18.01.2024, 02:51 ✶
Milczała; pożarta siłą mikro-momentu, wchłonięta przez jamę ciemnych oczu; płatki ust ani drgnęły, chociaż spojrzenie, czujne, skupione wyłącznie na nim zaszkliło się głębią nieznanych odczuć. Serce zabiło szybciej, w pełnym strachu rytmie, ale czego się bała? Czy powinna? Przecież nic jej nie groziło. A może to nie był strach. Ach!
Cokolwiek poczuła, zaczynało być słodkie, przyjemne i nieoswojone w swej krasie, a takich emocji jak najbardziej pragnęła unikać. Były ogniem, może na razie płomykiem, którego nie dawało się zgasić, były iskierkami plującymi na nią nieopatrznie, bez składu, bez określonego wzoru. Nie mogła ich wyliczyć, nie mogła ich znaleźć w żadnej książce, nie mogla przygotować na nie żadnego znanego sobie remedium. Wtedy też, coś lękliwego przetoczyło się po jej twarzy i to na tyle, że kątem oka wyzezowała ku drzwiom wejściowym, tak jakby ktoś zaraz miał ją na czymś nieprzyzwoitym przyłapać. Czy Morpheus to zauważył?
Wyprostowała się, trochę zaróżowiona, trochę rozkojarzona, a przecież otwierał przed nią swoje dłonie, wyjawiał sekrety. Urodził się do tego. Czy mówił o swoim darze?
— Myślisz, że to różdżka Ministra Magii? — uniosła brew, przyglądając mu się wyczekująco — kombinacja tego rdzenia i drewna jest całkiem wyjątkowa. Taka różdżka może wyrządzić wiele dobrego. No i wiele złego.
Pytanie, które mogła wkrótce zadać, tańczyło na linii ust; łaskotało język; drażniło, szarpiąc za struny krtani, kotłując się w gryfie gardła. Nie zadała go; nie wypuściła, nie pozwoliła, aby rozcięło przestrzeń. Ale przecież czego się obawiała?
Że przyzna się do bycia złym człowiekiem?
— Oferta? Czy brzemię?
Czym mogło być przeznaczenie? Nie drażniła nigdy podobnych, splecionych podstępnie pytań, wrzuconych w łupinę czaszki. Bała się ich treści, srogiej, nieobliczalnej jak zwierzę wpuszczone w knieje świadomości o ostrych rzędach pazurów i szczytach kłapiących zębów. Nie chciała wgłębiać się w werdykty wróżb, przepowiedni, objawień, skupiona na przyziemności, na życiu tutaj i teraz — strzegła pilnie swojego miejsca, azylu, jaki uwiła sama sobie wśród społeczeństwa, starając się, aby nikt z zewnątrz nie podważył jej natury, nie zakłócił akordów melodii, która kolędowała w jej życiu.
Zerknęła mimowolnie na zegar, w błysku zamyślenia. Czas, los, boskie decyzje. Nie chciała, bardzo nie chciała wnikać w arkana i drobne druki przeznaczenia. Przecież co mogła w nich znaleźć dobrego? Grafomańskie uchwały, skazujące jej matkę i brata na śmierć jeszcze na długo przed ich narodzinami?
Związane ręce?
Pal licho przepowiednie.
Cokolwiek poczuła, zaczynało być słodkie, przyjemne i nieoswojone w swej krasie, a takich emocji jak najbardziej pragnęła unikać. Były ogniem, może na razie płomykiem, którego nie dawało się zgasić, były iskierkami plującymi na nią nieopatrznie, bez składu, bez określonego wzoru. Nie mogła ich wyliczyć, nie mogła ich znaleźć w żadnej książce, nie mogla przygotować na nie żadnego znanego sobie remedium. Wtedy też, coś lękliwego przetoczyło się po jej twarzy i to na tyle, że kątem oka wyzezowała ku drzwiom wejściowym, tak jakby ktoś zaraz miał ją na czymś nieprzyzwoitym przyłapać. Czy Morpheus to zauważył?
Wyprostowała się, trochę zaróżowiona, trochę rozkojarzona, a przecież otwierał przed nią swoje dłonie, wyjawiał sekrety. Urodził się do tego. Czy mówił o swoim darze?
— Myślisz, że to różdżka Ministra Magii? — uniosła brew, przyglądając mu się wyczekująco — kombinacja tego rdzenia i drewna jest całkiem wyjątkowa. Taka różdżka może wyrządzić wiele dobrego. No i wiele złego.
Pytanie, które mogła wkrótce zadać, tańczyło na linii ust; łaskotało język; drażniło, szarpiąc za struny krtani, kotłując się w gryfie gardła. Nie zadała go; nie wypuściła, nie pozwoliła, aby rozcięło przestrzeń. Ale przecież czego się obawiała?
Że przyzna się do bycia złym człowiekiem?
— Oferta? Czy brzemię?
Czym mogło być przeznaczenie? Nie drażniła nigdy podobnych, splecionych podstępnie pytań, wrzuconych w łupinę czaszki. Bała się ich treści, srogiej, nieobliczalnej jak zwierzę wpuszczone w knieje świadomości o ostrych rzędach pazurów i szczytach kłapiących zębów. Nie chciała wgłębiać się w werdykty wróżb, przepowiedni, objawień, skupiona na przyziemności, na życiu tutaj i teraz — strzegła pilnie swojego miejsca, azylu, jaki uwiła sama sobie wśród społeczeństwa, starając się, aby nikt z zewnątrz nie podważył jej natury, nie zakłócił akordów melodii, która kolędowała w jej życiu.
Zerknęła mimowolnie na zegar, w błysku zamyślenia. Czas, los, boskie decyzje. Nie chciała, bardzo nie chciała wnikać w arkana i drobne druki przeznaczenia. Przecież co mogła w nich znaleźć dobrego? Grafomańskie uchwały, skazujące jej matkę i brata na śmierć jeszcze na długo przed ich narodzinami?
Związane ręce?
Pal licho przepowiednie.