"Mój drogi, pozostaniesz po obchodach Lithy jako świadek i uczesynik rytuału, bardzo ważnego dla naszej społeczności." Poinformował go wcześniej ojciec i Murtagh wiedział lepiej, niż próbować się z nim spierać. Domyślał się, że to polecenia wymusiła na nim Isobell, być może jako próbę nawrócenia go na rodzinne łono, a być może po prostu z zawiści i jako karę za opuszczenie obchodów Beltane. Macmillan nie wiedział i nie miało to dla niego, prawdę mówiąc, większego znaczenia. Skoro już tu jednak był, nie planował przeszkadzać w rytuale. Byłoby dla niego wypowiedzeniem otwartej wojny Isobell, gdyby teraz się jej sprzeciwił. Jakkolwiek kuszącym nie byłoby puszczenie jakiegoś uszczypliwego komentarza.
Dokładnie tak jak zrobiła to Maeve i Murtagh uśmiechnął się pod nosem. W milczeniu podszedł na tyle blisko trójki dziewcząt, że znajdował się w zasięgu ich przyciszonej wymiany zdań, ale nie wyglądał jak część ich grupki. Podobało mu się, w jakim towarzystwie obracała się Lorraine. Tak naprawdę cokolwiek było między nią a Changówną - a że coś było nie pozostawiały wątpliwości ich splecione dłonie, kiedy podeszły do światła ognisk - miało stuprocentowe jego błogosławieństwo. Nie, żeby Lorraine kiedykolwiek o nie poprosiła, oczekiwała go albo w ogóle miała w poważaniu to czy je dawał. W przeciwieństwie do Sary, w jego głowie blondwłosa Malfoyówna była jedną z niewielu kobiet, które mogły robić co chciały, gdzie chciały, z kim chciały i jak chciały. Zasłużyła sobie na to, zmieniając jego pustą skorupę w kogoś kto miał siłę wstać z łóżka z rana, kiedy na zgliszczach jego miłości tańczyły czarne demony rozpaczy.
Choć na zewnątrz utrzymywał pełną szacunku fasadę, to rytuał nie interesował go na tyle, że nawet nie zauważył kiedy sierp pojawił się w dłoni Isobell. Dopiero jej głos, grzmiejący ponad zebranymi osobami, przebijający się przez trzaskanie i huk ognia, wyrwał go z rozmyślań. Krew nie stanowiła dla niego problemu. Okrucieństwo było jego drugim domem. Ale śmierć, dotycząca niewinnego stworzenia, wzdragała go. Nie odwrócił wzroku, ale zacisnął dłonie w pięści, kiedy zwierzę opadło bezwładnie na ziemię. Jeszcze przed chwilą tak pełne esencji życiowej, młode, dopiero co zrodzone na ten świat, teraz było niczym więcej niż pustą skorupą, kupą mięsa i kości. Bez znaczenia.
To wszystko było jednak fraszką w porównaniu z tym, co poczuł chwilę później. Ziemia zadrżała i nie mógł temu zaprzeczyć. Na - jeszcze przed chwilą rozgwieżdżonym - niebie zbierały się burzowe chmury. Wyglądała to tak, jakby sama Natura postanowiła ocenić postępowanie czarodziejów, ocenić ich ofiarę i zdecydować czy uzna ją za godną. A jeśli nie... Mężczyznę przeszedł dreszcz, a jego uwaga po raz pierwszy skupiła się w stu procentach na rytuale, na runach, krwi, twarzach kapłanek i... Wszystko wydawało się nieco zamglone. Traciło znów na istotności i znaczeniu, podczas gdy on poczuł się lekko podchmielony, przyjemnie rozgrzany i na miejscu. Wiedział, że nie pił tego dnia wystarczająco dużo, żeby był to efekt alkoholu więc coś w rytuale... Po co właściwie mieli go obserwować? Jaką rolę mieli w nim odegrać?
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London