23.11.2022, 16:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2023, 12:13 przez Brenna Longbottom.)
Być może powinna zaproponować mu coś do jedzenia. Normalnie pewnie nawet by tak zrobiła. Ale teraz nie pomyślała o tym w pierwszej chwili, zbyt skupiona na samej sytuacji, na gonitwie myśli, na tysiącach rozwiązań, które przychodziły jej do głowy i z któryś zdecydowana większość była zła.
Chociaż czy mogło być dobre wyjście z takiej sytuacji?
- Nie musisz decydować w tej chwili - zgodziła się Brenna. Nawet zawstydziła się tego, że zrzucała mu na głowę te wszystkie pomysły w chwili, gdy był przytłoczony, zmęczony i przerażony. Kiedy stracił brata oraz dziewczynę, którą może kochał, a może tylko lubił - ale której śmierć z pewnością stanowiła nieznośny ciężar. - Możesz tu zostać tak długo, jak będzie potrzeba. Kiedy... transmutujemy ci twarz, reszcie powiemy, że jesteś moim znajomym, nikt nie uzna tego za dziwne.
W ich domu często zatrzymywali się krewni, bliżsi lub dalsi. Znajomi, a czasem nawet zupełnie obce osoby. Pewnego dnia, gdy Brenna miała siedemnaście lat, na ich progu stanęła nawet cała rodzina, ścigana przez śmierciożerców. Charles mógł równie dobrze spędzić tu trzy dni, trzy miesiące, jak i trzy lata: wszystko zależało tylko od tego, czego będzie potrzebował.
Wahała się przez chwilę przy kolejnych pytaniach. Sygnet brata Charlesa ciążył w kieszeni bluzy. Wzięła go nie bez powodu. Owszem, by zobaczyć moment ataku, móc powiedzieć coś więcej. Ale też by upewnić się, na ile jego historia jest wiarygodna. Ile można mu powiedzieć.
Sama jednak wierzyła w jego opowieść już teraz: i nie mogła po prostu nie odpowiadać na to pytanie.
- Mówiąc szczerze, to nie pierwszy raz, gdy komuś pomagamy w ten sposób, Charlie. A chociaż nie jestem celem numer jeden śmierciożerców, to mogą pewnego dnia spróbować mnie dopaść niezależnie od tego. Ten dom na szczęście jest bezpieczny - powiedziała w końcu. Wystarczające obciążenie? Owszem, w normalnych okolicznościach. Ale w przypadku Longbottomów... Prawie cała rodzina należała do Zakonu i robili znacznie bardziej niebezpieczne rzeczy niż udzielenie schronienia Rockwoodowi.
Być może nawet to on mógł pomóc im: ale Brennie zdawało się, że to coś na inną rozmowę.
- Samo Ministerstwo nie poradzi sobie z Voldemortem. Do kontakty do osób, które aktywnie działają przeciwko niemu. Myślę, że one mogą pomóc tobie, a twoje zeznania im. To miałam na myśli... kiedy powiedziałam, że jeśli chcesz walczyć, to dostaniesz możliwość - powiedziała w końcu, uznając, że to tłumaczenie prawdziwe, ale też z drugiej strony nie zdradzające wszystkiego i chyba najłatwiejsze do przyswojenia nad ranem, gdy rozmawiały dwie osoby, które w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin niemal nie spały. Czy zamierzała zmuszać Charlesa do zemsty? Oczywiście, że nie. Ale jeżeli postanowi za nią podążać, warto było zaoferować mu alternatywę wobec "wpadam do domu krewnych i miotam zaklęcia". - Napiszę do jednej z tych osób, obudzę brata... - Tak jak wspominała, dziadkowi i jemu musiała powiedzieć, ale wolała, przynajmniej na razie, póki nie omówią paru spraw i nie podejmą decyzji, nie informować za wielu osób. - Daj mi chwilę. Zrobić ci coś do jedzenia, zanim pójdziesz na górę? - spytała jeszcze.
Wstała. Zamierzała iść po sowę i przy okazji krótko poinformować brata, że pewnie będzie musiał dopilnować, aby nikt nie wszedł na strych, bo gady Voldemorta podniosły głowy. Czy będzie bardziej zły, jeżeli powie, że "hej, idę sprawdzić kryjówkę śmierciożerców, przypilnuj ich niedoszłej ofiary" czy jeśli nie powie mu, dokąd idzie, a on się potem dowie? Ktoś przecież musiał zostać, na wypadek, gdyby Charlie jednak miał ogon, nie mogła zabrać brata ze sobą...
Ale jej plany zostały pokrzyżowane.
W korytarzu stanęła na moment jak wryta, spoglądając na Patricka i Mavelle. Przesunęła po nich spojrzeniem, a wnioski, sądząc po strojach, nasuwały się same... i zostały nieomal natychmiast zepchnięte na bok jako zupełnie nieistotne.
Nie bacząc na to, jak to może wyglądać i że Steward może zinterpretować to jako coś w rodzaju "dostaniesz kazanie za bałamucenie mi kuzynki, ty draniu", złapała go za nadgarstek.
- Mavelle, mogę go na moment porwać? Oddam całego i zdrowego. Chodzi o Zakon. Patrick, pozwól na chwilę - powiedziała, ciągnąć go bezlitośnie do kuchni. A Mavelle? To nie tak, że jej nie ufała. Wręcz przeciwnie. Ale raz, na razie nie powinno wiedzieć za wiele osób, dwa, nie chciała nadmiernie przytłoczyć Charlesa. I tak właśnie "wyczarowywała" mu człowieka, do którego miała słać sowę...
- Charles, to Patrick. Jeden z ludzi, o których mówiłam. Ręczę za niego moim życiem - wyjaśniła krótko, wciągając Stewarda do kuchni. Słowa przychodziły łatwo, bo Patrick był Prawą Ręką Dumbledore'a i Brenna już od półtora roku wkładała swoje życie w jego ręce nieustannie, odpowiadając na wyzwania i wykonując wyznaczone jej zadania. - Dziś w nocy śmierciożercy zabili Fineasa Rockwooda i Christie. Ścigają Charliego. Rozważamy ukrycie go albo sfingowanie śmierci. I chcę sprawdzić mieszkanie, w którym zginęli - wyjaśniła, starając się, nietypowo dla siebie, przekazać najważniejsze informacje jak najbardziej zrozumiale i w jak najmniejszej liczbie słów.
Chociaż czy mogło być dobre wyjście z takiej sytuacji?
- Nie musisz decydować w tej chwili - zgodziła się Brenna. Nawet zawstydziła się tego, że zrzucała mu na głowę te wszystkie pomysły w chwili, gdy był przytłoczony, zmęczony i przerażony. Kiedy stracił brata oraz dziewczynę, którą może kochał, a może tylko lubił - ale której śmierć z pewnością stanowiła nieznośny ciężar. - Możesz tu zostać tak długo, jak będzie potrzeba. Kiedy... transmutujemy ci twarz, reszcie powiemy, że jesteś moim znajomym, nikt nie uzna tego za dziwne.
W ich domu często zatrzymywali się krewni, bliżsi lub dalsi. Znajomi, a czasem nawet zupełnie obce osoby. Pewnego dnia, gdy Brenna miała siedemnaście lat, na ich progu stanęła nawet cała rodzina, ścigana przez śmierciożerców. Charles mógł równie dobrze spędzić tu trzy dni, trzy miesiące, jak i trzy lata: wszystko zależało tylko od tego, czego będzie potrzebował.
Wahała się przez chwilę przy kolejnych pytaniach. Sygnet brata Charlesa ciążył w kieszeni bluzy. Wzięła go nie bez powodu. Owszem, by zobaczyć moment ataku, móc powiedzieć coś więcej. Ale też by upewnić się, na ile jego historia jest wiarygodna. Ile można mu powiedzieć.
Sama jednak wierzyła w jego opowieść już teraz: i nie mogła po prostu nie odpowiadać na to pytanie.
- Mówiąc szczerze, to nie pierwszy raz, gdy komuś pomagamy w ten sposób, Charlie. A chociaż nie jestem celem numer jeden śmierciożerców, to mogą pewnego dnia spróbować mnie dopaść niezależnie od tego. Ten dom na szczęście jest bezpieczny - powiedziała w końcu. Wystarczające obciążenie? Owszem, w normalnych okolicznościach. Ale w przypadku Longbottomów... Prawie cała rodzina należała do Zakonu i robili znacznie bardziej niebezpieczne rzeczy niż udzielenie schronienia Rockwoodowi.
Być może nawet to on mógł pomóc im: ale Brennie zdawało się, że to coś na inną rozmowę.
- Samo Ministerstwo nie poradzi sobie z Voldemortem. Do kontakty do osób, które aktywnie działają przeciwko niemu. Myślę, że one mogą pomóc tobie, a twoje zeznania im. To miałam na myśli... kiedy powiedziałam, że jeśli chcesz walczyć, to dostaniesz możliwość - powiedziała w końcu, uznając, że to tłumaczenie prawdziwe, ale też z drugiej strony nie zdradzające wszystkiego i chyba najłatwiejsze do przyswojenia nad ranem, gdy rozmawiały dwie osoby, które w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin niemal nie spały. Czy zamierzała zmuszać Charlesa do zemsty? Oczywiście, że nie. Ale jeżeli postanowi za nią podążać, warto było zaoferować mu alternatywę wobec "wpadam do domu krewnych i miotam zaklęcia". - Napiszę do jednej z tych osób, obudzę brata... - Tak jak wspominała, dziadkowi i jemu musiała powiedzieć, ale wolała, przynajmniej na razie, póki nie omówią paru spraw i nie podejmą decyzji, nie informować za wielu osób. - Daj mi chwilę. Zrobić ci coś do jedzenia, zanim pójdziesz na górę? - spytała jeszcze.
Wstała. Zamierzała iść po sowę i przy okazji krótko poinformować brata, że pewnie będzie musiał dopilnować, aby nikt nie wszedł na strych, bo gady Voldemorta podniosły głowy. Czy będzie bardziej zły, jeżeli powie, że "hej, idę sprawdzić kryjówkę śmierciożerców, przypilnuj ich niedoszłej ofiary" czy jeśli nie powie mu, dokąd idzie, a on się potem dowie? Ktoś przecież musiał zostać, na wypadek, gdyby Charlie jednak miał ogon, nie mogła zabrać brata ze sobą...
Ale jej plany zostały pokrzyżowane.
W korytarzu stanęła na moment jak wryta, spoglądając na Patricka i Mavelle. Przesunęła po nich spojrzeniem, a wnioski, sądząc po strojach, nasuwały się same... i zostały nieomal natychmiast zepchnięte na bok jako zupełnie nieistotne.
Nie bacząc na to, jak to może wyglądać i że Steward może zinterpretować to jako coś w rodzaju "dostaniesz kazanie za bałamucenie mi kuzynki, ty draniu", złapała go za nadgarstek.
- Mavelle, mogę go na moment porwać? Oddam całego i zdrowego. Chodzi o Zakon. Patrick, pozwól na chwilę - powiedziała, ciągnąć go bezlitośnie do kuchni. A Mavelle? To nie tak, że jej nie ufała. Wręcz przeciwnie. Ale raz, na razie nie powinno wiedzieć za wiele osób, dwa, nie chciała nadmiernie przytłoczyć Charlesa. I tak właśnie "wyczarowywała" mu człowieka, do którego miała słać sowę...
- Charles, to Patrick. Jeden z ludzi, o których mówiłam. Ręczę za niego moim życiem - wyjaśniła krótko, wciągając Stewarda do kuchni. Słowa przychodziły łatwo, bo Patrick był Prawą Ręką Dumbledore'a i Brenna już od półtora roku wkładała swoje życie w jego ręce nieustannie, odpowiadając na wyzwania i wykonując wyznaczone jej zadania. - Dziś w nocy śmierciożercy zabili Fineasa Rockwooda i Christie. Ścigają Charliego. Rozważamy ukrycie go albo sfingowanie śmierci. I chcę sprawdzić mieszkanie, w którym zginęli - wyjaśniła, starając się, nietypowo dla siebie, przekazać najważniejsze informacje jak najbardziej zrozumiale i w jak najmniejszej liczbie słów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.