po brzegi dyskomfortem, mogło zamienić się w ból, jeżeli chciałeś szarpnąć twarzą w bok, uciec stąd - ale jak stąd uciekniesz, to gdzie pójdziesz? Będziesz błądził po obcym miejscu, tak jak błądziłeś wcześniej po mgle? A Crow snuł tylko jakąś swoją opowieść. Prewett był tak dziwnie ustawionym na planszy życia pionkiem, że mógł poznać go jako kogoś, kto ciągle się wymądrzał i całkiem sporo mówił. Teraz na przykład robił to wpatrując się w niego w tej szybie, jakby była lustrem. Drugą dłonią pogładził blondyna po włosach, następnie nieco bezczelnie objął go i przytulając chłopaka do siebie, odsunął ich od krawędzi wanny. Nie kłamał, kiedy mówił o zgniatanych skrzydłach - ani o ich posiadaniu, ani o niewygodnej pozycji, bo kiedy je rozprostował, wydał z siebie głośne stęknięcie pełne niewyobrażalnej ulgi. Woda spływająca z czarnych piór wylewała się na kafelki, zgasiła dwie najbliższe z wielu świec rozstawionych po malutkiej łazience. To było tak rzeczywiste.
- Przykro patrzeć, jak boisz się tego odbicia. Jestem dla ciebie złym wspomnieniem, czy wspomnieniem, którego nie pamiętasz? Nie musisz mi na to odpowiadać. Nie musisz się też bać. To twój dom. Innej wersji ciebie, ale wciąż... twój.
Powiedział to na tyle głośno, aby nie zagłuszyła go woda kapiąca na posadzkę. To byłoby łatwiejsze do wyjaśnienia, gdyby było inną rzeczywistością, ale wciąż... Miało w sobie znamiona snu - ta woda powinna przestać płynąć już kilka sekund temu, a wciąż lała się z niektórych piór strumieniem, zbierało się jej na podłodze coraz więcej. Za chwilę zgasi najniższe świeczki, które zgasłyby niedługo i bez niczyjej pomocy, ale sam fakt, że sięgała coraz wyżej... A Crow w ogóle na to nie patrzył, tylko mówił i mówił.
- Wiem, że zamieniliście się miejscami, bo poznaję cię po samym dotyku, po sposobie, w jaki oddychasz. Tak samo jak ty rozpoznajesz mnie po śmiechu i po sposobie, w jaki trzymam nóż.
Zebrało się jej na dobry centymetr wysokości. Nie znikała nigdzie, nie było tu żadnego odpływu, który doprowadziłby ją w inne miejsce. Czy zatrzymywała się przy drzwiach? A może zalewała kolejne pomieszczenie? Jeżeli jeszcze nie, to zaraz je zaleje - bo wciąż płynęła, kapała w kojącym duszę rytmie, nawet jeżeli wszystko w człowieku mówiło, że trzeba było ją wytrzeć.
- Zabaw się tym. Nadaj mi jakieś imię.
Nadal nie zwrócił na to nawet najmniejszej uwagi. Może tej wody wcale tutaj nie było, tak jak ich tutaj nie było. Ale jej poziom się podnosił - dwa centymetry. Trzecia świeczka zgasła, a ręka Crowa przesunęła się po jego klatce piersiowej, testowała granice.
To był sen, czy kompletnie inna rzeczywistość? Czy możliwe było, aby obie z tych rzeczy były prawdziwe? To sen - tak mówiła ludzka podświadomość, ale w snach nie odbierałeś tylu bodźców, w snach nie drętwiały ci nogi, w snach... Nie dostrzegałeś aż tylu detali, nieznane ci było uczucie bólu. A teraz Laurent nie mógł ruszyć podbródkiem, bo Crow zacisnął na nim swoje palce i zmusił go do utrzymania spojrzenia w ich wspólnym odbiciu. To nie było bolesne, ale było napełnione po brzegi dyskomfortem, mogło zamienić się w ból, jeżeli chciałeś szarpnąć twarzą w bok, uciec stąd - ale jak stąd uciekniesz, to gdzie pójdziesz? Będziesz błądził po obcym miejscu, tak jak błądziłeś wcześniej po mgle? A Crow snuł tylko jakąś swoją opowieść. Prewett był tak dziwnie ustawionym na planszy życia pionkiem, że mógł poznać go jako kogoś, kto ciągle się wymądrzał i całkiem sporo mówił. Teraz na przykład robił to wpatrując się w niego w tej szybie, jakby była lustrem. Drugą dłonią pogładził blondyna po włosach, następnie nieco bezczelnie objął go i przytulając chłopaka do siebie, odsunął ich od krawędzi wanny. Nie kłamał, kiedy mówił o zgniatanych skrzydłach - ani o ich posiadaniu, ani o niewygodnej pozycji, bo kiedy je rozprostował, wydał z siebie głośne stęknięcie pełne niewyobrażalnej ulgi. Woda spływająca z czarnych piór wylewała się na kafelki, zgasiła dwie najbliższe z wielu świec rozstawionych po malutkiej łazience. To było tak rzeczywiste.
- Przykro patrzeć, jak boisz się tego odbicia. Jestem dla ciebie złym wspomnieniem, czy wspomnieniem, którego nie pamiętasz? Nie musisz mi na to odpowiadać. Nie musisz się też bać. To twój dom. Innej wersji ciebie, ale wciąż... twój.
Powiedział to na tyle głośno, aby nie zagłuszyła go woda kapiąca na posadzkę. To byłoby łatwiejsze do wyjaśnienia, gdyby było inną rzeczywistością, ale wciąż... Miało w sobie znamiona snu - ta woda powinna przestać płynąć już kilka sekund temu, a wciąż lała się z niektórych piór strumieniem, zbierało się jej na podłodze coraz więcej. Za chwilę zgasi najniższe świeczki, które zgasłyby niedługo i bez niczyjej pomocy, ale sam fakt, że sięgała coraz wyżej... A Crow w ogóle na to nie patrzył, tylko mówił i mówił.
- Wiem, że zamieniliście się miejscami, bo poznaję cię po samym dotyku, po sposobie, w jaki oddychasz. Tak samo jak ty rozpoznajesz mnie po śmiechu i po sposobie, w jaki trzymam nóż.
Zebrało się jej na dobry centymetr wysokości. Nie znikała nigdzie, nie było tu żadnego odpływu, który doprowadziłby ją w inne miejsce. Czy zatrzymywała się przy drzwiach? A może zalewała kolejne pomieszczenie? Jeżeli jeszcze nie, to zaraz je zaleje - bo wciąż płynęła, kapała w kojącym duszę rytmie, nawet jeżeli wszystko w człowieku mówiło, że trzeba było ją wytrzeć.
- Zabaw się tym. Nadaj mi jakieś imię.
Nadal nie zwrócił na to nawet najmniejszej uwagi. Może tej wody wcale tutaj nie było, tak jak ich tutaj nie było. Ale jej poziom się podnosił - dwa centymetry. Trzecia świeczka zgasła, a ręka Crowa przesunęła się po jego klatce piersiowej, testowała granice.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.