Nie dziwił się, że właśnie od niej słyszał takie słowa. O losie i o tym, jak bawił się ludźmi. Na pewno? Mojry miały wiele planów, wiele nici do zaplecenia i jeszcze więcej do przecięcia. Podobno nie ważne, jak bardzo starasz się zmienić świat i swoją przyszłość, to nie da się zmienić warkocza, który już Mojry raz zaplotły. Nie możesz go też własnymi rękoma przeciąć. Podobno. Wizje, które miała Florence się sprawdzały, ale jednocześnie nie zawsze i nie do końca. Oko Horusa, jasnowidzenie, przepowiadanie przyszłości. Dar czy przekleństwo? Jedni mieli to za błogosławieństwo i uważali, że zbliżają się przez to do Boga, inni widzieli klątwę zesłaną przez Lucyfera. Jak zazwyczaj to bywało z prawdami - zależy, kogo zapytasz, a każdy będzie miał swoją. Laurent nie bardzo wierzył w to, że prawda może mieć wiele oblicz. Był za to przekonany, że istnieje ta jedna jedyna, a to, że człowiek żył nieświadomie w kłamstwie nie oznaczało jeszcze, że jego ignorancja pozwala mu swoje tezy nazywać prawdami. Kłamstwo, prawda. Przeznaczenie czy ślepy los. Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie, choć tak wielu ludzi mądrzejszych od nich chodziło po tym świecie.
- Nie wiedziałem, że jesteś ze sobą tak blisko. - Ulotny uśmiech, tak samo jak igraszka losu pląsająca na wrzecionach Mojr. Nie był zły czy sfrustrowany, a coś jednak nacisnęło na jego żołądek. Turcja. Miejsce, gdzie ich matka poznała Hjalmara. Gdzie Pandora chciała zabierać swoich przyjaciół. Miejsce, którego nie odwiedził, bo matka wstydziła się go pokazać swojej rodzinie. Kochał swoją siostrę... a zaczynał się zastanawiać, jak niewielki krok mógł dzielić miłość od zwykłej zawiści. Ile potrzeba, żeby człowiek nią przesiąknął i zamienił miłość w nienawiści dla zwykłego przelewu negatywnych emocji. Wszystko byłoby lepiej, gdyby nie było Pandory. Łatwo niestabilny, ludzki mózg tworzył takie zdania. Zbyt łatwo. Mówisz potem sobie, że to nie tak, ty tak nie myślisz. Ano - nie myślisz. Ale zdrada już się pojawiła. Już została zapisana. Zapomnij. Zapomnienie zawsze było łatwiejszym rozwiązaniem. - Nie dziwię się. Nasza rodzina jest duża. - Były oczywiście większe, ale Prewettów nie brakowało w Anglii i poza nią. Dobrze, że Edward się tak znakomicie trzymał, bo już widział te wszystkie pazury wysuwane w kierunku tronu, jaki miała objąć Pandora.
Lekko pokręcił głową na te słowa o zaufaniu. Jak to z nim jest? Gdzie dzieliło się prywatne życie od profesjonalnego? Gdzie można wtykać kij w mrowisko? Ojciec przyzwyczaił go do tego, że lubił wnikać w jego znajomości i stawać pośrodku nich, tak jakby chciał mu coś udowodnić. Bywało gorzej - bo bywało tak, że dowiadywał się, że... lepiej może nawet o tym nie mówić. To było niewygodne, kiedy się z kimś przyjaźnisz i pojawia się osoba trzecia, ale to nie dlatego pokręcił głową. Pokręcił nią, bo nie było o czym mówić. Miał do Guinevere tyle zaufania, żeby uważać, że to, co powiedzą, między nimi pozostanie. Zresztą nie miał jej niczego do powiedzenia, o czym by nie porozmawiał z Pandorą. No dobrze, może jednak trochę miał przy tej wróżbie. Rozdzielał to jednak.
- Nikt inny nie chce się tym zajmować? - Trochę go to dziwiło, bo przecież Ginny była z dalekiej rodziny, a McGonagall przecież cieszyli się swoją reputacją, ciężko mu było uwierzyć, że nie byłoby nikogo, kto nie chciałby mieszkać w tym pięknym miejscu. Choć bywało różnie, tak i różnie się życie układało. Może akurat rzeczywiście tak losy rodzinne się poukładały, że liczyli teraz na tę egipską piękność.
- Nie, nie wiedziałem. - Apropo tej kawy. Trochę go to zresztą zaskoczyło. - Gdyby się tak nad tym zastanowić... rzeczywiście, może coś w tym być... - Kiedy tak na szybko analizował sobie swoje poranki, które zazwyczaj zaczynały się od kawy (był od niej zbyt uzależniony) bez uprzedniego śniadania... to tak, faktycznie zdarzało się, że nie czuł się potem najgorzej, ale te objawy brał za swoją przypadłość, z którą się niewygodnie borykał. - Bardzo chętnie. Nie przyznaję się do tego za często, ale jestem fanatykiem domowego pichcenia. - Cieplej się uśmiechnął, poprawiając się na krześle i spoglądając, jak kobieta zaczyna czynić swoje czary. Dosłownie i w przenośni.
- Wiara i niewiara zawsze mają swoją moc. Ludzie potrzebują w coś wierzyć. Czasem nawet jeśli jest to wiara we wróżby - prawdziwe czy też nie. - W końcu na tym się właśnie opierali szarlatani - budowali zaufanie, z zaufania tworzyli wiarę, czasami, jak to sam przed momentem słowa użył, fanatyczną. Przy czym on użył tego słowa w bardziej żartobliwy sposób, bo żaden z niego był fanatyk. - Ale masz rację, nie potrzebuję wierzyć, żeby widzieć i obserwować. Niektóre słowa, dosadnie ujęte, mają za dużą moc. - Wyjaśnił apropo tego, że wolał nie używać słowa "sceptycyzm", choć w zasadzie to tak właśnie było - podchodził nieco sceptycznie, pomimo tego, że wiedział o mocy wróżb i jasnowidzenia. O prawdziwości tych mocy. Jak widać jedno z drugim wcale się zupełnie nie wykluczało. - Pana Nieba? - Podpytał. Jakoś nie pomyślał, że Ginny może być religijna, ani że wierzyć, że ten dar to dar od bogów. Albo Boga.
Z empatii i wrażliwości rodzi się miłość... tak, w zasadzie to się z tym zgadzał.
- Bardzo duży las. Cały rezerwat. - Uśmiechnął się. - Z przyjemnością. Dawno nie miałem okazji odwiedzać żadnego sadu. - A nic nie smakowało lepiej niż owoce prosto z drzewa. Taka magia.