18.01.2024, 22:09 ✶
Gdy tylko Laurent pojawił się w progu, mimowolnie jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. On, młody Prewett, jak zawsze wyglądał idealnie. Jak zawsze gdy wkraczał w jakąś przestrzeń, to rozjaśniał ją niczym ten promyk słońca rozjaśniał mrok. Nie szło się nie uśmiechnąć, szczególnie jeśli miało się w pamięci ten miły czas, który razem zdążyli spędzić. I nie chodziło tu o seks, bo to była dla niej kompletnie drugorzędna sprawa. Cielesność była ważna, owszem, ale w przypadku tego, co ich łączyło - przynajmniej według niej - chodziło o coś więcej. Nie chciała tego tracić. Może i jej nie kochał, może i ona nie kochała go, ale czemu mieli burzyć tę relację, która wprowadzała odrobinę szczęścia do ich życia?
- Ciebie jak zwykle nie da się opisać słowami, Laurencie - wyciągnięta dłoń nieco ją zaskoczyła, ale uścisnęła ją, tak jak przy ich pierwszym spotkaniu w New Forest, gdy przybyła z zamówionymi eliksirami. Siadła z powrotem na krześle, na którego oparciu i siedzisku były miękkie poduszki. - Chociaż tyle mogłam zrobić po tym... Co powiedziałam.
Powiedziała ostrożnie, posyłając blondynowi lekki, niepewny uśmiech. W Olivii widać było zmianę - i to ogromną. Jej oczy błyszczały jeszcze mocniej niż wtedy, gdy się spotykali. Twarz była jakby jaśniejsza i chyba przybyło jej kilka zmarszczek od uśmiechania się. Na pewno też wyglądała zupełnie inaczej niż wtedy, gdy opuszczała jego dom po konfrontacji z Aydayą Prewett.
- Chciałam cię przeprosić osobiście. Powiedziałam kilka słów za dużo, a to przecież nie była twoja wina. Nic mi nigdy nie obiecywałeś, chociaż w tym jednym miałam rację - wiele osób oczekuje automatycznie czegoś więcej po tak długiej znajomości - przerwała na chwilę, gdy dostrzegła zbliżającą się kelnerkę. Dziewczyna z ciekawością przyglądała się Laurentowi, lecz nie robiła tego w nachalny sposób. Laurent niezbyt tu pasował, był zbyt idealny. Ta idealność sprawiała, że był wręcz nieidealny w tym wystroju. - Poproszę herbatę jaśminową.
Zerknęła na Laurenta i lekko dała mu znak dłonią, że ona zapłaci. Ona zaprasza, ona płaci, niech zamówi co chce. Mimo że wiedziała, że ma pieniądze - i to ile! - to jakoś tak ją wychowali. A może chciała mu też pokazać, że radzi sobie lepiej niż dobrze? Że jest niezależna jeśli chodzi o finanse i nie musi na nikim polegać?
- Mam nadzieję, że nie żywisz do mnie urazy? Zraniłeś mnie, ale chyba potrzebowałam dojrzeć do tego, żeby przed samą sobą przyznać, że to nie była twoja wina. W zasadzie to powinnam ci podziękować, bo nie tylko spędziliśmy razem miło czas, ale też dużo się nauczyłam. Przede wszystkim by nie zakochiwać się w kimś, kto nigdy nie dał mi żadnego powodu do tego, bym podejrzewała, że może być inaczej - ostatnie słowa były trochę kwaśne, ale... Olivia może i się zmieniła, może przeszła wewnętrzną przemianę, ale niektórych odruchów nie potrafiła pokonać. Na przykład nie potrafiła odrzucić nagiej, brutalnej prawdy, nawet jeśli miała ona obnażyć tylko jej głupotę. - Pewnie to wszystko by się potoczyło inaczej, gdyby nie twoja matka. Weszła w połowie rozmowy.
Ruda westchnęła ciężko. Aydaya była piękna, jak te egzotyczne ryby w oceanie, których dotkniesz i zatrujesz się toksyną tak silną, że w ciągu kilku godzin umrzesz.
- Ciebie jak zwykle nie da się opisać słowami, Laurencie - wyciągnięta dłoń nieco ją zaskoczyła, ale uścisnęła ją, tak jak przy ich pierwszym spotkaniu w New Forest, gdy przybyła z zamówionymi eliksirami. Siadła z powrotem na krześle, na którego oparciu i siedzisku były miękkie poduszki. - Chociaż tyle mogłam zrobić po tym... Co powiedziałam.
Powiedziała ostrożnie, posyłając blondynowi lekki, niepewny uśmiech. W Olivii widać było zmianę - i to ogromną. Jej oczy błyszczały jeszcze mocniej niż wtedy, gdy się spotykali. Twarz była jakby jaśniejsza i chyba przybyło jej kilka zmarszczek od uśmiechania się. Na pewno też wyglądała zupełnie inaczej niż wtedy, gdy opuszczała jego dom po konfrontacji z Aydayą Prewett.
- Chciałam cię przeprosić osobiście. Powiedziałam kilka słów za dużo, a to przecież nie była twoja wina. Nic mi nigdy nie obiecywałeś, chociaż w tym jednym miałam rację - wiele osób oczekuje automatycznie czegoś więcej po tak długiej znajomości - przerwała na chwilę, gdy dostrzegła zbliżającą się kelnerkę. Dziewczyna z ciekawością przyglądała się Laurentowi, lecz nie robiła tego w nachalny sposób. Laurent niezbyt tu pasował, był zbyt idealny. Ta idealność sprawiała, że był wręcz nieidealny w tym wystroju. - Poproszę herbatę jaśminową.
Zerknęła na Laurenta i lekko dała mu znak dłonią, że ona zapłaci. Ona zaprasza, ona płaci, niech zamówi co chce. Mimo że wiedziała, że ma pieniądze - i to ile! - to jakoś tak ją wychowali. A może chciała mu też pokazać, że radzi sobie lepiej niż dobrze? Że jest niezależna jeśli chodzi o finanse i nie musi na nikim polegać?
- Mam nadzieję, że nie żywisz do mnie urazy? Zraniłeś mnie, ale chyba potrzebowałam dojrzeć do tego, żeby przed samą sobą przyznać, że to nie była twoja wina. W zasadzie to powinnam ci podziękować, bo nie tylko spędziliśmy razem miło czas, ale też dużo się nauczyłam. Przede wszystkim by nie zakochiwać się w kimś, kto nigdy nie dał mi żadnego powodu do tego, bym podejrzewała, że może być inaczej - ostatnie słowa były trochę kwaśne, ale... Olivia może i się zmieniła, może przeszła wewnętrzną przemianę, ale niektórych odruchów nie potrafiła pokonać. Na przykład nie potrafiła odrzucić nagiej, brutalnej prawdy, nawet jeśli miała ona obnażyć tylko jej głupotę. - Pewnie to wszystko by się potoczyło inaczej, gdyby nie twoja matka. Weszła w połowie rozmowy.
Ruda westchnęła ciężko. Aydaya była piękna, jak te egzotyczne ryby w oceanie, których dotkniesz i zatrujesz się toksyną tak silną, że w ciągu kilku godzin umrzesz.