Aby przypomnieć sobie jazdę konną, Nicholas zgodził się na zaawansowany poziom, dosiadając abraksana. Choć podstawy miał opanowane w wieku młodzieńczym, przerwę miał dość dużą. Kilkuletnią. Przypomnienie sobie jazdy, bez odpowiedniego zabezpieczenia swojego ciała, było dużym ryzykiem i wyzwaniem. Nie przejmował się tym, jak na razie. Laurent, gdyby chciał go zabić, zapewne nie miałby oporu dać mu przejechać się na Michaelu, który już z początku żywił do niego jakąś urazę? Wyczuwał coś, jak wiele stworzeń, potrafi rozpoznać w człowieku dobrego i złego. Nicholas był co prawda chodzącą zagadką. Niby wewnętrznie chłodny, bezlitosny, z sekretami, tak zewnątrz wyglądał zwyczajnie. Zdystansowany od społeczności samotnik. Wina pracy, jaką podejmował w Departamencie Tajemnic? Czy coś więcej.
Zaufanie, miało wiele podejść, znaczeń, interpretacji. Często odnosiło się do istoty ludzkiej. Jej osobowości, charakteru i co sobą prezentowała. Ale też brane pod uwagę były czynności. Działania. Czy ufało się tej osobie w celu wykonywania czegoś. Podania. Jak choćby teraz. Nicholas zaufał Laurentowi, że dosiadając wybranego przez niego abraksana, nie stanie mu się krzywda. Pomimo braku zaufania do jego osoby, nie zabije go. Skoro mieli umowę i podjęcie próby, odbudowania tego, co przeszłość pogrzebała w Rose Noire. Choć dla Traversa nie było to złym wspomnieniem, przeciwnie odnosiło się do Prewetta. Zmagającego się z lękiem i traumą tamtego miejsca. Gdyby zdecydował się zapytać o Dantego, sam zaznaczyłby powrót do przeszłości. Nicholas zgodnie z jego prośbą, nie wracał do tego tematu. Dla jego dobra. Chyba, że wydarzyło się coś, o czym nie wiedział, a powinien.
Poważna choroba. Lecz uleczalna. Niepokojąca wiadomość, ale też z drugiej strony ukazująca słabość Laurenta. Choroba osłabia nas, albo wzmacnia. Nicholas przyjął do wiadomości. Kolejna rzecz, która mogła ich łączyć. Bo i on, ze swoimi dolegliwościami się zmagał. Choć w jego przypadku, choroby genetycznej, nie sposób wyleczyć od razu. Może być tylko wstrzymana, spowolniona, albo przejść łagodnie przy odpowiednich eliksirach. Nie powinien o tym myśleć.
- W takim wypadku nie powinieneś mieszkać sam. Podejrzewam, że Twój stajenny, tylko przychodzi do pracy?Stwierdził. Nie z troski, a może z bezpieczeństwa? Laurent odsłonił przed nim swoją słabość. Łatwa do wykorzystania, złamania. Przejęcia. Pół-selkie. Był cenny. Jak drogocenna porcelana. Niczym cesarski paw biały.
Odnosząc się do decyzji i słów swojej matki, Nicholas użył czasu przeszłego, przenosząc się wspomnieniami do czasów młodości. Gdy był dzieckiem, nastolatkiem. Kiedy jeszcze podejmował edukację. W wakacje spędzał z rodzicielką na podróżach, zagłębianiu wiedzy o magicznych stworzeń i opanowywaniu swojego daru rodowego. Rozpoznawaniu i odszukiwaniu magicznych stworzeń. Obecnie żyła i miała się dobrze. Nie rezygnując z tego co do tej pory robiła. Choć łatwo w życiu nie miała, podejmując się związku z... wilkołakiem.
Słuchając dalszej wypowiedzi Laurenta, Nicholas dowiedział się czegoś bardzo interesującego. Wzrok Nicholasa powędrował na Laurenta, a następnie na Michaela. "Przypuścił atak na abraksany? Idiota…" - pomyślał. I to jeszcze zakładając ze słów Prewetta, że był jeden. Samotny śmierciożerca. Być może wysłali kogoś z niższego szczebla. Naśladowcę? Bardzo możliwe. Travers nie odzywał się, pozwalając wypowiedzieć się Prewettowi do końca. Przenosząc spojrzenie na swojego wierzchowca. Gładząc szyję Gabriela. Analizując przy okazji słowa, jakie do niego dotarły. Nie okazywał po sobie jakiegoś znacznego przejęcia sytuacją. Ani nie zdradzając po sobie niczego, co by mówiło, iż ma jakieś pojęcie na temat tego ataku. "Uciekł? Może to i dobrze." - stwierdził w myślach. A że był oklumentą, zabezpieczał swój umysł.
- Przewidziałeś, że po tym artykule mogą zaatakować i poprosiłeś o ochronę?Zapytał zainteresowany i spojrzał na Laurenta, jakby zastanawiając poważnie nad działaniem zamaskowanego sprawcy próby ataku.
Coś mu jednak nie pasowało w tej wypowiedzi. Był jeden, czy było ich więcej? Czy może Laurent określił słowem "ich" jako organizację, która wysłała jednego przedstawiciela od siebie? Ten temat wymagał ostrożnego doboru słów.
- Boisz się?Zapytał po chwili, kiedy padła odpowiedź na wcześniejsze pytanie. Obserwował go przy okazji, aby wyłapać reakcję organizmu. Jeżeli ten wywiad, faktycznie był przerobiony, targnęło to na jego życie. Ktoś mógł zrobić to celowo. Aby mu zaszkodzić. Ewentualnie, miał na celu dokonać zastraszenia. Może odniosło to sukces?
Ta informacja, dała Nicholasowi także czerwony alarm. Wzbudziła wewnętrzną czujność. Ale także zastanowienie. Laurent wspomniał o ataku na abraksany, które miało miejsce kilka dni temu. Od opublikowania artykułu, dostał nagle ochronę. Albo z góry przypisaną, albo sam o nią wystąpił. Przychodząc tutaj dzisiaj, Nicholas nikogo nie dostrzegł. Ani aurorów, brygadzistów, innych czarodziei mogących pełnić rolę ochrony. Pokazówka? Ustawka? Czy byli tu tylko na czas odparcia ataku śmierciożercy i się zwinęli? Co w sytuacji, jeżeli atak zostanie ponowiony? Aż chciało się uśmiechnąć na ten cyrk. Lecz nie zrobił tego. Nicholas będąc tutaj, mógł tego dokonać. Poprawić, co zostało źle wykonane. Lecz nie. Nie miał nawet takiego polecenia. Dzisiaj był tutaj w innym celu. Prywatnym. Towarzyskim. Budującym zaufanie. Spełnianiu i dawaniu tego, co Laurent oczekiwał. Swojej wyjątkowości i zrozumienia. Laurent, potrzebował Jego. Jak osłabiony anioł, potrzebował siły diabła.