15.01.2024, 18:34 ✶
Gdyby Florence znała myśli Nory, zapewne pokiwałaby głową z aprobatą. Sama świadomość tego, ile kurzu poniewierało się po półkach i podłodze, działała na Bulstrode drażniąco. Przywykła do różnych paskudnych widoków, owszem, ale to było jednak zupełnie coś innego. Rany, wysypki, skutki klątw i zaklęć, niemal oderwane kończyny, ropa, nieudana transmutacja, to wszystko nie było w stanie poruszyć Florence. Za to brud, zalegający w kątach mieszkania, wywoływał irytację.
Kiedy Nora szykowała miskę, ona sama skupiła się na przełamaniu klątwy, szepcąc cicho zaklęcia nad ręką marynarza, przeklętego syrenią klątwą. Gdy skończyła, z łusek uniósł się siny dym - ale one same pozostały, wciąż wrośnięte w rękę. Florence była już jednak pewna, że teraz nie ma szans, aby „zaraziła” się klątwą, a gdy ręka zostanie wyleczona, nie powinien nastąpić nawrót.
- Prawdopodobnie pomoże, jeśli nie będzie pan patrzył - powiedziała Bulstrode spokojnie, przyjmując miskę od Nory. Wyszeptała nad wodą kolejne zaklęcie, i ustawiła naczynie tuż obok fiolek.
A potem zabrała się do pracy.
W domku zapadła cisza: a raczej milczenie, bo samą ciszę zakłócał szum fal, dobiegający zza okna. Sądząc po dźwiękach, znajdowali się chyba przy jakichś klifach, zresztą wystarczyło wyjrzeć na zewnątrz, by przekonać się, że faktycznie znajdują się na skalistym wybrzeżu i doskonale widać stąd morze. Florence zaś w skupieniu usuwała kolejne łuski z ręki mężczyzny. Proces był o tyle trudny, że były wrośnięte w skórę - ale magia na całe szczęście sporo rzeczy ułatwiała i dzięki temu nie trzeba było ich wycinać.
Każdą usuniętą łuskę uzdrowicielka przerzucała do miski, w której rozpływały się z sykiem. Zostawienie którejkolwiek z nich mogłoby skutkować dalszym rozprzestrzenieniem klątwy, a chociaż szanse na to Florence oceniała na mniej więcej jeden procent… to wolała zredukować je do zera.
– Proszę wypić wiggenowy – poinstruowała, podając mężczyźnie fiolkę. Zerknął na swoją rękę i nieomal natychmiast odwrócił wzrok. Była wciąż pokryta krwawiącymi ranami, a z niektórych z nich dalej wypływały jeszcze śluz oraz ropa. Florence sięgnęła więc najpierw po oczyszczający eliksir, by ostrożnie przemyć za jego pomocą obrażenia, a na koniec zaleczyła je zaklęciem: efekt może nie miał być trwały, ale akurat dawał szansę wiggenowemu na utrwalenie skutków.
– Używane bandaże spalić, zarówno te, jak i te, które zaraz założę. Użyć tej maści, gdyby bolało, nie nadwyrężać ręki przez najbliższą dobę. Jeżeli wystąpią jakiekolwiek efekty uboczne, konieczna będzie ponowna konsultacja – oświadczyła rzeczowym tonem, za pomocą różdżki nakładając bandaż na przedramię mężczyzny. A potem podniosła się z krzesła, spojrzała na Norę i kiwnęła jej lekko głową, jakby w ten sposób dając znać, że „dobra robota”. Nie wdawała się jednak w konwersacje, choćby po to, by w razie czego móc szczerze powiedzieć: nie znam jej.
Kiedy Nora szykowała miskę, ona sama skupiła się na przełamaniu klątwy, szepcąc cicho zaklęcia nad ręką marynarza, przeklętego syrenią klątwą. Gdy skończyła, z łusek uniósł się siny dym - ale one same pozostały, wciąż wrośnięte w rękę. Florence była już jednak pewna, że teraz nie ma szans, aby „zaraziła” się klątwą, a gdy ręka zostanie wyleczona, nie powinien nastąpić nawrót.
- Prawdopodobnie pomoże, jeśli nie będzie pan patrzył - powiedziała Bulstrode spokojnie, przyjmując miskę od Nory. Wyszeptała nad wodą kolejne zaklęcie, i ustawiła naczynie tuż obok fiolek.
A potem zabrała się do pracy.
W domku zapadła cisza: a raczej milczenie, bo samą ciszę zakłócał szum fal, dobiegający zza okna. Sądząc po dźwiękach, znajdowali się chyba przy jakichś klifach, zresztą wystarczyło wyjrzeć na zewnątrz, by przekonać się, że faktycznie znajdują się na skalistym wybrzeżu i doskonale widać stąd morze. Florence zaś w skupieniu usuwała kolejne łuski z ręki mężczyzny. Proces był o tyle trudny, że były wrośnięte w skórę - ale magia na całe szczęście sporo rzeczy ułatwiała i dzięki temu nie trzeba było ich wycinać.
Każdą usuniętą łuskę uzdrowicielka przerzucała do miski, w której rozpływały się z sykiem. Zostawienie którejkolwiek z nich mogłoby skutkować dalszym rozprzestrzenieniem klątwy, a chociaż szanse na to Florence oceniała na mniej więcej jeden procent… to wolała zredukować je do zera.
– Proszę wypić wiggenowy – poinstruowała, podając mężczyźnie fiolkę. Zerknął na swoją rękę i nieomal natychmiast odwrócił wzrok. Była wciąż pokryta krwawiącymi ranami, a z niektórych z nich dalej wypływały jeszcze śluz oraz ropa. Florence sięgnęła więc najpierw po oczyszczający eliksir, by ostrożnie przemyć za jego pomocą obrażenia, a na koniec zaleczyła je zaklęciem: efekt może nie miał być trwały, ale akurat dawał szansę wiggenowemu na utrwalenie skutków.
– Używane bandaże spalić, zarówno te, jak i te, które zaraz założę. Użyć tej maści, gdyby bolało, nie nadwyrężać ręki przez najbliższą dobę. Jeżeli wystąpią jakiekolwiek efekty uboczne, konieczna będzie ponowna konsultacja – oświadczyła rzeczowym tonem, za pomocą różdżki nakładając bandaż na przedramię mężczyzny. A potem podniosła się z krzesła, spojrzała na Norę i kiwnęła jej lekko głową, jakby w ten sposób dając znać, że „dobra robota”. Nie wdawała się jednak w konwersacje, choćby po to, by w razie czego móc szczerze powiedzieć: nie znam jej.