15.01.2024, 13:02 ✶
Florence nie miała problemu z widokiem ran i najpaskudniejszych obrażeń. Przywykła do nich już dawno, dlatego ani krew, ani żółć, ani śluz, otaczające wrastające w skórę, błękitne blaszki, nie zdawały się robić na niej wrażenia. Wyraz bladej twarzy o delikatnych rysach pozostawał niewzruszony, gdy poddawała rękę uważnym oględzinom.
- Jeśli mogłaby pani poszukać jakiejś miski i napełnić ją gorącą wodą, to będzie przydatne - powiedziała, przyjmując pakunek. Wyciągnęła potrzebne fiolki i starannie, zadziwiająco wręcz równo, ustawiła je w rządku na stoliku w pobliżu łóżka. - Jakieś alergie?
- Nie.
- W takim razie jedna łyżka eliksiru przeciwbólowego - poinformowała, wydobywając łyżkę w specjalnym opakowaniu z torby i wręczając ją mężczyźnie, a potem starannie odmierzyła parę kropel mikstury. Krzesło przysunęła sobie bliżej łóżka za pomocą zaklęcia, a potem, kolejnym czarem, oczyściła je: może nie było to zbyt grzeczne, ale Florence po prostu nie potrafiła się powstrzymać. - A co do przyczyn klątwy... nie potrzebuję wiedzieć, gdzie dokładnie pan był, kto za to odpowiada i dlaczego, ale okoliczności samego pojawienia się tych łusek mogą być ważne.
Mężczyzna wygiął usta w uśmiechu: niezbyt wesołym, nie sięgającym ciemnym oczu.
- Jest taka morska opowieść. O człowieku, co zakochał się w syrenie, która wyratowała go z morskich odmętów. Tak bardzo pragnął być razem z nią, że udał się do morskiej wiedźmy i poprosił o syreni ogon - mruknął. Florence usiadła na krześle i czekała bardzo cierpliwie na ciąg dalszy, choć zmarszczyła lekko brwi. Miała nadzieję, że historia do czegoś zmierza, a nie jest jedynie przejawem gadatliwości mężczyzny. - Dała mu naszyjnik, co go przemienił w morską istotę. I ja chyba czegoś takiego dotknąłem...
- Zaklęcie przenoszone przez przedmiot - podsumowała Florence z odrobiną zastanowienia. W niektórych wypadkach konieczne było posiadanie samego przedmiotu, aby zdjąć klątwę, ale na całe szczęście, wyglądało na to, że nie jest to ten przypadek. - Najpierw zapobiegniemy rozprzestrzenianiu, a potem usuniemy łuski. Proszę powiedzieć, kiedy ta ręka przestanie boleć. Poza tym nie ruszać się, nie odzywać i przede wszystkim trzymać tę rękę nieruchomo - zarządziła kobieta, po czym przesunęła różdżką nad skórą, znikającą pod blaszkami, i wyszeptała kolejne kilka zaklęć rozpraszających. Nie mogły same w sobie sprawdzić, czy łuski znikną trwale, ale miały za zadanie przerwanie czaru i zagwarantowanie, że gdy łuski zostaną usunięte, nie pojawiają się już kolejne.
Druga część operacji miała być już znacznie mniej przyjemna.
- Jeśli mogłaby pani poszukać jakiejś miski i napełnić ją gorącą wodą, to będzie przydatne - powiedziała, przyjmując pakunek. Wyciągnęła potrzebne fiolki i starannie, zadziwiająco wręcz równo, ustawiła je w rządku na stoliku w pobliżu łóżka. - Jakieś alergie?
- Nie.
- W takim razie jedna łyżka eliksiru przeciwbólowego - poinformowała, wydobywając łyżkę w specjalnym opakowaniu z torby i wręczając ją mężczyźnie, a potem starannie odmierzyła parę kropel mikstury. Krzesło przysunęła sobie bliżej łóżka za pomocą zaklęcia, a potem, kolejnym czarem, oczyściła je: może nie było to zbyt grzeczne, ale Florence po prostu nie potrafiła się powstrzymać. - A co do przyczyn klątwy... nie potrzebuję wiedzieć, gdzie dokładnie pan był, kto za to odpowiada i dlaczego, ale okoliczności samego pojawienia się tych łusek mogą być ważne.
Mężczyzna wygiął usta w uśmiechu: niezbyt wesołym, nie sięgającym ciemnym oczu.
- Jest taka morska opowieść. O człowieku, co zakochał się w syrenie, która wyratowała go z morskich odmętów. Tak bardzo pragnął być razem z nią, że udał się do morskiej wiedźmy i poprosił o syreni ogon - mruknął. Florence usiadła na krześle i czekała bardzo cierpliwie na ciąg dalszy, choć zmarszczyła lekko brwi. Miała nadzieję, że historia do czegoś zmierza, a nie jest jedynie przejawem gadatliwości mężczyzny. - Dała mu naszyjnik, co go przemienił w morską istotę. I ja chyba czegoś takiego dotknąłem...
- Zaklęcie przenoszone przez przedmiot - podsumowała Florence z odrobiną zastanowienia. W niektórych wypadkach konieczne było posiadanie samego przedmiotu, aby zdjąć klątwę, ale na całe szczęście, wyglądało na to, że nie jest to ten przypadek. - Najpierw zapobiegniemy rozprzestrzenianiu, a potem usuniemy łuski. Proszę powiedzieć, kiedy ta ręka przestanie boleć. Poza tym nie ruszać się, nie odzywać i przede wszystkim trzymać tę rękę nieruchomo - zarządziła kobieta, po czym przesunęła różdżką nad skórą, znikającą pod blaszkami, i wyszeptała kolejne kilka zaklęć rozpraszających. Nie mogły same w sobie sprawdzić, czy łuski znikną trwale, ale miały za zadanie przerwanie czaru i zagwarantowanie, że gdy łuski zostaną usunięte, nie pojawiają się już kolejne.
Druga część operacji miała być już znacznie mniej przyjemna.