- Aaach... tak, Pandora mi zresztą o tym wspominała. Rzeczywiście... teraz, z perspektywy czasu, sądzę, że ten świat jest naprawdę mały... jakby mieścił się na krańcach naszych palców. - Wyciągnij dłoń, rozłóż ją i zobaczysz, jak ta kula świeci na twojej wyciągniętej ręce, jak się piękni, jak przelewa się woda i jak opadają liście. Poczujesz cały świat. Jeśli tylko wyciągniesz tą dłoń. Laurent uniósł swoją, zupełnie jakby miał ten ruch odwzorować, ale ledwo namalował niewyraźny symbol w powietrzu, który tylko w jego oczach był symbolem dotyku tego globu, nim jego oczy z własnych palców powędrowały znów do tej sympatycznej, ciepłej twarzy kobiety o całym wiadrze empatii i drugiej ręce wypełnionej diamentowymi ostrzami. Tymi, które powinny cieszyć oko, a które można było zamienić w broń. - Wspominałem ci, że moja matka pochodzi z Turcji? - Przymrużył lekko oczy, spoglądając przez moment na kobietę niepewny o tym, czy faktycznie to mówił. Tak natomiast jeśli mowa o tym, że świat jest mały, to kurczył się, kiedy okazywało się, że twoja rodzina mogła się obrócić raz czy dwa w podobnych kręgach. Wydawało mu się, że grono archeologów nie było zbyt wielkie. - To trochę podróży. - Kiwnął ze dwa razy głową w zastanowieniu, wyobrażając sobie to "tu i z powrotem". W dzisiejszych czasach nie było to takim problemem - owszem, może inwestowanie ciągle w świstokliki było dobrym sposobem na uszczuplenie swoich pieniędzy w znacznym stopniu, ale sieć fiuu była bardzo rozwinięta. Nie wspominając o tym, że jak potrafisz się teleportować to jest w ogóle łatwiej.
Lubił to proste uczucie, kiedy ktoś przygotowuje ci kawę. Kiedy ktoś przygotowuje ci cokolwiek. Było to jakieś bardziej osobiste, chyba dlatego, że był przyzwyczajony do tego, że skrzaty albo służba się wszystkim zajmują, ewentualnie kucharze i kelnerzy w restauracjach. Ale podawanie tego przez osobę, z którą potem usiądziesz było zupełnie inne. Lubił nawet obserwować ten proces - tak jak spoglądał teraz, choć bez wyrazu, na naczynia. Zmulony nadmiarem wrażeń, własnych złości i próbami ich wyładowania. Urażony przez świat i obrażony na Boga za jego odrzucenie. Niesprawiedliwość. Jeśli jesteś zły - gdzie skierujesz złość? Na bliskich? Przecież nie wypada. Szczególnie, kiedy ci bliscy mieli takie samo prawo być źli. Z tego rytmu wybiło go pytanie kobiety.
- Hm..? Nie, nie jadłem. - Właściwie to zjadł jabłko, co liczyło się za śniadanie w jego mniemaniu, ale nie próbował tego wciskać akurat kobiecie takiej jak Guinevere, bo potrafił sobie wyobrazić jej spojrzenie, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Uśmiechnął się delikatnie na tę myśl. - Sceptycznie... bardzo nie chcę tak tego ujmować, w to konkretne słowo. Sugeruje, że mógłbym ci nie wierzyć, ach... - Uniósł nieco wyżej kąciki ust, ale widział, że Guinevere nie jest ani trochę zawstydzona czy przejęta tym, że ktoś mógłby wątpić. To sprawiało, że czuł się na tym pułapie bardziej stabilnie. Zresztą jego złość na to, że tyle złego się działo trochę nakazywała mu wyjść z poziomu ciągle zamartwiającego się gościa na rzecz gościa nieco bardziej egoistycznego. Ale to jeszcze nie teraz. A na pewno nie w tym momencie. - Wiele zawodów nie jest dla każdego, a jednak się ich podejmują. Empatia i zdolność zajrzenia głębiej, nawet kiedy nie ma się Oka Horusa, to bardzo cenne dary. Ktoś mi powiedział, że dary, które wymagają pielęgnowania i powinny być noszone jak tarcza. - Tak, ta wrażliwość. Że była diamentem, którego nie powinien się wstydzić. Piękne słowa i bardzo je cenił - a to tak przy okazji już porównań tego, co Ginny w dłoniach mogła mieć. - Tak, zbierałem. Mam duży las, w nim wiele roślin, w tym owocowe krzewy. Dlaczego pytasz?