Czekał na znak i go dostał w krótkiej chwili, kiedy na niego zerknęła. Więcej niż potrzebował, więcej niż mógł pragnąć. Na początku nie było to nic konkretnie określonego ani zdefiniowanego, ale Logan już wcześniej ją widział, więc i bez tego rozpoznał jej obecność. W jednym przelotnym spojrzeniu dostrzegł skrywaną przed światem twarz; drugą osobę, którą jakimś cudem mieściła w sobie pozornie delikatna, a nawet niewinna Loretta Lestrange. Późniejszy uśmiech kwitnący na jej wargach był już tylko potwierdzeniem w bardzo wyraźnej formie.
Ekscytacja zapłonęła w żołądku ż y w y m ogniem.
Jak zahipnotyzowany, Logan przyglądał się gestom dziewczyny, ale słowa docierały do niego i odpływały, nie zostawiając po sobie większego śladu. Słowa nie miały takiego znaczenia jak agresja zawierająca się w każdym jej ruchu, jak wyraźnie dostrzegalny błysk szaleństwa w oku, nawet jeśli patrzył już tylko na jej profil, który zaraz przesłonił cień sylwetki napadniętego przez Lorettę mężczyzny. Napadniętego. To było dobre określenie zaistniałej sytuacji, nawet jeśli ważył na oko dwa razy więcej niż ona.
Chwila obserwacji minęła; satysfakcja odcisnęła się piętnem w umyśle Logana, zdał sobie nagle sprawę, że uśmiecha się szeroko, drapieżnie, dziko.
Wreszcie można było przejść do działania.
Loretta z pewnością miała przewagę zaskoczenia nad facetem, którego dopadła — któż normalny mógłby podejrzewać jej eteryczną posturę i jeszcze niedawno rozmarzenie kryjące się w spojrzeniu oczu okolonych gęstym wachlarzem rzęs o taką brutalną bezwzględność? — ale nie mogło to przecież trwać wiecznie. W końcu oboje napadnięci czarodzieje musieli otrząsnąć się z szoku. Stało się to trochę szybciej, niż Logan mógł się spodziewać.
Pierwszy rzucił się ten nieco bardziej z tyłu, którego Loretta nie prowokowała bezpośrednio. Dopiero kiedy Logan zwarł się z nim w niedźwiedzim, morderczym uścisku, zanotował jego znaczącą masę. Był otyły, potencjalnie mógł być również wolny — ale przy tym okazał się zadziwiająco silny. Zderzając się z nim z impetem jakby tylko na to czekał od momentu, gdy Loretta przerwała im rozmowę, uderzył go precyzyjnym ciosem w szczękę. Logan nie zdążył zareagować ani się osłonić. Zęby zadzwoniły o siebie, w głowie mu zaszumiało zdecydowanie mniej przyjemnie niż szumiało dotychczas od wypitego szampana. Drugi cios celował w skroń, ale ten nie dosięgnął celu. Borgin odruchowo oderwał się od mężczyzny, odskoczył do tyłu i bez wahania wykorzystał utraconą przez przeciwnika równowagę, którego pięść nie znalazła planowanego w tym miejscu oparcia o jego głowę. Przechylając się całym ciałem do przodu, hakiem prosto w splot słoneczny pozbawił go ruchu i zmusił do odruchowego zgięcia się wpół. Bez chwili zwłoki uderzył jeszcze raz, pięścią drugiej ręki w pochyloną twarz napastnika. Coś chrupnęło pod palcami, ale nie zastanawiał się nad tym. Liczyła się tylko adrenalina.
Nie było czasu ani miejsca na analizę. Jego ciało zwijało się samo, automatycznie, wyuczonymi przez laty schematami. Atak, unik, bez schematu ale nie chaotycznie, zmieniając tempo. Trwało to kilka sekund.
— Ty szmato…
Te dwa słowa wypowiedziane gdzieś za plecami dotarły do niego z opóźnieniem. Do zmroczonego ciosami, szałem walki oraz alkoholem umysłu dobiła się wreszcie świadomość, że jest jeszcze drugi mężczyzna. I że jest z nim Loretta.
Odwrócił się w idealnym momencie żeby zobaczyć, jak nieznajomy odpycha od siebie dziewczynę. Wcześniej czuł przyjemnie podburzoną krew, czuł buzującą złość, ale to wszystko płynęło tylko z chęci do chamskiej bójki bez reguł i honoru; teraz wściekłość przesłoniła mu bielmem oczy. Oczy zmętniały.
Doskoczył do niego w jednym długim kroku. Barkiem wytrącił go z równowagi, chociaż nie powalił na ziemię. Wykorzystując zaskoczenie i własną furię, wyprowadził natychmiast następujące po sobie trzy ataki. Pięści nie celowały dla zabawy.
Miały zrobić mu prawdziwą krzywdę.
just wanna bury them