Ten atak nie dawał mu spokoju. Jego brat wszystko bagatelizował, Laurent próbował żyć dalej, a on siedział jak na szpilkach czekając na kolejnego frajera, co spróbuje zaatakować mu rodzinę. Ciekawiło go też to, co Brenna chciała od jego brata, co za interes do niego miała. W końcu jako Brygadzistka raczej nie powinna do niego łazić, a jeszcze bardziej jako Longbottom. Wypalił już dzisiaj prawie całą paczkę fajek i niewiele to dawało. Był zajęty swoimi obowiązkami, więc to jakoś zatrzymywało jego myśli w miejscu, ale rwał się do tego, aby czegokolwiek się dowiedzieć na temat tamtego mężczyzny. Jeszcze nie raz łaził po lesie i szukał jakichkolwiek śladów na temat tamtego faceta, ale nic. Fiasko.
Ubrany był standardowo, w mugolskie dżiny, podkoszulek i ciężkie buty. Do ostatniego momentu nie planował brać prezentu od Brenny, ale z drugiej strony nie byłby sobą, gdyby nie spróbował jej rozśmieszyć, gdyby nie spróbował rozładować napięcia, które tak skutecznie zbudował swoim listem. Wiedział, że ona teraz zjada paznokcie denerwując się tym o co mu chodziło. W końcu, gdyby chciał ją wypytać o jej misje zrobiłby już to dawno w liście, gdyby chciał się pochwalić swoimi wyczynami również by już dawno to zrobił, a tak wysłał liścik, który nic nie mówił. W środku delikatnie triumfował. W końcu wylądował w umówionym miejscu i naciągnął na głowę kapelusz czekając na jej reakcję. W jej oczach widział rozbawienie, ale skubana nie wy buchnęła śmiechem. Podszedł do niej i spojrzał na psiaki. Lubił psy, naprawdę lubił psy. Za kotami za to nie przepadał. Nie znosił ich wręcz.
– Spokojnie nie chce się bić i nie, nie chodzi o adres – ściągnął kapelusz z głowy i wcisnął go do torby z powiększonym dnem. – Nie będę owijał w bawełnę – mruknął i wskazał jej głową, że mogą iść dalej bo widział, że psy się niecierpliwiły. – Po co spotkałaś się z moim bratem? Zastanawiam się też, co zrobić z tym zwiadem. Naprawdę nie podoba mi się to, że zaatakowali moją rodzinę – odpalił papierosa i się nim zaciągnął.