20.01.2024, 14:29 ✶
Ridikkulus przemieniało bogina, ale… twojego własnego. Florence nie mogła walczyć z samą sobą, ze strachem Camerona: bo nie był jej strach. Jej lęki przyjmowały postać ciał trzech najbliższych osób, o których wiedziała, że podczas wojny ryzykują życiem: wszyscy troje w pracy aurorów, a jedno także w ramach cichych działań gdzieś za kulisami.
Jej strach zawsze czaił się gdzieś za rogiem, wciąż możliwy do spełnienia i w tym spełnieniu ostateczny. Pająk, szyszymora, a nawet taka Florence Bulstrode, to były lęki, które mogły sprawić, że ktoś skamienieje, ale z nimi dało się walczyć, stawiam ich czoła.
Śmierć dało się cofnąć tylko, gdy odgrywał ją bogin.
Gdyby Florence nie zobaczyła martwego brata, może nawet byłaby całą tą sytuacją mocno rozbawiona. Wszystkim, od tego, że Cameron zmywał te podłogi osobiście, przez to, że sądził, że Florence planuje przez morderstwo, ale najwyraźniej nie odważył się bardziej zaprotestować przeciwko współudziałowi, aż po swoją własną postać, wychodzącą ze schowka na miotły. Iskierki rozbawienia jednak miały pojawić się dopiero za jakiś czas, kiedy będzie opowiadała o całej tej historii matce albo Patrickowi. W tej chwili… nie, nie była zła, raczej dość spokojna po prostu i zadowolona, że usunęli bogina, który mógł poważnie namieszać w klinice. Florence odnotowała, że musi powiadomić o tym zdarzeniu ordynatora, bo skoro bogin zagnieździł się tutaj raz, trzeba było dopilnować, aby nie pojawił się drugi.
– Bardziej niepokoi mnie, że bogin trzymał igłę i nitkę niż ze przybrał moją postać, panie Lupin – powiedziała niemal łagodnym tonem, zamykając drzwi schowka. Dlaczego miałaby się przejmować tym, że jest największym strachem Camerona? Nie spodziewała się tego, w końcu nie była żadnym Voldemortem w spódnicy, ale zdarzały się różne rzeczy. Lupin powinien raczej się cieszyć, że świadkiem tego wydarzenia była jedynie Florence, a nie jego koledzy z Akademii Munga, którzy zapewne nie daliby mu żyć.
– Jeżeli skończył pan już z podłogą, może pan iść przygotować eliksiry dla pacjentów, na poranny obchód. A na pańskim następnym dyżurze, poćwiczy pan zakładanie szwów i opatrunków niemagicznym sposobem – oświadczyła stanowczo. Odwróciła się do Camerona i posłała mu uśmiech, który jednak nie sięgał oczu. – Myślę, że warto, aby odświeżył pan sobie wiedzę z kursów pomocy medycznej, w sytuacjach, gdy brakuje eliksirów… ostatnie Beltane niestety udowodniło, że tego typu umiejętności są bardzo istotne – powiedziała, a potem odeszła korytarzem, mając zamiar upewnić się, że gdy tu przebywała, nie pojawił się ktoś potrzebujący pilnej pomocy medycznej i następnie przygotować się do porannego obchodu, który miała odbyć tuż przed wyjściem z pracy…
Jej strach zawsze czaił się gdzieś za rogiem, wciąż możliwy do spełnienia i w tym spełnieniu ostateczny. Pająk, szyszymora, a nawet taka Florence Bulstrode, to były lęki, które mogły sprawić, że ktoś skamienieje, ale z nimi dało się walczyć, stawiam ich czoła.
Śmierć dało się cofnąć tylko, gdy odgrywał ją bogin.
Gdyby Florence nie zobaczyła martwego brata, może nawet byłaby całą tą sytuacją mocno rozbawiona. Wszystkim, od tego, że Cameron zmywał te podłogi osobiście, przez to, że sądził, że Florence planuje przez morderstwo, ale najwyraźniej nie odważył się bardziej zaprotestować przeciwko współudziałowi, aż po swoją własną postać, wychodzącą ze schowka na miotły. Iskierki rozbawienia jednak miały pojawić się dopiero za jakiś czas, kiedy będzie opowiadała o całej tej historii matce albo Patrickowi. W tej chwili… nie, nie była zła, raczej dość spokojna po prostu i zadowolona, że usunęli bogina, który mógł poważnie namieszać w klinice. Florence odnotowała, że musi powiadomić o tym zdarzeniu ordynatora, bo skoro bogin zagnieździł się tutaj raz, trzeba było dopilnować, aby nie pojawił się drugi.
– Bardziej niepokoi mnie, że bogin trzymał igłę i nitkę niż ze przybrał moją postać, panie Lupin – powiedziała niemal łagodnym tonem, zamykając drzwi schowka. Dlaczego miałaby się przejmować tym, że jest największym strachem Camerona? Nie spodziewała się tego, w końcu nie była żadnym Voldemortem w spódnicy, ale zdarzały się różne rzeczy. Lupin powinien raczej się cieszyć, że świadkiem tego wydarzenia była jedynie Florence, a nie jego koledzy z Akademii Munga, którzy zapewne nie daliby mu żyć.
– Jeżeli skończył pan już z podłogą, może pan iść przygotować eliksiry dla pacjentów, na poranny obchód. A na pańskim następnym dyżurze, poćwiczy pan zakładanie szwów i opatrunków niemagicznym sposobem – oświadczyła stanowczo. Odwróciła się do Camerona i posłała mu uśmiech, który jednak nie sięgał oczu. – Myślę, że warto, aby odświeżył pan sobie wiedzę z kursów pomocy medycznej, w sytuacjach, gdy brakuje eliksirów… ostatnie Beltane niestety udowodniło, że tego typu umiejętności są bardzo istotne – powiedziała, a potem odeszła korytarzem, mając zamiar upewnić się, że gdy tu przebywała, nie pojawił się ktoś potrzebujący pilnej pomocy medycznej i następnie przygotować się do porannego obchodu, który miała odbyć tuż przed wyjściem z pracy…
Koniec sesji