16.01.2024, 10:17 ✶
Mężczyzna prychnął jak zdenerwowane kocię. Robert zaczynał go denerwować. Przychodził tu z głupimi frazesami, a to przecież nie on ryzykował pracą, nie? Albo nawet i nie pracą. Irlandczyk bardzo cenił sobie prywatność i czas wolny, nie lubił też, gdy mu się przeszkadzało i zawracało głowę z byle powodu. Robert przyszedł tu bez niczego, jaką więc on sam miał gwarancję, że cokolwiek z tego, co mówi, zainteresuje jego szefa? Chociaż sam fakt, że wiedział kim jest i czym się zajmuje, był alarmujący. Mężczyzna otaksował Mulcibera spojrzeniem. Leniwie przejeżdżał od ramienia do ramienia, od jednego oka do drugiego, od prawej do lewej i od góry do dołu. Przedłużał tę chwilę, obserwował reakcję czarodzieja.
- A spierdalaj - burknął, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Byłby splunął, gdyby nie fakt, że sam będzie musiał po sobie sprzątać. Ziewnął nawet przeciągle, ostentacyjnie. Dla niego rozmowa była skończona. Drzwi, znajdujące się za plecami pół-olbrzyma, skrzypnęły. W szparze ukazało się błękitne oko, należące do osoby o wyjątkowo bladej cerze. W półmroku widać było też włosy, chyba ciemne, ale nie dało się dostrzec jakiej konkretnie barwy były.
- Rorry, nieładnie tak traktować gości - wyszeptała, mrugając kilkakrotnie. Rorry wzruszył ramionami.
- Ty też spierdalaj. Jak go wpuścisz, będzie na ciebie.
- Jak brzydko - postać cmoknęła i otworzyła szerzej drzwi. Już po głosie szło się domyślić, że była to kobieta. Niska, przeraźliwie wychudzona, z wyłupiastymi niebieskimi oczami. Mogła być niewiele młodsza od Roberta. Miała obrzydliwy nawyk powolnego, ale częstego mrugania. Wyglądała trochę jak kameleon z tymi oczami. Albo skrzat domowy. Z tą różnicą, że była ubrana w czyste ciuchy i to chyba lepszej jakości. - Musisz mu wybaczyć, skarbie, nie wysypia się ostatnio. Czego chcesz od szefa? Nie czekał na nikogo o tej porze, nie byliście więc umówieni. A nie możemy teraz wpuścić byle kogo, sam rozumiesz.
Znowu powoli zamknęła oczy. Mówiła też flegmatycznie, podobnież jak się poruszała w taki sam sposób.
- A spierdalaj - burknął, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Byłby splunął, gdyby nie fakt, że sam będzie musiał po sobie sprzątać. Ziewnął nawet przeciągle, ostentacyjnie. Dla niego rozmowa była skończona. Drzwi, znajdujące się za plecami pół-olbrzyma, skrzypnęły. W szparze ukazało się błękitne oko, należące do osoby o wyjątkowo bladej cerze. W półmroku widać było też włosy, chyba ciemne, ale nie dało się dostrzec jakiej konkretnie barwy były.
- Rorry, nieładnie tak traktować gości - wyszeptała, mrugając kilkakrotnie. Rorry wzruszył ramionami.
- Ty też spierdalaj. Jak go wpuścisz, będzie na ciebie.
- Jak brzydko - postać cmoknęła i otworzyła szerzej drzwi. Już po głosie szło się domyślić, że była to kobieta. Niska, przeraźliwie wychudzona, z wyłupiastymi niebieskimi oczami. Mogła być niewiele młodsza od Roberta. Miała obrzydliwy nawyk powolnego, ale częstego mrugania. Wyglądała trochę jak kameleon z tymi oczami. Albo skrzat domowy. Z tą różnicą, że była ubrana w czyste ciuchy i to chyba lepszej jakości. - Musisz mu wybaczyć, skarbie, nie wysypia się ostatnio. Czego chcesz od szefa? Nie czekał na nikogo o tej porze, nie byliście więc umówieni. A nie możemy teraz wpuścić byle kogo, sam rozumiesz.
Znowu powoli zamknęła oczy. Mówiła też flegmatycznie, podobnież jak się poruszała w taki sam sposób.