23.11.2022, 16:54 ✶
Stała w witrynie rodzinnej apteki opatulona ciemnobrązowym swetrem, zawinąwszy go dookoła siebie tak szczelnie, że niechybnie rozciągnęła materiał na amen. Wyglądała na zewnątrz jednocześnie z ekscytacją, jak i z niepewnością; oczekiwała momentu, kiedy uczestniczy marszu przejdą ulicą.
Cecily wspierała wszelakie grupy uciśnione, dążąc do równouprawnienia na każdym szczeblu i płaszczyźnie. Niestety, mimo iż bardzo chciała dołączyć do protestujących i iść z nimi ramię w ramię, akurat dzisiaj nie mogła. Będąc sobą, czyli roztrzepaną i niebywale zapominalską, pomyliła daty i wcześniej zobligowała się do zaopiekowania się apteką. Niemniej nie zamierzała zupełnie zrezygnować z kibicowania; nie poddawała się tak łatwo.
Wciąż jednak martwiła się, że coś pójdzie nie tak. Nastał czas społecznego niepokoju - jeszcze nie tak dawno była świadkiem wybrania nowej Ministry Magii tylko dlatego, iż jej poprzednik, pierwszy Minister mugolskiej krwi, w tajemniczych okolicznościach podupadł na zdrowiu. Nie chciała snuć teorii spiskowych, ale wydawało się to jej niebywale wygodnie dla konserwatystów, którzy w momencie rozpoczęcia jego kadencji tłumnie opuszczali stanowiska w Ministerstwie w ramach pokazu swej dezaprobaty. Nie była głupia, umiała połączyć ze sobą kropki, ale tak długo, jak nikt nie był w stanie zebrać na to dowodów, publiczne rozgłaszanie takich podejrzeń mogło się skończyć dla niej tragicznie. Mimo wszystko Cecily nie mogła poświęcać się dla idei bezmyślnie - miała bliskich, których musiała stawiać ponad swoimi poglądami politycznymi.
Nim jeszcze pełna gama protestujących zdążyła wkroczyć na ulicę przed apteką, zaczęło dziać się coś niedobrego. Nastał dziwaczny harmider, gdzieś podniosły się krzyki i zawołania; te drugie nie przypominały skandowanych haseł, a raczej wezwania o pomoc. Ktoś zaczął biec ile sił chodnikiem, inni szukali schronienia w okolicznych sklepach. Wpuściła dwie zdyszane osoby do środka apteki, po czym wychyliła się na chwilę z otwartych drzwi, próbując dojrzeć, co się właściwie dzieje.
Wtedy właśnie usłyszała świst; odwróciła oczy w tym kierunku, aby ujrzeć w jego okolicy, jak jakiś mężczyzna koncertowo wywija piruet, a następnie orła.
Puściła drzwi, które po strzeliły głośno za nią, kiedy puściła się biegiem na pomoc. Okulary prawie zleciały jej z nosa, kiedy wyhamowywała przed zsuwającym się na chodnik nieznajomym.
- Halo, proszę pana? - zapytała, kiedy przycupnęła tuż obok. - Słyszy mnie pan? Wszystko w porządku? - Objęła delikatnie jego twarz dłońmi, próbując wyprostować jego głowę i nawiązać kontakt wzrokowy. Nie zdołała dostrzec, czym oberwał, więc próbowała ocenić ewentualne szkody i uszczerbki na zdrowiu. Na szczęście widziała, że wciąż oddychał, więc nie decydowała się na żadne zaklęcie, bo a nuż się bez niego obejdzie.
Cecily wspierała wszelakie grupy uciśnione, dążąc do równouprawnienia na każdym szczeblu i płaszczyźnie. Niestety, mimo iż bardzo chciała dołączyć do protestujących i iść z nimi ramię w ramię, akurat dzisiaj nie mogła. Będąc sobą, czyli roztrzepaną i niebywale zapominalską, pomyliła daty i wcześniej zobligowała się do zaopiekowania się apteką. Niemniej nie zamierzała zupełnie zrezygnować z kibicowania; nie poddawała się tak łatwo.
Wciąż jednak martwiła się, że coś pójdzie nie tak. Nastał czas społecznego niepokoju - jeszcze nie tak dawno była świadkiem wybrania nowej Ministry Magii tylko dlatego, iż jej poprzednik, pierwszy Minister mugolskiej krwi, w tajemniczych okolicznościach podupadł na zdrowiu. Nie chciała snuć teorii spiskowych, ale wydawało się to jej niebywale wygodnie dla konserwatystów, którzy w momencie rozpoczęcia jego kadencji tłumnie opuszczali stanowiska w Ministerstwie w ramach pokazu swej dezaprobaty. Nie była głupia, umiała połączyć ze sobą kropki, ale tak długo, jak nikt nie był w stanie zebrać na to dowodów, publiczne rozgłaszanie takich podejrzeń mogło się skończyć dla niej tragicznie. Mimo wszystko Cecily nie mogła poświęcać się dla idei bezmyślnie - miała bliskich, których musiała stawiać ponad swoimi poglądami politycznymi.
Nim jeszcze pełna gama protestujących zdążyła wkroczyć na ulicę przed apteką, zaczęło dziać się coś niedobrego. Nastał dziwaczny harmider, gdzieś podniosły się krzyki i zawołania; te drugie nie przypominały skandowanych haseł, a raczej wezwania o pomoc. Ktoś zaczął biec ile sił chodnikiem, inni szukali schronienia w okolicznych sklepach. Wpuściła dwie zdyszane osoby do środka apteki, po czym wychyliła się na chwilę z otwartych drzwi, próbując dojrzeć, co się właściwie dzieje.
Wtedy właśnie usłyszała świst; odwróciła oczy w tym kierunku, aby ujrzeć w jego okolicy, jak jakiś mężczyzna koncertowo wywija piruet, a następnie orła.
Puściła drzwi, które po strzeliły głośno za nią, kiedy puściła się biegiem na pomoc. Okulary prawie zleciały jej z nosa, kiedy wyhamowywała przed zsuwającym się na chodnik nieznajomym.
- Halo, proszę pana? - zapytała, kiedy przycupnęła tuż obok. - Słyszy mnie pan? Wszystko w porządku? - Objęła delikatnie jego twarz dłońmi, próbując wyprostować jego głowę i nawiązać kontakt wzrokowy. Nie zdołała dostrzec, czym oberwał, więc próbowała ocenić ewentualne szkody i uszczerbki na zdrowiu. Na szczęście widziała, że wciąż oddychał, więc nie decydowała się na żadne zaklęcie, bo a nuż się bez niego obejdzie.