Pryzbrany w grafitową koszulę zdobioną u dołu i na krańcach rękawach delikatnymi wzorami kwiatów, w ciemniejsze spodnie, wkroczył do urokliwej herbaciarni, która została wybrana na miejsce ich spotkania. Nic się nie zmieniło - tak potencjalnie. Ona nadal miała rude włosy, nadal ta sama koszula, nadal te same, modne w świecie mugoli dżinsy. On idealnie uczesany z włosami zaczesanymi na bok, z ubraniem pasującym do niego co do każdego szwu i milimetra, podkreślającym to, co powinno zostać podkreślone. Bo jeśli chodzi o własne ciało to zawsze nosił je jak największą ozdobę, której biżuteria była tylko podkreśleniem. Tak, nic się nie zmieniło. Jednocześnie zmieniło się wszystko.
Odnalazł ją wzrokiem. Urokliwa kobieta, która przypominała dziewczynkę zarówno swoją młodzieńczą urodą jak i swoim charakterem. Wolny ptak, którego nie można zamykać w klatce. Uśmiechnął się już od progu, kiedy tylko ją zobaczył, ale nie był to ten sam rozmiłowany uśmiech, jakim obdarzał ją kiedyś. Było ku temu wiele powodów, wiele składników odruchów, jakie ciężarem układały się na jego ramionach. Tych samych, które nadal miał wyprostowane. Naturalnie dumna postawa, a przy tym wcale nie arogancka. Pewność siebie, a jednak całkowicie ułudna. Osądy o tym, jak bardzo wydawał się zdecydowanym człowiekiem, albo jak bezradnym, miały nadejść w przyszłości.
- Dzień dobry, Olivio. Bardzo miło mi cię zobaczyć. Wyglądasz pięknie, jak zawsze. - A przynajmniej jemu zawsze się podobała właśnie w tym wydaniu. Makijaż i cudna suknia potrafiła skryć wiele defektów, ale wyznacznikiem urody nie były one. One jedynie mogły rozświetlić kobietę na jedną noc. Nadal trzymał tego pięknego pegaza na wyspie w kuchni. Nadal tak samo pięknie lśnił w promieniach słońca. I nadal tak samo dobrze wspominał czas, który mieli okazję doświadczyć razem. Podał jej dłoń, lecz tak, jak mogli witać się dawno niewidziani przyjaciele. Bez zobowiązań. Usiadł naprzeciwko. - Było mi bardzo miło odczytać list od ciebie. Jeszcze raz dziękuję.