Jego dłonie nie były ładne. Twarz miał nieskalaną brutalną przeszłością, ale Crow znany mu z Londynu był człowiekiem, który smutkiem w oczach płacił za o wiele miększe dłonie. Te były szorstkie, pełne znamion pracy, pocięte, pobite, od narzędzi odbiegających daleko od typowych dla niego linijek i śrubokrętów. Ale wciąż posiadał w nich charakterystyczną dla siebie delikatność - ona nie była częścią ich aparycji, ona była częścią dotyku. Sposobu, w jaki chwytał i brał to, co uważał za swoje, a później zsuwał palce wzdłuż szyi i uśmiechał się ciepło - bo był kimś jednocześnie paskudnym i obscenicznym, ale i ciepłym jak diabli. Tak ciepłym, że łatwo się było o tę rękę sparzyć.
- Nie chciałem się ruszać, bo mówiłeś, że jest ci wygodnie. - Dla niego to było takie oczywiste. Nie skupiał się w ogóle na fakcie tego, że go bolało - skupiał się na powodzie, na człowieku, który przed nim leżał. Nie skupiał się na zalanej łazience, wodzie wciąż kapiącej i wylewającej się na podłogę, ani na absurdzie tego, że w tym tempie wanna powinna robić się pusta, a oni wciąż byli przykryci nią i kilkoma garściami płatków róż. Oczy Crowa były skupione na Laurencie, jakby go ktoś do tego zaprogramował - do tej uwagi, do bycia obok, do krążenia rękoma po jego ciele, do trwania w bezruchu z tak głupiego powodu jak to, że Prewett nie chciał poprawić pozycji, w jakiej leżeli. - I tak mieliśmy stąd iść. - Więc jaka w tym była różnica - czy zgasną, czy będą wciąż się palić? - Wolisz zostać? - Pytanie nie brzmiało na takie, które można było pozostawić bez żadnej odpowiedzi, ale skąd niby miał wiedzieć, pomiędzy czym i czym wybiera? - Ostatecznie, możesz oglądać deszcz gwiazd nawet i z wanny...
Widział i czuł ten opór. Potrzebę ucieczki z koszmaru, chociaż ucieczka nie dawała żadnych sensownych perspektyw. Nawet bez odpowiedzi musiał domyślać się, jak wielkie emocje wzbudzała jego obecność - a jednak pod przymkniętymi teraz powiekami, oprócz ognia buchało też płomienne rozbawienie. Nie było w nim krzty zimna ani poczucia odrzucenia - może dlatego, że mógłby go po prostu chwycić, szarpnąć, kazać mu siedzieć pomiędzy swoimi nogami i tak trwać, tylko on nie lubił działać w ten sposób, bo gdzież w tym była przyjemność zmusić kogoś do czegoś, jeżeli mógł spróbować urobić go tak, żeby do niego przylgnął spragniony dotyku sam z siebie? Ale Laurent był teraz skostniały. A Crow lubił, kiedy nawet mimo oczywistych, wewnętrznych oporów, ludzie wpatrywali się w niego, jakby miał stać się remedium na wszystkie ich troski. Jemu mógł dać o wiele więcej niż duszący ciężar własnego ciała - ale ten Laurent tego nie widział. Niech więc będzie i tak. To podobno jeszcze nie był koniec świata.
- Oh, mogę mieć kilka propozycji - chyba dopiero teraz naprawdę zabrzmiał jak on, bo powiedział coś wpisanego mocno we własne jestestwo - komediowo wręcz brzmiąca wypowiedź, na krótką chwilę zakłócająca rytm pary, bliskości i świec, melodię płynącą z tej sceny - ale chyba znasz mnie od najgorszej strony? Chociaż... nazywasz Fantazją swoje złe wspomnienie. To zabawne słyszeć, jak niewiele różni cię od samego siebie, niezależnie od rzeczywistości. - Bo mówił o słowach. Oczywiście, że chciał bawić się z nim słowami, ale mógł też zabawić się z nim w inny sposób, gdyby tylko poddał się temu uczuciu, gdyby nie czuł chłodu tam, gdzie Crow czuł gorąco. To była tylko kropla. Kropla czegoś znajomego w morzu pełnym obcości. Tak samo maleńka jak kropla spadająca z jego skrzydeł na zalaną posadzkę. Trzy centymetry. Zaraz zgaśnie kolejna świeczka, a w pomieszczeniu robiło cię coraz bardziej parno - w szybie nie było już ich odbić. Pokryła się drobnymi kropelkami, skutecznie uniemożliwiającymi obserwowanie tego, co działo się za oknem. - Pojawiłeś się w tych ramionach z jakiegoś powodu. Samotność, czy potrzeba usłyszenia szorstkich słów? Pewnie to drugie, skoro nie chcesz się do mnie przytulić. - Agresji dziś w nim nie było. Ale istniała frustracja. Niechęć kogoś, kto nienawidził, nie potrafił zdzierżyć, kiedy odmawiano mu dotyku. Czuł się więc teraz dosyć dwojako - z jednej strony chciał mu dać jakiś sygnał, że rozumie i do niczego nie zmusza, z drugiej - jakże te oczy go za to potępiały. Jakby go miały zrzucić do czeluści piekła, kompletnie nie współgrało to z delikatnym uśmiechem.
- Nie chciałem się ruszać, bo mówiłeś, że jest ci wygodnie. - Dla niego to było takie oczywiste. Nie skupiał się w ogóle na fakcie tego, że go bolało - skupiał się na powodzie, na człowieku, który przed nim leżał. Nie skupiał się na zalanej łazience, wodzie wciąż kapiącej i wylewającej się na podłogę, ani na absurdzie tego, że w tym tempie wanna powinna robić się pusta, a oni wciąż byli przykryci nią i kilkoma garściami płatków róż. Oczy Crowa były skupione na Laurencie, jakby go ktoś do tego zaprogramował - do tej uwagi, do bycia obok, do krążenia rękoma po jego ciele, do trwania w bezruchu z tak głupiego powodu jak to, że Prewett nie chciał poprawić pozycji, w jakiej leżeli. - I tak mieliśmy stąd iść. - Więc jaka w tym była różnica - czy zgasną, czy będą wciąż się palić? - Wolisz zostać? - Pytanie nie brzmiało na takie, które można było pozostawić bez żadnej odpowiedzi, ale skąd niby miał wiedzieć, pomiędzy czym i czym wybiera? - Ostatecznie, możesz oglądać deszcz gwiazd nawet i z wanny...
Widział i czuł ten opór. Potrzebę ucieczki z koszmaru, chociaż ucieczka nie dawała żadnych sensownych perspektyw. Nawet bez odpowiedzi musiał domyślać się, jak wielkie emocje wzbudzała jego obecność - a jednak pod przymkniętymi teraz powiekami, oprócz ognia buchało też płomienne rozbawienie. Nie było w nim krzty zimna ani poczucia odrzucenia - może dlatego, że mógłby go po prostu chwycić, szarpnąć, kazać mu siedzieć pomiędzy swoimi nogami i tak trwać, tylko on nie lubił działać w ten sposób, bo gdzież w tym była przyjemność zmusić kogoś do czegoś, jeżeli mógł spróbować urobić go tak, żeby do niego przylgnął spragniony dotyku sam z siebie? Ale Laurent był teraz skostniały. A Crow lubił, kiedy nawet mimo oczywistych, wewnętrznych oporów, ludzie wpatrywali się w niego, jakby miał stać się remedium na wszystkie ich troski. Jemu mógł dać o wiele więcej niż duszący ciężar własnego ciała - ale ten Laurent tego nie widział. Niech więc będzie i tak. To podobno jeszcze nie był koniec świata.
- Oh, mogę mieć kilka propozycji - chyba dopiero teraz naprawdę zabrzmiał jak on, bo powiedział coś wpisanego mocno we własne jestestwo - komediowo wręcz brzmiąca wypowiedź, na krótką chwilę zakłócająca rytm pary, bliskości i świec, melodię płynącą z tej sceny - ale chyba znasz mnie od najgorszej strony? Chociaż... nazywasz Fantazją swoje złe wspomnienie. To zabawne słyszeć, jak niewiele różni cię od samego siebie, niezależnie od rzeczywistości. - Bo mówił o słowach. Oczywiście, że chciał bawić się z nim słowami, ale mógł też zabawić się z nim w inny sposób, gdyby tylko poddał się temu uczuciu, gdyby nie czuł chłodu tam, gdzie Crow czuł gorąco. To była tylko kropla. Kropla czegoś znajomego w morzu pełnym obcości. Tak samo maleńka jak kropla spadająca z jego skrzydeł na zalaną posadzkę. Trzy centymetry. Zaraz zgaśnie kolejna świeczka, a w pomieszczeniu robiło cię coraz bardziej parno - w szybie nie było już ich odbić. Pokryła się drobnymi kropelkami, skutecznie uniemożliwiającymi obserwowanie tego, co działo się za oknem. - Pojawiłeś się w tych ramionach z jakiegoś powodu. Samotność, czy potrzeba usłyszenia szorstkich słów? Pewnie to drugie, skoro nie chcesz się do mnie przytulić. - Agresji dziś w nim nie było. Ale istniała frustracja. Niechęć kogoś, kto nienawidził, nie potrafił zdzierżyć, kiedy odmawiano mu dotyku. Czuł się więc teraz dosyć dwojako - z jednej strony chciał mu dać jakiś sygnał, że rozumie i do niczego nie zmusza, z drugiej - jakże te oczy go za to potępiały. Jakby go miały zrzucić do czeluści piekła, kompletnie nie współgrało to z delikatnym uśmiechem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.