Fernah zmrużyła oczy, słuchając Petera. Tak, wiedziała, kto ostatnio zajmował się inwentaryzacją Cameron i tak, wiedziała, że to, co znajdzie za drzwiami magazynu, da się opisać jednym słowem – chaos. Nawet pamiętała, że sama przyłożyła rękę do wspomnianego chaosu, bo teraz sobie przypomniała, że eliksir wiggenowy powinien stać na trzeciej półce od prawej…
— To najwyższy czas go ogarnąć, — wzruszyła ramionami i schowała dłonie w kieszeniach szaty.
— Generał Ład i Porządek cię tam zje. — zaśmiała się jedna ze stażystek znad kubka kawy.
Paprotka nie pamiętała, jak ma na imię. Zresztą nie było to ważne. Machnęła ręką w kierunku rówieśników i ruszyła w stronę magazynu. Na brodę Merlina, Generał Ład i Porządek naprawdę mnie tam…
Zje.
— Na litość boską kto opisywał te mikstury?!
Mimowolnie lekko skuliła się w sobie, kiedy usłyszała zirytowany głos klątwołamaczki. Zdając sobie sprawę ze swojego odruchu, natychmiast się wyprostowała i odchrząknęła.
— Dwanaście butelek, pani Bulstrode.
Resztę uwag uzdrowicielki dyplomatycznie przemilczała. Miała nieodparte wrażenie, że wspomniany "bieluń niedźwiedzia" wyszedł spod jej ręki. Przyznanie się jednak do czegoś takiego w obecności Florence mogło skutkować uszczerbkiem na zdrowiu zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Całe szczęście nie miały daleko do szpitala.
— Matematyka również byłaby przydatna, — bąknęła, spoglądając na trzymany w ręku pergamin. — Według spisu mamy przygotowane równe sto eliksirów czyszczących rany, jednak tutaj widzę ich tylko… Dwadzieścia cztery.
Na chwilę zawiesiła głos, po raz trzeci licząc butelki z purpurowym płynem. Jeszcze tego brakowało, żeby Florence przyłapała ją na takiej pomyłce. Uzdrowiciel, który nie potrafi liczyć, niech Mung ma wszystkich chorych w opiece.