16.01.2024, 10:02 ✶
Uwadze kobiety nie umknął fakt, że Laurence był gotów ją zasłonić w każdej chwili. Jednak gdy ich spojrzenia się spotkały, blondynka pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć "nie". Nie potrzebowała, by ktoś ją chronił - Camille była jednostką wybitnie niezależną, jeżeli chodzi o innych. A przynajmniej na taką pozowała przed światem zewnętrznym, przed innymi. Nieliczni wiedzieli, jak ogromny wpływ na Delacour miała jej rodzina, konwenanse. W Londynie macki rodziców były słabsze: mogły ją dosięgnąć, ale nie mogły zacisnąć się wokół niej i zmusić do tego, by zrobiła coś wbrew swojej woli. Mimo to często popychały ją w różnych kierunkach - czym więc to było, jak nie zależnością?
Na pytanie Lestrange'a Camille zmarszczyła brwi. Opętanie... Czy to mogło być to? Na terenie szpitala? Wątpiła, nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby do Munga, by rzucać klątwy. Nie wśród tylu uzdrowicieli i klątwołamaczy, nie wśród ludzi, którzy patrolowali korytarze. W Mungu zawsze ktoś był, nawet nocą. Rzucanie uroków czy używanie czarnej magii byłoby skrajną głupotą.
- Nie wydaje mi się, ale... Uważaj! - krzyknęła, gdy mężczyzna rzucił się na Laurenca. Uzdrowiciel odepchnął go przy pomocy zaklęcia tak mocno, że pacjent uderzył o jedną z metalowych szafek. Zachwiał się, ale nie widać było po nim, by uderzenie zrobiło jakiekolwiek wrażenie. Camille wysunęła się naprzód i machnęła różdżką, tworząc mocne, cienkie sznury. Oplotły się wokół ciała pacjenta, unieruchamiając jego ręce, przyklejając je niemal do ciała. Na nogi nie starczyło czasu, ale najwyraźniej Laurence pomyślał o tym samym i dorzucił swoje zaklęcie do jej. Mężczyzna wydawał się zdezorientowany, ale to go na chwilę zatrzymało - miał spętane nogi i ręce. - Musiałabym spojrzeć mu w oczy, ale nie czuję tego charakterystycznego smrodu czarnej magii. Nie mogę jednak powiedzieć z całą pewnością, niektóre zaklęcia nie zostawiają wyraźnego śladu.
Kroki na zewnątrz stawały się coraz głośniejsze. Za chwilę ktoś tu przyjdzie i przejmie od nich... No właśnie? Opętańca? Oszalałego? Camille bez lęku podeszła do nieznajomego na trzy wyciągnięcia rąk, trzymając różdżkę w dłoni w pogotowiu. Przyglądała mu się - miała jednak wrażenie, że to było jak patrzenie w otchłań. Jeśli patrzysz na nią, ona patrzy na ciebie. Coś dziwnego było w jego oczach. Jakby widział, ale nie dostrzegał rzeczywistości. Jakby żył w innym świecie.
- Chyba powinien być przeniesiony do Lecznicy Dusz - powiedziała, przekrzywiając głowę. - Ale musiałabym podejść bliżej.
Zrobiła jeszcze jeden krok w jego stronę, malutki, ostrożny.
- MOJA RÓZDŻKAAAAAAAAAAAA! - zawył niemal nienaturalnym głosem, a potem kłapnął zębami, jakby chciał ugryźć Camille. Blondynka odskoczyła, niemal wpadając na Lestrange'a. Ten ruch kosztował ich pacjenta utratę równowagi - upadł, uderzając głową mocno o podłogę.
Na pytanie Lestrange'a Camille zmarszczyła brwi. Opętanie... Czy to mogło być to? Na terenie szpitala? Wątpiła, nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby do Munga, by rzucać klątwy. Nie wśród tylu uzdrowicieli i klątwołamaczy, nie wśród ludzi, którzy patrolowali korytarze. W Mungu zawsze ktoś był, nawet nocą. Rzucanie uroków czy używanie czarnej magii byłoby skrajną głupotą.
- Nie wydaje mi się, ale... Uważaj! - krzyknęła, gdy mężczyzna rzucił się na Laurenca. Uzdrowiciel odepchnął go przy pomocy zaklęcia tak mocno, że pacjent uderzył o jedną z metalowych szafek. Zachwiał się, ale nie widać było po nim, by uderzenie zrobiło jakiekolwiek wrażenie. Camille wysunęła się naprzód i machnęła różdżką, tworząc mocne, cienkie sznury. Oplotły się wokół ciała pacjenta, unieruchamiając jego ręce, przyklejając je niemal do ciała. Na nogi nie starczyło czasu, ale najwyraźniej Laurence pomyślał o tym samym i dorzucił swoje zaklęcie do jej. Mężczyzna wydawał się zdezorientowany, ale to go na chwilę zatrzymało - miał spętane nogi i ręce. - Musiałabym spojrzeć mu w oczy, ale nie czuję tego charakterystycznego smrodu czarnej magii. Nie mogę jednak powiedzieć z całą pewnością, niektóre zaklęcia nie zostawiają wyraźnego śladu.
Kroki na zewnątrz stawały się coraz głośniejsze. Za chwilę ktoś tu przyjdzie i przejmie od nich... No właśnie? Opętańca? Oszalałego? Camille bez lęku podeszła do nieznajomego na trzy wyciągnięcia rąk, trzymając różdżkę w dłoni w pogotowiu. Przyglądała mu się - miała jednak wrażenie, że to było jak patrzenie w otchłań. Jeśli patrzysz na nią, ona patrzy na ciebie. Coś dziwnego było w jego oczach. Jakby widział, ale nie dostrzegał rzeczywistości. Jakby żył w innym świecie.
- Chyba powinien być przeniesiony do Lecznicy Dusz - powiedziała, przekrzywiając głowę. - Ale musiałabym podejść bliżej.
Zrobiła jeszcze jeden krok w jego stronę, malutki, ostrożny.
- MOJA RÓZDŻKAAAAAAAAAAAA! - zawył niemal nienaturalnym głosem, a potem kłapnął zębami, jakby chciał ugryźć Camille. Blondynka odskoczyła, niemal wpadając na Lestrange'a. Ten ruch kosztował ich pacjenta utratę równowagi - upadł, uderzając głową mocno o podłogę.