– To będziesz musiała go tak często łapać – odparł dzieciakowi.
Vincent nigdy nie przepadał za kotami. Były wręcz nieznośnymi, złośliwymi, leniwymi sierściuchami. Wolał psy, swoje smoczogniki i inne dzikie zwierzęta. Teraz jednak miał zamiar ściągnąć kota dla jakiegoś małego, nieznośnego, zasmarkanego dzieciaka. Do tego spotkał Gerldine, której nie miał zamiaru przyznawać się do tego kim jest, bo po co tej wstrętnej żmii taka informacja, hm? Podszedł powoli i ostrożnie do miejsca, gdzie siedział kot. Zrobił jakieś dziwne kici, kici i spróbował po niego sięgnąć. Kot spojrzał na niego, miauknął i machnął nerwowo ogonem. Vincent zauważył, że było coś nie tak, ale nie miał zamiaru się zrazić. Już prawie go miał, czuł wręcz futro pod palcami, ale wstrętny pchlarz zasyczał i zadrapał go w dłoń przeskakując w inne miejsce. Nie będzie tak łatwo jak można było się spodziewać.
– Trzeba wymyślić coś innego – mruknął bardziej do siebie i podszedł do Geraldine. – Nie ma sensu ganianie tego kota po całej ulicy, to pieprzony kot. Trzeba go jakoś zwabić w jedno miejsce, w pułapkę. – mruknął. Nie wiedział czemu chciał tu zostać i pomóc. Mógł po prostu stanąć z boku i chichrać się z tego jak Yaxley będzie biegać po zaułku i gonić kota, ale jakoś chyba żal mu było tej małej.