19.01.2024, 09:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2024, 10:24 przez Alexander Mulciber.)
Alex zaśmiał się szczerze, doceniając żart Loretty. Spodobała mu się ta przekorna śmiałość, a jej odpowiedź tylko utwierdziła go w przekonaniu, że Lestrange jest dokładnie taką kobietą, jakiej szukał na tę noc - urokliwa, zblazowana arystokratka, z przekleństwem zbytniej samoświadomości własnego ciała, które teraz taksował niby to obojętnym spojrzeniem, nie mogąc oderwać od niej oczu - a może to on był mężczyzną, którego szukała cały wieczór, rzucając w jego stronę bezczelnie klejące spojrzenia spod firany czarnych rzęs: lepkie, słodkie, brudne, tak jak plama po rozlanym winie na obrusie pokrywającym ich stolik... Jak ślad jej szminki na bibułce papierosa.
Wątpił, by był z niej materiał na żonę.
Wydawała się być jedną z tych kobiet, które nieustannie potrzebują, by na nie patrzeć, bo inaczej nazbyt przytłacza je ciężar własnego istnienia - a może nieistnienia, bo czy można to nazwać życiem, kiedy wszystko podporządkowane jest performance'owi, a brakuje miejsca na autentyzm? - sam niechybnie oszalałby z taką partnerką u boku. Zapewne zawsze znalazłby się ktoś, kto patrzyłby na nią dłużej, bardziej intensywnie, z większym uwielbieniem, tym samym bardziej zasługując na miłość w oczach kobiety - a może właśnie uparcie odwracałby wzrok, niewrażliwy na urok panny, a to prowokowałoby ją do tym zacieklejszej walki o jego względy?
Wydawało się to szalenie męczące; zresztą, czy dało się patrzeć wprost na kogoś, kogo nieustannie spowija poblask jupiterów, czy raczej można było tylko zerkać spod zmrużonych powiek, by uniknąć późniejszego bólu głowy?
Alex szczerze w to wątpił, a że akurat gdzieś zapodział swoje czarne okulary, w których krył się przed paparazzi, po prostu grzecznie się zaśmiał i pokręcił głową na ten absurd.
Lestrange, jak przystało na wykształconą panienkę z dobrego domu, mogła uderzać w jakąś wysublimowaną retorykę, ale on był prostym mężczyzną: widział jej wędrujące spojrzenia - zdążyła zapewne przeprowadzić socjalną wiwisekcję większości zgromadzonych tutaj gości - widział też rozbrajające uśmiechy oraz egzaltowane acz pełne gracji ruchy, właściwe komuś, kto przyzwyczajony był brylować w towarzystwie. Szalenie atencyjna, stwierdził, z leniwą satysfakcją kogoś, kto nie pomylił się w swojej intuicyjnej ocenie sytuacji, a do tego nader słodko zepsuta. Musiała być też nawykła do takich nieprzystojnych rozmów, na granicy flirtu i zbereźności, skoro na jej policzkach nie widać było ani śladu rumieńców.
Nie lubił takich kobiet, ale lubił ich towarzystwo, zwłaszcza podczas samotnych nocy.
- Loretta... - obrócił jej imię na języku, jakby wypowiadał nieznane mu do tej pory słowo. - Ładnie. - Sam nie podjął trudu, by się przedstawić, trochę z rozmysłem, bo uważał, że to dosyć zabawne trzymać ją w niepewności, a trochę dlatego, że miał zwyczajnie wyjebane. Po co niby te formalności, skoro wkrótce i tak wylądują w łóżku? Wierzył, że ich ciała mogą tej jednej nocy poznać się lepiej aniżeli oni sami mogliby po miesiącach takich rozmów... Zwłaszcza, że potem zasypała go gradem zręcznych słówek.
- Zapewne huśta się na sierpie księżyca, spowita blaskiem gwiazd. Nędzny blichtr przyjęć wypada blado w porównaniu z nimi. - W kącikach ust Mulcibera zaplątał się niewinny uśmiech, kiedy niby to skupiał się na podpalaniu swojego papierosa, jakby te słowa - wypowiedziane ni to żartobliwie, ni to z powagą - kierował bardziej do samego siebie, niż do siedzącej obok dziewczyny. Zaczął od końca, od jej najbadziej bezpośredniego z pytań: "gdzie pana partnerka?" Och, czasami była wszędzie, I jeszcze tam, gdzie tylko akurat patrzył. Przez chwilę myślami był gdzieś dalej - gdzieś pomiędzy wnętrzem ich mieszkania, zakurzonym francuskim bezdrożem a z dnia na dzień coraz mniej odległym wyobrażeniem wybrzeża Grecji, dokąd niedługo miał wybrać się z Ambrosią - co noc powracał do tych obrazów, które to zastępowały mu marzenia senne podczas bezsennych nocy. Nie wspomniał imienia Ambrosii, nie musiał; opisał ją na tyle, by dziewczyna - widocznie lubiąca niedomówienia i gierki słowne - mogła zgadywać, czy mówi prawdę, czy plecie banały. Jego wzrok ślizgał się między jej pełnymi ustami a głębią brązowych oczu, w których błyskały iskierki ciekawości.
- Więc, jestem dzisiaj sam... I śmiertelnie się nudzę. - Potarł gładko ogoloną szczękę, mimowolnie, jak zawsze kiedy był lekko zamyślony, albo wyjątkowo self-conscious. Prawie zapomniał, że Donald rozwalił mu łuk brwiowy, ale widocznie nie przeszkadzało to siedzącej obok damie, która do tej pory nie uciekła z krzykiem. Skupił na niej ponownie całą intensywność spojrzenia. - Ale pani, Loretto, musi pani znać to uczucie z autopsji - nudę, nie samotność, oczywiście - inaczej nie stroiłaby pani takich ujmująco zblazowanych min - przerwał na chwilę, tylko po to, by strząsnąć popiół do popielniczki.
- Tajemniczy i nieprzystępny... - powtórzył za kobietą, obracając te słowa na języku, ni to z rozbawieniem, ni to z kpiną wobec tej analizy swojego charakteru. - Po prostu wiem, że nazwisko i tak zaraz pani wyrzuci z pamięci. - Ton Mulcibera był ironiczny (i tylko trochę uszczypliwy), kiedy nawiązał do jej wcześniejszej uwagi. Nie znał Loretty Lestrange, i ciekawiło go, z jakiej strony trzeba było ją podejść, by zatrzymać jej zainteresowanie, sprawić, by lepkie spojrzenie przykleiło się na resztę wieczoru do jego twarzy.
- Jestem raczej sentymentalny - rzucił w końcu, odchyliwszy się nieznacznie na bok, by wypuścić z ust dym. - Kiedy wracam do Anglii, myślę sobie zawsze, jak to dużo czasu spędziłem poza ojczyzną, i przychodzę tu, popatrzeć na znajome twarze, licząc na coś... - wzruszył nieznacznie ramionami, jakby chciał oddalić razu zdystansować się od własnych wyznań. - Więcej? - rzucił, przywołując na twarz uśmiech, jakby teatralnie zażenowany własną naiwnością. - I zawsze się cholernie rozczarowywuję. A przynajmniej rozczarowywałem - aż do teraz. - Cały ten czas patrzył chciwie na towarzyszącą mu kobietę: papieros był równie smaczny, co widoki. Zastanawiał się, czy jej włosy pachną tak samo jak zgięcie jej szyi, skropione odświeżającymi perfumami, tak różnymi od ciężkiego zapachu wonnych kadzideł, który kojarzył mu się z Ambrosią; zastanawiał się, czy aby na pewno była legalna, czy pójdą do niej, czy do hotelu, i czy zostać z nią na zbliżającym się seansie spirytystycznym, czy wyciągnąć ją do ogrodu, by mogli porozmawiać. Ale na razie podziwiał Lorettę na jej własnych warunkach - w świetle jupiterów. - Więc, kim jesteś, Loretto? - teraz to on rzucił obcesowo, odchylając się nieco na krześle, by dać jej trochę przestrzeni. Nie zabrał jednak ramienia, które dalej spoczywało na oparciu jej siedziska.
Był ciekawy, kim właściwie była ta dziewczyna, której nie widywał przecież wcześniej na spotkaniach Spectrum - nie, żeby sam bywał tu na tyle często, by być na wszystkich - miała trzecie oko, czy może jakieś specjalne umiejętności, które łączyły ją z ogólnie pojętą społecznością wróżbitów?
Alexander był odrobinę mniej znudzony niż wcześniej.
Wątpił, by był z niej materiał na żonę.
Wydawała się być jedną z tych kobiet, które nieustannie potrzebują, by na nie patrzeć, bo inaczej nazbyt przytłacza je ciężar własnego istnienia - a może nieistnienia, bo czy można to nazwać życiem, kiedy wszystko podporządkowane jest performance'owi, a brakuje miejsca na autentyzm? - sam niechybnie oszalałby z taką partnerką u boku. Zapewne zawsze znalazłby się ktoś, kto patrzyłby na nią dłużej, bardziej intensywnie, z większym uwielbieniem, tym samym bardziej zasługując na miłość w oczach kobiety - a może właśnie uparcie odwracałby wzrok, niewrażliwy na urok panny, a to prowokowałoby ją do tym zacieklejszej walki o jego względy?
Wydawało się to szalenie męczące; zresztą, czy dało się patrzeć wprost na kogoś, kogo nieustannie spowija poblask jupiterów, czy raczej można było tylko zerkać spod zmrużonych powiek, by uniknąć późniejszego bólu głowy?
Alex szczerze w to wątpił, a że akurat gdzieś zapodział swoje czarne okulary, w których krył się przed paparazzi, po prostu grzecznie się zaśmiał i pokręcił głową na ten absurd.
Lestrange, jak przystało na wykształconą panienkę z dobrego domu, mogła uderzać w jakąś wysublimowaną retorykę, ale on był prostym mężczyzną: widział jej wędrujące spojrzenia - zdążyła zapewne przeprowadzić socjalną wiwisekcję większości zgromadzonych tutaj gości - widział też rozbrajające uśmiechy oraz egzaltowane acz pełne gracji ruchy, właściwe komuś, kto przyzwyczajony był brylować w towarzystwie. Szalenie atencyjna, stwierdził, z leniwą satysfakcją kogoś, kto nie pomylił się w swojej intuicyjnej ocenie sytuacji, a do tego nader słodko zepsuta. Musiała być też nawykła do takich nieprzystojnych rozmów, na granicy flirtu i zbereźności, skoro na jej policzkach nie widać było ani śladu rumieńców.
Nie lubił takich kobiet, ale lubił ich towarzystwo, zwłaszcza podczas samotnych nocy.
- Loretta... - obrócił jej imię na języku, jakby wypowiadał nieznane mu do tej pory słowo. - Ładnie. - Sam nie podjął trudu, by się przedstawić, trochę z rozmysłem, bo uważał, że to dosyć zabawne trzymać ją w niepewności, a trochę dlatego, że miał zwyczajnie wyjebane. Po co niby te formalności, skoro wkrótce i tak wylądują w łóżku? Wierzył, że ich ciała mogą tej jednej nocy poznać się lepiej aniżeli oni sami mogliby po miesiącach takich rozmów... Zwłaszcza, że potem zasypała go gradem zręcznych słówek.
- Zapewne huśta się na sierpie księżyca, spowita blaskiem gwiazd. Nędzny blichtr przyjęć wypada blado w porównaniu z nimi. - W kącikach ust Mulcibera zaplątał się niewinny uśmiech, kiedy niby to skupiał się na podpalaniu swojego papierosa, jakby te słowa - wypowiedziane ni to żartobliwie, ni to z powagą - kierował bardziej do samego siebie, niż do siedzącej obok dziewczyny. Zaczął od końca, od jej najbadziej bezpośredniego z pytań: "gdzie pana partnerka?" Och, czasami była wszędzie, I jeszcze tam, gdzie tylko akurat patrzył. Przez chwilę myślami był gdzieś dalej - gdzieś pomiędzy wnętrzem ich mieszkania, zakurzonym francuskim bezdrożem a z dnia na dzień coraz mniej odległym wyobrażeniem wybrzeża Grecji, dokąd niedługo miał wybrać się z Ambrosią - co noc powracał do tych obrazów, które to zastępowały mu marzenia senne podczas bezsennych nocy. Nie wspomniał imienia Ambrosii, nie musiał; opisał ją na tyle, by dziewczyna - widocznie lubiąca niedomówienia i gierki słowne - mogła zgadywać, czy mówi prawdę, czy plecie banały. Jego wzrok ślizgał się między jej pełnymi ustami a głębią brązowych oczu, w których błyskały iskierki ciekawości.
- Więc, jestem dzisiaj sam... I śmiertelnie się nudzę. - Potarł gładko ogoloną szczękę, mimowolnie, jak zawsze kiedy był lekko zamyślony, albo wyjątkowo self-conscious. Prawie zapomniał, że Donald rozwalił mu łuk brwiowy, ale widocznie nie przeszkadzało to siedzącej obok damie, która do tej pory nie uciekła z krzykiem. Skupił na niej ponownie całą intensywność spojrzenia. - Ale pani, Loretto, musi pani znać to uczucie z autopsji - nudę, nie samotność, oczywiście - inaczej nie stroiłaby pani takich ujmująco zblazowanych min - przerwał na chwilę, tylko po to, by strząsnąć popiół do popielniczki.
- Tajemniczy i nieprzystępny... - powtórzył za kobietą, obracając te słowa na języku, ni to z rozbawieniem, ni to z kpiną wobec tej analizy swojego charakteru. - Po prostu wiem, że nazwisko i tak zaraz pani wyrzuci z pamięci. - Ton Mulcibera był ironiczny (i tylko trochę uszczypliwy), kiedy nawiązał do jej wcześniejszej uwagi. Nie znał Loretty Lestrange, i ciekawiło go, z jakiej strony trzeba było ją podejść, by zatrzymać jej zainteresowanie, sprawić, by lepkie spojrzenie przykleiło się na resztę wieczoru do jego twarzy.
- Jestem raczej sentymentalny - rzucił w końcu, odchyliwszy się nieznacznie na bok, by wypuścić z ust dym. - Kiedy wracam do Anglii, myślę sobie zawsze, jak to dużo czasu spędziłem poza ojczyzną, i przychodzę tu, popatrzeć na znajome twarze, licząc na coś... - wzruszył nieznacznie ramionami, jakby chciał oddalić razu zdystansować się od własnych wyznań. - Więcej? - rzucił, przywołując na twarz uśmiech, jakby teatralnie zażenowany własną naiwnością. - I zawsze się cholernie rozczarowywuję. A przynajmniej rozczarowywałem - aż do teraz. - Cały ten czas patrzył chciwie na towarzyszącą mu kobietę: papieros był równie smaczny, co widoki. Zastanawiał się, czy jej włosy pachną tak samo jak zgięcie jej szyi, skropione odświeżającymi perfumami, tak różnymi od ciężkiego zapachu wonnych kadzideł, który kojarzył mu się z Ambrosią; zastanawiał się, czy aby na pewno była legalna, czy pójdą do niej, czy do hotelu, i czy zostać z nią na zbliżającym się seansie spirytystycznym, czy wyciągnąć ją do ogrodu, by mogli porozmawiać. Ale na razie podziwiał Lorettę na jej własnych warunkach - w świetle jupiterów. - Więc, kim jesteś, Loretto? - teraz to on rzucił obcesowo, odchylając się nieco na krześle, by dać jej trochę przestrzeni. Nie zabrał jednak ramienia, które dalej spoczywało na oparciu jej siedziska.
Był ciekawy, kim właściwie była ta dziewczyna, której nie widywał przecież wcześniej na spotkaniach Spectrum - nie, żeby sam bywał tu na tyle często, by być na wszystkich - miała trzecie oko, czy może jakieś specjalne umiejętności, które łączyły ją z ogólnie pojętą społecznością wróżbitów?
Alexander był odrobinę mniej znudzony niż wcześniej.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat