15.01.2024, 23:57 ✶
Stała tuż obok grupki dziewcząt, będąc pewna, iż im pomachała dużo wcześniej, ale teraz, wyczekując rytuału tak niepewnie, miała wrażenie iż powinna była przywitać się z nimi trochę bardziej notarialnie. Tylko, że piękna Malfoyówna ją onieśmielała, tajemnicza azjatka płoszyła w niej rzekomo dobrze stonowany rezon, a Sarah... z Sarah wciąż musiała porozmawiać, choćby po to, aby wymienić lakoniczne gratulacje i obietnicę spotkania na herbatkę z prądem (którą w ostatnim momencie zerwie, z wymówką wciśniętą w dłoń jak chorągiewka).
Niegdyś nosiła w sobie naiwność; nosiła bukiety marzeń, barwiące się pod płatkami przymkniętych, dziecięcych powiek; nosiła w sobie nadzieję, wcześniej, kiedyś - i dawno, kiedy nie rozdarła skóry o chodnik rzeczywistości, kiedy nie skręciła stawu na grząskim jej krawężniku, kiedy była inna, czysta, bez brudu i pyłu świata.
Niewinna.
Być może jak ta nieszczęsna owieczka, której jedynym przewinieniem było narodzenie się pod przeklętą gwiazdą. Przymknęła oczy tuż przed ostatecznym aktem; nie obrzydzał ją widok krwi, ale nie miała zamiaru napawać się nim wzburzona chorą fascynacją. Śmierć nie była piękna.
Śmierć nie uszlachetniała.
A pierwotna, surowa magia nie znała litości, nie znała umiaru, nie znała struktury granic. Skorupa prastarej magii krążyła ponad polami trawy, niewidoczna i nienamacalna, próbując zagarnąć wszystko i wszystkich. Ogniska buchnęły żywszym ogniem, gdy ziemia pod ich stopami nieznacznie zadrżała. Do głowy uderzał szum euforii, wybijający z tkanek myśli makabryczne obrazy; palce jej mrowiły, oczy wynurzały się ku niebu.
Błyskawica i pomruk burzy, a w tle żałosny płacz Sary.
Niegdyś nosiła w sobie naiwność; nosiła bukiety marzeń, barwiące się pod płatkami przymkniętych, dziecięcych powiek; nosiła w sobie nadzieję, wcześniej, kiedyś - i dawno, kiedy nie rozdarła skóry o chodnik rzeczywistości, kiedy nie skręciła stawu na grząskim jej krawężniku, kiedy była inna, czysta, bez brudu i pyłu świata.
Niewinna.
Być może jak ta nieszczęsna owieczka, której jedynym przewinieniem było narodzenie się pod przeklętą gwiazdą. Przymknęła oczy tuż przed ostatecznym aktem; nie obrzydzał ją widok krwi, ale nie miała zamiaru napawać się nim wzburzona chorą fascynacją. Śmierć nie była piękna.
Śmierć nie uszlachetniała.
A pierwotna, surowa magia nie znała litości, nie znała umiaru, nie znała struktury granic. Skorupa prastarej magii krążyła ponad polami trawy, niewidoczna i nienamacalna, próbując zagarnąć wszystko i wszystkich. Ogniska buchnęły żywszym ogniem, gdy ziemia pod ich stopami nieznacznie zadrżała. Do głowy uderzał szum euforii, wybijający z tkanek myśli makabryczne obrazy; palce jej mrowiły, oczy wynurzały się ku niebu.
Błyskawica i pomruk burzy, a w tle żałosny płacz Sary.