19.01.2024, 21:12 ✶
Gałgan niemal natychmiast wyrwał do przodu, merdając ogonem i popiskując. Brenna podejrzewała niekiedy, że gdyby na progu stanął włamywacz, pies zalizałby go na śmierć. Łatek wycofał się za to, chowając za nogami właścicielki – najwyraźniej wysoki wzrost i jeszcze cylinder, dodający Vincentowi kilku centymetrów, ani trochę się mu nie podobały.
W domu Longbottomów roiło się od psów. W tej chwili nie uświadczyłoby się tam ani jednego kota, chociaż raczej nie dlatego, że domownicy ich nie lubili. Gdyby jakiś stanął na progu i poprosił o adopcję, pewnie jedynym argumentem przeciwko przyjęciu takiego byłoby, czy psy się z nim dogadają. Ach… i jeszcze jednak byłby drugi. Jak przyjęłaby to Elise, kobieta, która może Longbottomem się nie urodziła, ale władała większością domowników znacznie skuteczniej niż szacowny Godryk Longbottom.
Brenna obróciła się, tyłem do barierki i podparła o nią łokciami. Nigdy nie paliła, ale ostatnio w jej życiu zdarzały się momenty, gdy zaczynała mieć ochotę, by zacząć. W tej chwili też ją do tego ciągnęło, bo jednak Vincent chciał zapytać dokładnie o to, o czym wolałaby nie rozmawiać: o Edwarda Prewetta, powody wizyty, a „co ty knujesz?” właściwie wręcz zawisło w powietrzu. Miała stos powodów do spotkania się z Edwardem Prewettem. I była to tylko jedna z rzeczy, których w teorii nie powinna robić jako Brygadzistka, i nie powinna robić jako Longbottom, a jednak czuła się w obowiązku je robić, bo… bo była po prostu sobą.
Zadarła na moment głowę, spoglądając na pogodne, letnie niebo, jakby spodziewała się znaleźć tam odpowiedzi na wszystkie pytania. Jakąś wskazówkę, co powiedzieć Vincentowi.
Nigdy nawet nie pomyślała, żeby go w to wszystko wciągać. Nie był fanatykiem czystej krwi, wiedziała to: gdyby było inaczej, odsunęłaby się od niego, jak odsunęła od niektórych z dawnych znajomych, albo przynajmniej stałaby się ostrożniejsza – jak wobec tych dwóch osób, Flitnówny i Lestrangówny, których całkiem porzucić po prostu jeszcze nie umiała. Był jej przyjacielem, jednym z najlepszych i czasem mogło się zdawać, że są jak dwie strony jednej monety, różni i podobni jednocześnie, mocniej niż uwierzyłby ktokolwiek, kto nie miał okazji bardzo dobrze ich obojga poznać – a takich osób przecież niemal nie było. Ale jednocześnie Brenna nie widziała Prewettów w pierwszej linii tej wojny. Nie wyobrażała sobie, żeby ktoś taki jak Vincent chciał walczyć wyłącznie w imię prawdy i sprawiedliwości, bo przecież zawsze powtarzał, że nie lubił nawet ludzi. I wiedziała, jak mocno zamieszany jest w różne interesy, niekoniecznie legalne.
Czy sytuacja zmieniła się teraz na tyle, by faktycznie przestać milczeć?
Gdy wojna pukała do jego domu?
Gdy – w gruncie rzeczy – mogli potrzebować właśnie kogoś, kto umie poruszać się po półświatku…?
– Zobaczyłam jego zdjęcie w gazecie, śmiertelnie się zakochałam i postanowiłam go niecnie uwieść – oświadczyła bez mrugnięcia okiem. – Jest właścicielem masy kasyn, Sherwood. Do tych chodzą bogaci i wpływowi tego świata, i ci, którzy marzą o tym, aby coś ugrać. A wśród śmierciożerców są głównie trzy kategorie… Ci, którzy są niezadowoleni ze swojego losu i chcą coś na tym ugrać, ci, którzy po prostu lubią zabijać i ci, którzy są bogaci, wpływowi, uważają się za lepszych od motłochu i chcą, żeby tak już na zawsze zostało.
W domu Longbottomów roiło się od psów. W tej chwili nie uświadczyłoby się tam ani jednego kota, chociaż raczej nie dlatego, że domownicy ich nie lubili. Gdyby jakiś stanął na progu i poprosił o adopcję, pewnie jedynym argumentem przeciwko przyjęciu takiego byłoby, czy psy się z nim dogadają. Ach… i jeszcze jednak byłby drugi. Jak przyjęłaby to Elise, kobieta, która może Longbottomem się nie urodziła, ale władała większością domowników znacznie skuteczniej niż szacowny Godryk Longbottom.
Brenna obróciła się, tyłem do barierki i podparła o nią łokciami. Nigdy nie paliła, ale ostatnio w jej życiu zdarzały się momenty, gdy zaczynała mieć ochotę, by zacząć. W tej chwili też ją do tego ciągnęło, bo jednak Vincent chciał zapytać dokładnie o to, o czym wolałaby nie rozmawiać: o Edwarda Prewetta, powody wizyty, a „co ty knujesz?” właściwie wręcz zawisło w powietrzu. Miała stos powodów do spotkania się z Edwardem Prewettem. I była to tylko jedna z rzeczy, których w teorii nie powinna robić jako Brygadzistka, i nie powinna robić jako Longbottom, a jednak czuła się w obowiązku je robić, bo… bo była po prostu sobą.
Zadarła na moment głowę, spoglądając na pogodne, letnie niebo, jakby spodziewała się znaleźć tam odpowiedzi na wszystkie pytania. Jakąś wskazówkę, co powiedzieć Vincentowi.
Nigdy nawet nie pomyślała, żeby go w to wszystko wciągać. Nie był fanatykiem czystej krwi, wiedziała to: gdyby było inaczej, odsunęłaby się od niego, jak odsunęła od niektórych z dawnych znajomych, albo przynajmniej stałaby się ostrożniejsza – jak wobec tych dwóch osób, Flitnówny i Lestrangówny, których całkiem porzucić po prostu jeszcze nie umiała. Był jej przyjacielem, jednym z najlepszych i czasem mogło się zdawać, że są jak dwie strony jednej monety, różni i podobni jednocześnie, mocniej niż uwierzyłby ktokolwiek, kto nie miał okazji bardzo dobrze ich obojga poznać – a takich osób przecież niemal nie było. Ale jednocześnie Brenna nie widziała Prewettów w pierwszej linii tej wojny. Nie wyobrażała sobie, żeby ktoś taki jak Vincent chciał walczyć wyłącznie w imię prawdy i sprawiedliwości, bo przecież zawsze powtarzał, że nie lubił nawet ludzi. I wiedziała, jak mocno zamieszany jest w różne interesy, niekoniecznie legalne.
Czy sytuacja zmieniła się teraz na tyle, by faktycznie przestać milczeć?
Gdy wojna pukała do jego domu?
Gdy – w gruncie rzeczy – mogli potrzebować właśnie kogoś, kto umie poruszać się po półświatku…?
– Zobaczyłam jego zdjęcie w gazecie, śmiertelnie się zakochałam i postanowiłam go niecnie uwieść – oświadczyła bez mrugnięcia okiem. – Jest właścicielem masy kasyn, Sherwood. Do tych chodzą bogaci i wpływowi tego świata, i ci, którzy marzą o tym, aby coś ugrać. A wśród śmierciożerców są głównie trzy kategorie… Ci, którzy są niezadowoleni ze swojego losu i chcą coś na tym ugrać, ci, którzy po prostu lubią zabijać i ci, którzy są bogaci, wpływowi, uważają się za lepszych od motłochu i chcą, żeby tak już na zawsze zostało.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.