Uwielbiał prostoduszność Alexandra. Jego ciepło, szczerość. Nie uważał, żeby to, że nie radził sobie z samodzielnym planowaniem było czymś złym. Że nie radził sobie z rachunkowością, nie był wspaniałym mówcą i że po prostu wykonywał zadania, ale nie nadawał się na kogoś, kto je będzie wydawał. Nie było ludzi doskonałych, a w gruncie rzeczy wydawało mu się, że Alexander ze swoją prostotą jest o wiele bardziej szczęśliwy od niego. Mimo tego, że nie miał wspaniałego nazwiska, nie był czystej krwi, nie był nawet półkrwi... ale niekoniecznie ktokolwiek musiał o tym wiedzieć. Miał swój mały domek, dostawał regularną pensję, robił to, co kochał i co chciał zawsze robić. Był odpowiednim człowiekiem na dobrym miejscu i dowodem na to, że każdy zasługuje na drugą szansę. Że każdy może się zmienić na lepsze. Stanowił dla Laurenta inspirację.
- To prosty człowiek. Bez niego jednak bym sobie tu nie poradził. Jak pewnie zauważyłeś nie jestem najsilniejszy. - Och, do tego nawet nie trzeba było siłować się na rękę, żeby to stwierdzić. Ktoś takiej budowy po prostu nie mógł być mocarzem, najzwyczajniej w świecie. To również nie powinno być ujmą, nawet zostało powiedziane w lekkim tonie, ale była to zmora jego przeszłości. Dzieci uważano za szczere, ale potrafiły być niezwykle okrutne. I kiedy nie jesteś wystarczająco silny to stajesz się celem tych okrucieństw. Dlatego Laurent by za nic nie chciał wrócić do Hogwartu. Bardzo źle wspominał czas nauki.
- Nikt jeszcze tego nie próbował. - Ze zdziwienia nawet nie odpowiedział od razu na to pytanie, bo nie pomyślał o takim rozwiązaniu. Prychnął cicho śmiechem na tę propozycję, nim się odezwał. Fakt, nikt tego nie próbował, ale może dlatego, że jak dotąd pomagały mu osoby, które niekoniecznie były przy tym skłonne dawać buziaki. W jakiś dziwaczny sposób pomyślał, że to nawet urocze. Tak, na pewno urocze. Mieć napad paniki, przy którym nie możesz oddychać i ktoś ci daje buziaka. To może samo w sobie nie, ale jak sobie tak człowiek wyobrażał możliwość schowania się w pewnych, męskich ramionach... Laurent zamknął oczy, uśmiechając ciepło. Samo wyobrażenie tego było rozluźniające. Powodowało cieplejszy rumieniec na policzkach i rozpływające się po ciele ciepło, które kolidowało z chłodnym morskim wiatrem. Abraksany wjechały na plaże i kopyta Michaela częściowo podmywały morskie fale, kiedy skierowali się wzdłuż brzegu i wzdłuż samego lasu New Forest. Dla Nicholasa w nieznane, dla Laurenta w bardzo znane tereny. Otworzył jednak powieki słysząc następną odpowiedź i znów cicho się zaśmiał.
- To dobrze. Bardzo mnie to cieszy. - Bo bardzo lubił na takiego wychodzić. Nie uważał, żeby to mijało się z prawdą. Nie był wspaniałym czarodziejem. Nie był sprawny. Miał wiele ułomności i słabe ciało. Lubił to uczucie, że ktoś może o ciebie zadbać. Mógł być księżniczką w wieży i chciał czekać na swojego rycerza. Ten mógł przyjechać nawet na smoku zamiast na jednorożcu. Nie miało to znaczenia, bo przecież ludzie się zmieniają. I jak było powiedziane - każdy zasługiwał na drugą szansę.
- Najwyraźniej z niej wyszedł.. - I gdzieś tutaj kończyło się to rozbawienie. Ale na ten moment czuł się tak wydrylowany z tego strachu i wszystkich negatywnych emocji po wczorajszym dniu, że nie potrafił się nad tym spiąć, załamać rąk, nie potrafił z siebie wykrzesać tych naturalnych odczuć, które normalnie mu towarzyszyły. Każdy miał swój próg wytrzymałości. A Laurent nie chciał się nawet skupiać na tym, co złe. Natomiast i tak dobrze było móc o tym otwarcie powiedzieć. - Prawdę mówiąc sądziłem, że nie żyje.