adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV
Pokątna rzadko była pusta – ludzie przestawiali się po niej przemieszczać późno, a pojawiali się z powrotem wczesnym rankiem, często na długo przed tym, jak niebo zaczynało szarzeć. Zdawało się, że czarodzieje znikali z niej tylko gdzieś koło drugiej nad ranem, by powrócić w okolicach czwartej. Może był to naturalny rytm życia magicznego miasta, a może opowieści o tym, że o trzeciej na Pokątnej działy się dziwne rzeczy. Odżywały strachy, cienie prosiły do tańca, szepty rozbrzmiewały gdzieś w ciemnościach.
Tej nocy jednak Brenna nawet nie pamiętała o tych historiach, o widmach, które mogłyby wygaszać latarnie o trzeciej nad ranem. Widma zresztą gościły teraz w jej głowie, świeże wspomnienia duchów, które odeszły po dekadach na statku, a zmęczenie, i to czysto fizyczne, i to psychiczne, wyciągało także inne strachy, inne myśli, o bardziej materialnych zagrożeniach, czających się w Anglii, o ogniach Beltane, i że pierwszy raz w życiu chciałaby chyba uciec, ale to było niemożliwe: bo musiałaby uciec przed samą sobą. I nawet o tym, że prawie dziwnie było prowadzić pod rękę lekko podchmieloną Avelinę (by przypadkiem nie zachwiała się na jakiejś nierówności chodnika i nie runęła na ulicę), bo ta nie była zimna.
Wędrowały ulicą, dwie kobiety w eleganckich strojach, ledwo co po opuszczeniu przyjęcia. Samo przyjęcie, kolorowe ubrania, znane twarze, dźwięki muzyki, jedzenie na stołach, zdawało się jednak teraz Brennie nierealne. Mniej rzeczywiste niż wizje ze statku, jakby było na wpół zapomnianym snem, a nie świeżym wspomnieniem. Brenna, szła, zapatrzona gdzieś w ciemność, kryjącą się poza światłami latarni. A choć zmysły miała trochę otępiałe, nie pobudzone nawet mimo trzech wypitych ledwo co kaw, w głowie zaś tkwiło zbyt wiele myśli, zbyt wiele emocji, prawą rękę i tak trzymała w pobliżu różdżki.
Stała czujność.
Zwłaszcza nocą, w magicznym Londynie, zaledwie kilka tygodni po grozie Beltane.
– Chcesz pogadać, Ave, czy wolisz pomilczeć? – spytała prosto z mostu. Lubiła mówić, lubiła wypełniać ciszę, lubiła słowa, ale całkiem nieźle potrafiła też słuchać i wbrew pozorom potrafiła i docenić milczenie. Zrozumieć, że czasem ktoś go potrzebował. Znała Avelinę całkiem nieźle, od wielu lat, ale nie uzurpowała sobie prawa do rozsądzona, czego ta teraz potrzebuje bardziej. Rozmowy o wszystkich duchach i wizjach ze statku, wyrzucenia tego z siebie jak trucizny? Ciszy, samotności i ciemności, w których można się ukryć? Czyjejś obecności, ale w milczeniu albo bzdurnych historyjek, dzięki którym ona nie będzie musiała mówić? A może dręczyło ją coś zupełnie innego niż wyprawa na Perłę Morza?
Brenna czasem wolała po prostu spytać, zamiast próbować się domyślać. I była gotowa zaakceptować decyzję Aveliny w tym względzie, niezależnie od tego, jaka ona nie będzie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.