- Proszę mnie nie obrażać. Jestem poważnym pracownikiem Biura Aurorów. - A tymczasem był porównywany do jakiegoś bandyty. I tak jak na bandytę przystało, spojrzał kątem oczu na Flynna z tym nieznikającym, cwanym uśmieszkiem. Mistrz maskarady, pan ciemnych podziemi, gdzie Szczury orały korytarze, by powiększyć imperium swych Panów i Pań. Znał takich, jak Flynn. Nie wszystkim dało się pomóc. Większości nie dało się pomóc wcale. W tych tunelach, tak jak sobie wyobrażał, tacy jak Cain potrafili zaginąć i nigdy już nie wrócić. Ale on tam chodził uparcie i dawał się poznawać. Dawał poznawać Raziela, uśmiechał się i starał zniknąć w cieniach, żeby nie przeszkadzać tym, którzy chcieli iść samym środkiem drogi. Tak, jak po tym czerwonym dywanie pałacu. Błądząc po Nokturnie i jego Ścieżkach nie był już jednak chłystkiem, choć obaj byli o wiele młodsi, kiedy się spotkali i pociągnął ich płomienny romans. Zgubiła ich również wspólna niewiedza. Czasem nie pytasz, bo nie wiesz o co. Innym razem nie pytasz, bo nie chcesz wiedzieć. - Tylko byś spróbował mi wywinąć jakiś numer to bym cię zniszczył. - Rozbawiła go ta wizja wspólnych zabaw, które miałyby na celu uprzykrzyć komuś życie. Gdyby miał do tego partnera, podjąłby się takich zabaw? Wydawały mu się dziecinne. Tak, dziecku wydawały się dziecinne. Zabawne, że zazwyczaj dzieciaki dobrze wyczuwały, komu można robić kawały i krzywdę, a kogo lepiej szanować. Wyczuwały to podświadomie, chociaż nawet do końca nie musiały znać tej osoby. Ta hierarchia stada, jakim była twoja własna klasa, układała się całkowicie naturalnie od samego początku. - Jedynym problemem byłoby wyjaśnienie kolegom biorącym prysznic obok, dlaczego jęczę o Fleamoncie za zasłonką. - Jakby wyglądało jego życie, gdyby spotkał Flynna już w szkole? Wtedy by ze sobą byli? Czy nie? Próbował chodzić z dziewczętami, które gdzieś tam wpadły mu w oko, chociażby Mavelle, ale koniec końców to nie było to. Porzucił cały projekt próby zakochania się. Miłość znalazła jego. Niestety była bardzo okrutną miłością. - Masz 28 lat i obchodzisz urodziny 25 stycznia. Co ty na to? 25 stycznia kupię najbardziej zajebistego torta, jakiego się da, a potem zamiast go pokroić to zabawię się w malarza i wymaluję cię lukrem z niego. Jestem pewien, że lepiej nie może smakować. - A może Flynn już wybrał datę swoich urodzin? A może w ogóle ich nie obchodził? Cóż, symboliczna data zawsze mogła zostać wybrana. A Cain wybrał całkowicie nieprzypadkowy wiek i nieprzypadkową datę. - Jest ci przykro, że nie dostałeś się do Hogwartu? - Tak wysnuł tę słodką wizję, bo pomyślał, że pewnie jemu byłoby przykro. I przez swoje chwilowe zawahanie tak pomyślał też w kategorii tego umiłowanego przez niego człowieka, o którego chciał dbać i się troszczyć. Na którego przelewał wszystkie swoje dobre i ciepłe emocje, jakie w sobie miał i pozwalał im się obezwładnić.
Tak, Flynn go rozbrajał i rozkładał na kawałki. Cain przestawał przy nim być taki uważny, stawał się rozproszony, chciał niektórych rzeczy, ale najbardziej chciał dobrze dla Flynna, bo jego szczęście, jego energia, były jak baterie dla jego funkcjonowania. Przy nim ożywał. Przy nim czuł się szczęśliwy, spokojny. Mógł się uśmiechać szczerze, a nie nosić uśmiech ze zwykłego przyzwyczajenia, żeby ludzie mieli cię za pozytywną osobę, bo wtedy łatwiej się z nimi dogadywało. Albo łatwiej wchodziło pod skórę, kiedyś chciałeś im dokuczać.
- Przykro mi, panie egzaminatorze. Rzuca pan na mnie zaklęcie obezwładniające. - Raczej ogłupiające, ale obezwładniające jego zdolność do kontrolowania siebie samego - swojego ciała, swoich myśli, swoich odruchów. I przy tym wcale się tego nie bał i wcale go to nie krępowało. Przynajmniej do momentu, kiedy nie martwiło go to, czy nie zrobił czasem Flynnowi krzywdy i nie zostawił mu siniaków, gdy emocje opadały i jego umysł wracał do ciała, przestając wybuchać jak supernowa. Obrócił się do niego przodem na tym krześle i oparł się ciężarem swojego ciała na jego udach, zaciskając na nich palce i pochylając ku niemu. Zaglądając w brązowe oczy. Na te kosmyki włosów, które teraz były we względnym ładzie. Na jego zgrabny nos i na usta, które czyniły cuda. Odetchnął wręcz tęsknie. - Mój Boże... jesteś taki idealny. - W całej swojej nieidealności. W całym pakunku swoich wad i z cała mocą swych zalet. Takie perfekcyjne połączenie... Wszystko to było zasługą bolesnej przeszłości, ale jakby to się miało, gdyby jej nie było? Jaki byłby wtedy Fleamont? Crow? Edge? Czy naprawdę minęliby się w Hogwarcie, czy może jednak ogłupieliby z miłości? Nie wiedział. Wiedział za to, że teraz jego ręce przesunęły się nieco wyżej w tym mocnym uścisku... i zjechały w dół, kończąc dotyk, kiedy zsunęły się z jego kolan. Bo w końcu musiał zająć dłonie kartą i swoim głupiutkim, banalnym pragnieniem. Tylko przełożył jedną rękę na jego plecy, kiedy Flynn uwiesił się jego szyi i ramion, żeby trzymać go przy sobie. Żeby potwierdzić, że to bardzo dobry pomysł.
Karta upadła na ziemię.
Złapał skarb, który sam wciskał mu się w ramiona, żarliwie wpijając się w te usta. Tu-dum. Dźwięk serca, podobny dźwiękom bębna. Ale to nie było nawoływanie do wojny. Co będzie za godzinę, za trzy, jutro? Co za różnica. Pijany winem i pijany miłością podciągnął koszulę Flynna i wbił w jego plecy paznokcie, chcąc go wbić w ten stół, na ten stół i przekonać się, jak smakuje tu i teraz, owinięty świeżą kąpielą i równie świeżym dymem papierosów. Przyciągnął go do siebie, żeby być bliżej, żeby nie dzieliły ich dwa krzesła, żeby poczuć jego ciężar ciała na sobie, zanim obdarzy go swoim własnym. To krzesło pod nim aż szurnęło z protestu, kiedy zrobił taki gwałtowny ruch, ale nie zachwiało się.