Sprzeczność. Crow był sprzecznością. Wróbel, który chciał stać się Krukiem, więc przybrał się we wronie pióra - bo te łatwiej było znaleźć. Delikatne stworzenie, które chciało wkroczyć pomiędzy kruki i wrony, więc musiał nauczyć się krakać tak jak one. Czy jego struny głosowe zostały zdarte od niekończących się prób i nauk? Czy stępił sobie dziób i stracił ten niewinny błysk w oku, czy może nigdy go nie miał, skoro nie pamiętał nawet, z którego drzewa przyszło mu wylecieć? Ta sprzeczność uderzała w człowieka, który widział smutek w oczach, a potem widział jak lśnią one z gniewem i z czystą furią okładają pięściami tego, kogo paluszkiem wskazała dama jego serca. A może..? Może to nie on wybrał dla siebie taki los. Może to był spisek tych, których nie można było dojrzeć, kryjących się za kurtynami wielkich graczy tego świata. Czy Fontaine, która złapała jego serce i poznała się na delikatnej naturze wrony, kojarzyła mu się z ciepłem? Bo Laurentowi kojarzyła się tylko z zimnymi dłońmi, które wywoływały dreszcze. W przeciwieństwie do niej ręce Crowa były naprawdę gorące. Tak gorące, że doprowadzały człowieka do szaleństwa. Zupełnie, jakby ten bogom winny pomiot piekieł uczył się, gdzie nacisnąć, żeby wygrywać na strunach głosowych partnera wszystkie z nut.
Nie chciał się ruszać, bo... było mu wygodnie? Laurent zatrzymał się w swoich niespokojnych ruchach. Jego myśli wróciły do tej paskudnie dusznej przyczepy, wozu, czy... cokolwiek to było. Rozmywał mu się moment wtoczenia się tam a wylądowania na łóżku. To było veritaserum, a może amortencja w szklance..? Paplał bez sensu, albo może właśnie z sensem? Paplał wszystko, co myśl na język przyniosła, o tych niewygodnych i wstydliwych rzeczach, albo to wszystko działo się w jego głowie? Najpierw był dym, a potem okno i haust świeżego powietrza. Najpierw był pożar serca, a potem ciepły, ale wcale nie spalający dotyk. Kolejna paplanina. Z sensem. Bez sensu. Wirujący świat powracający do normy dzięki człowiekowi, który budził tyle lęku. Czemu..? Ach, no tak - przypominasz sobie. Przecież dokładnie ten sam człowiek miał jeszcze chwilę temu mord w oczach i z całą swoją agresją wbił nogę w twój brzuch. Ten sam człowiek (czyżby?) leżał tutaj i pozwalał sobie na doznanie bólu, żeby jemu było wygodnie. Nie, nie ten sam. Ten sam... tylko inny.
- Ale... przecież cię bolało... - Nie rozumiał. Gubił się w tej myśli. Gubił się pośrodku tej ciepłej wody, tamtego łóżka w małej przyczepie i wspomnienia swoich dłoni na jego udach, kciukach przejeżdżających po tatuażu smoka. Pomiędzy teraz, wcześniej i dawniej. W tym, z jaką oczywistością w głosie ten Crow o tym mówił, dla niego nie mogło być innej odpowiedzi, nie było wątpliwości. Co to był za zwichrowany sen?
Powoli, bardzo powoli, odsunął się - tak jak oczy Fleamonta zaprogramowano, by tkwiły w nim, tak ruchy Laurenta teraz zaprogramowano na spowolnione tempo. Odsunął ledwo o parę centymetrów, żeby mieć miejsce do powolnego odwrócenia się w kierunku tych trzymających go ramion i żeby poprawić się w tej pozycji na... na jakąkolwiek inną. Nie ważne, o tym zaraz, potem, albo może nigdy. Spojrzał na twarz, która przyprawiała o jakiś... żal. Malutką iskrę współczucia, która potrafiła zaistnieć w jego sercu, zrodzona z wdzięczności za otrzymaną pomoc i delikatność. Żal, bo twarz, jaką widział, powinna być tą, którą widział na początku tego miesiąca w cyrku. Ile człowiek musi przeżyć, żeby być tak zniszczonym? Ale oczy selkie uciekły od tego ciepło-niebezpiecznego brązu i przesunęły się na wysunięte z wanny skrzydła, po których sunęła woda. Fakt, że nie ubywało jej z wanny był z jakiegoś powodu minimalnie kojący. Przysunął się znów, żeby wyciągnąć dłoń do tych skrzydeł, zaczynając od miejsca, gdzie wysuwały się zza ramienia. Gdyby miał je namalować słowem... jakby to ujął? Gdyby miał słowem namalować tę istotę, która błyskała groźbą i czułością, miękkością puchu i szorstkością dotyku - gdzie umieściłby tą Chodzącą Sprzeczność?
- Boję się ciemności. - Szepnął, bo nie musiał głośniej mówić, kiedy teraz pochylał się ku niemu, jedną dłonią opierając na jego ramieniu, żeby badać palcami z fascynacją te skrzydła. Fascynacja. Robisz to powoli, ostrożnie, ze strachem, że te pozorne zapewnienia od drugiej strony, że wszystko w porządku i nie ma czego się bać zaraz się zmienią. Zaraz pojawi się dowód, że zawsze jest czego się bać. Szczególnie, gdy już zapada zmrok. Wędrówka jego dłoni została jednak zatrzymana, kiedy usłyszał o spadających gwiazdach i obrócił twarz ku oknu. Spadające gwiazdy musiały być piękne... a jakby wyglądały odbite w tych smutno-pieskich oczach? Fleamont dawno zamienił się w spadającą gwiazdę, która zapomniała, jak lśnić. Dlatego chciał, by inni lśnili dla niego, by mógł ogrzać się w ich blasku. Laurent znów trochę się odsunął - tym razem po to, żeby móc spojrzeć w oczy istoty, która zachęcała do zabawy. Kusiła jak Wąż do zjedzenia rajskiego jabłka. - A ty? Chciałbyś iść, czy zostać? - Zapytał ostrożnie. Nagość nie była problemem. Problemem było to, jak bardzo nie znał Crowa. Tym bardziej nie znał i nie rozumiał osoby, która tu była. Próbował to wyczuć - bezpieczną drogę do... jeszcze nie wiedział, do czego. Znów z niepokojem strzelił oczami w kierunku ostatnich świec, jakie się tutaj paliły.
- Nie znam cię. - Człowieka, który chciał rozgrzewać innych, żeby poczuł, że coś znaczy. Żeby nie był pyłkiem w całym kosmosie, którego niesie wiatr bez celu, bez domu, bez dłoni, które będą czekać. - Twoja agresja i impulsywność mnie przerażają. - To tylko sen, prawda? To musiał być sen. - I jednocześnie współczułem smutku, który zawsze tkwił w twoich oczach. - Dotknął ostrożnie jego twarzy, żeby przesunąć kciukami po jego skroniach od kącików oczu do włosów. - Ale skoro tu jesteś, inna wersja ciebie samego, to możesz być tylko Koszmarem albo Fantazją. - Wydawało mu się, że z tych doznań nie mogło istnieć nic pomiędzy. - Twój dotyk nie jest czymś, co można zapomnieć. Ta mieszanka strachu i pragnienia zamieszała mi w głowie. - I chyba to jest wynik tego przedziwnego snu. Tylko jakim cudem był go świadom? Tego nie wiedział. Nie był to pierwszy taki świadomy sen, ale to tylko dodawało kilogramów przerażenia.
Irytacja? Obrażenie. Fleamont wyglądał teraz na lekko obrażonego, albo urażonego? Urażonego tym, że granica między nimi była nakreślona twoimi własnymi rękoma. Nie chciałeś szorstkich słów. Niech chociaż w snach ich nie będzie, już wystarczy. Ta cała zgnilizna świata, to całe parszywe nieszczęście, to pragnienie utknięcia w czyichś rękach na wieczność... Tak jak i wcześniej, tak powoli teraz się przysunął, żeby objąć Crowa jak najlepszego przyjaciela. Jak kochanka, który potrzebował ulgi i ciepła. Jak kogoś, kto był drugą połową, do której musiałeś idealnie pasować. Czule ułożyłeś dłoń na jego potylicy, drugą objąłeś go ponad skrzydłami. A para tańczyła wokół, jakby chciała pochłonąć ten sen jak wcześniej mleczna mgła.