19.01.2024, 21:48 ✶
– Będzie teraz oczekiwał głaskania przez jakiś czas. Tak od dwóch tygodni do dwóch lat – skwitowała Brenna, spuszczając oba psy ze smyczy. Okolicę było widać jak na dłoni, Łatek nigdy się nie oddalał, a Gałgan… podejrzewała, że będzie teraz trącać łbem Vincenta i domagać się głaskania, więc też nigdzie się nie ruszy.
Nie, nie była zainteresowana Edwardem Prewettem. Musiałaby upaść na głowę, żeby coś takiego wpadło jej do głowy. Do uwodzenia kogokolwiek zresztą nie nadawała się kompletnie, chociaż kiedy Vincent wspomniał o tym, że w polu jej zainteresowań nie powinien znaleźć się „zwłaszcza żaden Prewett”, pomyślała, że los jednak bywał ironiczny. Bo nie to, że takiego uwodziła, o tym nawet nie pomyślała, ale w tej głowie wciąż jeszcze miała kogoś, kto krwi Prewett nosił w sobie całkiem sporo. Odgoniła jednak od siebie tę natrętną myśl, bo powinna się ich pozbyć: nie mogła już nawet usprawiedliwiać tego rytuałem, a doskonale rozumiała, że ten konkretny chłopak miał oczy dla zupełnie innych dziewczyn niż ona. Zresztą, czy człowiek, który dał jej tę głupią pralinkę w ogóle istniał, skoro kierowała nim magia?
– Nie chcesz dostawać głupich odpowiedzi, nie zadawaj głupich pytań – stwierdziła i podciągnęła się, by przysiąść na barierce. Matka zawsze ganiła ją za robienie takich rzeczy, roztaczając przed Brenną wizję wpadnięcia prosto do strumienia, a Brenna rzecz jasna tylko tym chętniej sobie na tego typu zachowania pozwalała, chociaż niekoniecznie na oczach matki. (Nawet teraz, po wielu, wielu latach, wolała nie robić tego w jej obecności.) I to, że raz do rzeki faktycznie wpadła, ani trochę Brenny nie zniechęciło…
– Nie, dzięki – odparła, po jakiejś sekundzie walki z samą sobą. Prawie nie piła – poza grzecznościowymi toastami na balach, a i wtedy pilnowała, by ledwo zamoczyć usta i robiła to głównie, kiedy była gospodynią – nie paliła i wolała nie wpadać w żaden z tych nałogów. – Merlinie, Vinc – parsknęła, spoglądając na niego z mieszaniną rozbawienia i politowania, chociaż tak naprawdę wcale nie była teraz wesoła. Cała ta rozmowa była cholernie poważna, i mogłaby przysiąc, że gdyby przesunęła nożem po powietrzu, odkryłaby, że to stawia opór, tak zgęstniało od napięcia… – Naprawdę sądzisz, że ja robię rzeczy tak, jak typowo robi Ministerstwo Magii? Po roku siedemdziesiątym? Poszłam do twojego brata całkowicie prywatnie. Porozmawiać o tym i owym. To nie ma niczego wspólnego z pracą.
Informacje o śmierciożercach, które Ministerstwo Mogło wykorzystać, przekazywała. Krycie takich rzeczy było samo w sobie współudziałem. Ale tam, gdzie było jasne, że departament i tak nic nie zrobi, że szefowie rozłożą ręce, że procedury, że za mało dowodów i w ogóle… Po to istniał Zakon, prawda?
– Nie, nie sądzę, że ktoś w kasynie zaatakowałby jego syna. Byłby samobójcą. Ale uznałam, że jeśli Edward Prewett nie ma chęci żyć w świecie, w którym trzeba padać na kolana przed Voldemortem, to może zechce czasem szepnąć słowo albo dwa z tych, które szepcą mu pracownicy. A z którymi sam raczej nic nie robi, bo czemu miałby iść na jakąś bezpośrednią wojnę.
Nie, nie była zainteresowana Edwardem Prewettem. Musiałaby upaść na głowę, żeby coś takiego wpadło jej do głowy. Do uwodzenia kogokolwiek zresztą nie nadawała się kompletnie, chociaż kiedy Vincent wspomniał o tym, że w polu jej zainteresowań nie powinien znaleźć się „zwłaszcza żaden Prewett”, pomyślała, że los jednak bywał ironiczny. Bo nie to, że takiego uwodziła, o tym nawet nie pomyślała, ale w tej głowie wciąż jeszcze miała kogoś, kto krwi Prewett nosił w sobie całkiem sporo. Odgoniła jednak od siebie tę natrętną myśl, bo powinna się ich pozbyć: nie mogła już nawet usprawiedliwiać tego rytuałem, a doskonale rozumiała, że ten konkretny chłopak miał oczy dla zupełnie innych dziewczyn niż ona. Zresztą, czy człowiek, który dał jej tę głupią pralinkę w ogóle istniał, skoro kierowała nim magia?
– Nie chcesz dostawać głupich odpowiedzi, nie zadawaj głupich pytań – stwierdziła i podciągnęła się, by przysiąść na barierce. Matka zawsze ganiła ją za robienie takich rzeczy, roztaczając przed Brenną wizję wpadnięcia prosto do strumienia, a Brenna rzecz jasna tylko tym chętniej sobie na tego typu zachowania pozwalała, chociaż niekoniecznie na oczach matki. (Nawet teraz, po wielu, wielu latach, wolała nie robić tego w jej obecności.) I to, że raz do rzeki faktycznie wpadła, ani trochę Brenny nie zniechęciło…
– Nie, dzięki – odparła, po jakiejś sekundzie walki z samą sobą. Prawie nie piła – poza grzecznościowymi toastami na balach, a i wtedy pilnowała, by ledwo zamoczyć usta i robiła to głównie, kiedy była gospodynią – nie paliła i wolała nie wpadać w żaden z tych nałogów. – Merlinie, Vinc – parsknęła, spoglądając na niego z mieszaniną rozbawienia i politowania, chociaż tak naprawdę wcale nie była teraz wesoła. Cała ta rozmowa była cholernie poważna, i mogłaby przysiąc, że gdyby przesunęła nożem po powietrzu, odkryłaby, że to stawia opór, tak zgęstniało od napięcia… – Naprawdę sądzisz, że ja robię rzeczy tak, jak typowo robi Ministerstwo Magii? Po roku siedemdziesiątym? Poszłam do twojego brata całkowicie prywatnie. Porozmawiać o tym i owym. To nie ma niczego wspólnego z pracą.
Informacje o śmierciożercach, które Ministerstwo Mogło wykorzystać, przekazywała. Krycie takich rzeczy było samo w sobie współudziałem. Ale tam, gdzie było jasne, że departament i tak nic nie zrobi, że szefowie rozłożą ręce, że procedury, że za mało dowodów i w ogóle… Po to istniał Zakon, prawda?
– Nie, nie sądzę, że ktoś w kasynie zaatakowałby jego syna. Byłby samobójcą. Ale uznałam, że jeśli Edward Prewett nie ma chęci żyć w świecie, w którym trzeba padać na kolana przed Voldemortem, to może zechce czasem szepnąć słowo albo dwa z tych, które szepcą mu pracownicy. A z którymi sam raczej nic nie robi, bo czemu miałby iść na jakąś bezpośrednią wojnę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.