Mógł być uważnym obserwatorem, ale nie był wszechwiedzący. Nie potrafił zaglądać do ludzkich myśli, czytać w nich, dostrzegać znaków z nieba wyczytanych z oczu. Dlatego teraz nie było już drążenia - po prostu skinął głową na znak, że rozumie. Temat został zakończony. Przynajmniej jeden temat, bo przecież nie skończyło się to tak, jak mogło. Tak, jak byłoby najprościej. Zamknięte drzwi, nawet brak pożegnania, rozejście się we własnych kierunkach. Nie, w ich przypadku ta opera mydlana, kiepski melodramat, ciągnął się, a oni uparcie nie potrafili przestać. Tak jak Laurent nie potrafił powiedzieć Philipowi, żeby odszedł. Tak nie potrafił samemu się za nim nie obracać, nie wspominać go i nie myśleć o nim. Kiedy był z Nicholasem to porównywał go do Philipa. Porównywał ich ze sobą - jak byli skrajnie różni i jak to w ogóle możliwe, żeby w jego głowie istniała taka rozbieżność? Teraz pojawiła się znów ta myśl i sprawiła, że zacisnął palce na górze nosa, zamykając oczy. Skupienie, koncentracja i spokój - tego teraz potrzebowali obaj. Byli dorosłymi ludźmi, którym przyszło podjąć dorosłe decyzje. Pogodzić jakoś to, że chcieli się ze sobą spotykać, a coś ciągle nie wychodziło. Z powodu w sumie czego? To był największy dylemat. Żaden z nich nie potrafił dokładnie na to odpowiedzieć.
- Nie miej wątpliwości, że mi to przeszkadzało. To był dobry układ, pasował nam w takim stopniu. - Więc to nie tak, że teraz mu to wypominał, a chyba tak to potraktował? Nie był pewien. Wyciągnął to na wierzch, żeby mu pokazać, że to, jak było między nimi teraz, to nie była jego wielka wina, że to nie on pokazywał sobą zmianę. To jest - pokazywał ją, ale nie tylko on. I oto odpowiedź: dlatego nie grało. Philip próbował się odnaleźć, ale Laurent nie do końca sam się odnajdywał. Szczególnie po tym, jak spotkało go tak wielkie rozczarowanie od strony Kaydena. - Prędzej czy później by się to zmieniło, a sądzę, że prędzej, niż później. Co najwyżej może zmieniłby się sposób. Nie byłoby tego... niesmaku. - Bo Laurentowi zostało go sporo po tym spotkaniu, jakie odbyli, kiedy Philip borykał się ze swoim problemem. Niby go przygarnął w swoje ramiona, a jednak poczuł się wykorzystany w ten sposób, w jaki nie chciał być. Nie przez Philipa, bo przecież niektórych przygarniał. I nawet nie chodzi o seks, raczej o następstwa tego, co było potem. Raczej o styl, w jakim to wszystko zagrało. Był też sobie sam winien, bo przecież to on tamtego dnia był zbyt słaby, żeby powiedzieć "nie". Brak asertywności, pragnienie, żeby wszystkich zadowolić - najwyższa pora była skończyć z tym ułomnym marzeniem, żeby być aniołem dla tego świata. Bo świat na to nie zasługuje. Szukanie teraz winnych nie miało w sumie sensu. Grzechy zostały spisane z obu stron.
- Wiem o tym. Ale to nie działa w tak prosty sposób, to nie jest wybór między "bać się albo być asertywnym". Pracuję nad tym. - Tak żeby Philip nie miał wątpliwości, że to nie jest temat, który Laurent ignoruje, ale to nie była też rzecz, która miała szansę się zmienić z dnia na dzień. To chyba rozumiał, skoro widział, ile czasu jemu zajmowało poukładanie sobie wszystkiego w głowie i jeszcze potem dopasowanie się do tego. Ale było w jakiś sposób frustrujące, jak akurat Philip mówił teraz na ten temat. Chyba właśnie dlatego, że mówił to z taką oczywistością, kiedy sam tonął w swoich problemach i nie potrafił pogodzić tego, co by chciał, ze słabościami, jakimi poddawał go jego własny mózg i odruchy. Tak jakby były dwie połowy tego mózgu i każda mówiła coś innego. Ciężko było wtedy znaleźć złoty środek. Mogliby więc sobie tak mówić, że nic sobie nie byli winni... czy nie na tym polegały relacje? Na równości brania i dawania?
- Nie jestem w żadnym związku, żebyś nam dobrze życzył, ale dziękuję. Nie wybrałeś złego momentu na konfrontację, na wyjazd - już tak. - Laurent próbował sobie radzić z tym, co go otaczało, ale nie potrafił pozbyć się poczucia, że w gruncie rzeczy ciągnięcie tak tych relacji doprowadzi do tragedii. I że jest zwykłym chujem, który wykorzystuje to, jak ludzi do niego ciągnęło. W tym wypadku Philipa i Nicholasa. I cóż? Cóż, skoro dla obu chciał dobrze i chciał dla siebie dobrze? Cóż, skoro potrafił tak łatwo wpadać w pragnienia i fascynacje? Tak jak ciągnęło go fizycznie do Crowa, tak jak ciągnęło go do Perseusa Blacka, jakby ich palce zostały połączone czerwoną nicią? Miał ochotę samego siebie uderzyć w twarz, rozpłakać się i błagać o to, żeby coś w końcu przestało miotać nim jak porcelanową laleczką z rąk do rąk. - Nie chcę być wobec ciebie nieszczery. Jesteś dla mnie bardzo ważny, nawet... pomimo tego wszystkiego. - Poruszył ręką, jakby na odlew chciał pokazać te wszystkie problemy i złe emocje, które wokół nich rozkwitały.
- Piękna ułuda. Utopia, jedna z wielu, które krążą po mojej głowie. Nierealne. - Tak, Laurent miał wiele marzeń. Ale wiedział, jak wiele z nich było tylko i wyłącznie bajeczkami. Nie oszukiwał samego siebie. Mimo to... chciał stanąć z tym światem w szranki. Bo nie chciał swojego życia spędzić jak szczur kryjący się po kątach. Nawet jeśli miałby zostać napiętnowany przez to. Po prostu nie było takiego miejsca, gdzie wszystko usłane byłoby kwiatkami, jego ukochanymi słonecznikami i różyczkami.
Trochę się spiął słysząc następne słowa Notta, bo zabrzmiały trochę jak otrzeźwiający policzek. Wiedzieć, na czym stoję. Tak jakby chciał po prostu sobie zbadać grunt, czy ma jakiekolwiek szanse, a nie tak... ze szczerej intencji. Tak to przynajmniej brzmiało, ale może źle to interpretował. Philip miał skłonności do dobierania szorstkich słów, zbyt mocnych i dosadnych, które niekoniecznie brzmiały tak, jakby chciał je zapakować. Dlatego nic nie powiedział i czekał, aż starszy mężczyzna będzie kontynuował. I kontynuował. A to, co miał do powiedzenia było... w zasadzie pokrzepiające. Tak, jakby jednak naprawdę trochę o tym pomyślał. Jakby naprawdę był gotowy do tej konfrontacji, chociaż się tak stresował. Doprowadziło to jego mięśnie do rozluźnienia i tego, że wpatrywał się przez dłuższy moment w blondyna, w zasadzie nie wiedząc nawet, co mu powiedzieć. Miał tego już nie robić. Nie zawierać żadnych układów. A jednak zrobił to. Zrobił to z Nicholasem i teraz znowu robił to z Philipem. Po prostu układ się zmieniał. Poszerzał z "tylko seks" na "seks i relacja". To dobrze, bo przecież najbardziej mu na tym zależało, ale właściwie kiedy w końcu znowu załamie mu się psychika i doprowadzi do czegoś głupiego? Już wiodło go na pokuszenie wiele złych rzeczy. Czy potrafił sobie wyobrazić trójką z Philipem? Chyba nie. Choć jednocześnie wizja była, o dziwo, ekscytująca. Stłumił w sobie to dziwne, ale wcale nieobce (bo sięgające dawnych czasów) uczucie.
- Zależ mi na relacji z tobą, inaczej nie szukałbym z tobą kontaktu. - Ale... ale... czy były jakieś ale? Właściwie to się bał. Bał się tych silnych emocji Philipa, czuł się nimi trochę przestraszony, tymi wyznaniami tutaj, czuł nacisk, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że Nott wcale na niego nie naciskał. - Nie zamierzam skakać do tak poważnych decyzji. Natomiast chciałem wiedzieć, czy myślałeś o takich rzeczach, zanim kogokolwiek dotknie ewentualne rozczarowanie. - Które na pewno miałoby miejsce, gdyby ta miłość uderzyła za bardzo do głowy. - Chciałbym z tobą miło spędzać czas. - Uśmiechnął się delikatnie.