Uśmiech. Piękna gwiazda rozjaśniająca lot komety, której ognistym ogonem były włosy tej zjawiskowej kobiety. Jeśli ktoś zasłużył na bycie nazwanym Ciałem Niebieskim, to chyba właśnie ona. Nie, nie niebieskim, bo przecież to był kolor smutku. Czerwonym. Gwiazda, ale nie spadająca - jaśniejąca. Planeta, ale nie jałowa - Matka Ziemia. Wiatr, lecz nie ten, co wyje pod dachem - ten, co plątał się między drzewami i górami. Wolna wola i wolna myśl, a usta jej smakowały jak maliny późną wiosną. Olivia Quirke w całej swojej niepozorności była obrazem, który nie zasłużył na to, żeby zwiniętym leżeć na strychu, zapomniany. Zasłużyła na to, by wsunąć ją w złotą ramę, bo nawet to złoto nie przykryje jej wartości i nie przyćmi piękna, by powiesić ją nad kominkiem tak jak ten obraz przedstawiający selkie w jego własnym salonie. Mogłaby być ubrana tak jak dzisiaj, ale przecież najlepiej wyglądała nago. Bo ta Matka Natura nie poskąpiła jej niczego - i tę nagość mogła nosić jak zbroję. Nosiła? Nie wiedział. Minęło parę miesięcy, przez które człowiek niby nie mógł się mocno zmienić, a jednocześnie zmienić się mógł całkowicie. Więc jak to było? Na pewno ta opowieść brzmiała tak: uśmiechnęła się do niego i jemu nie pozostało nic innego jak odwzajemnić uśmiech... prawie jakby pióro pisało wstęp do Harlequina. A to było tylko spotkanie przy herbacie. Herbacie - bo ten napar łączył ich tak, jak Mojry splatały ludzkie losy w warkocze.
- Za powiedzenie prawdy trzeba mówić cokolwiek? - Ciepły uśmiech zmienił się w momencie na enigmatycznie ulotny. Dotknięcie liścia zsuwającego się z drzewa, bo usta Laurenta smakowały teraz chłodem kasztanów. Tak z wiosny przeszliśmy do jesieni. Dwa przeciwne bieguny. Daj życie - ja je potem odbiorę. Odbierz życie - ja je potem oddam. Czy nie tak rozmawiałaby Panienka Wiosna z Panem Jesienią? - Bardzo lubiłem mówić, że jestem Kłamstwem. Nie oznacza to, że nie nauczono mnie kochać Prawdy. - Miał przyjaciela, który miał obsesję na tym punkcie, przynajmniej jemu wydawało się to obsesją. Zaraz - przyjaciela? A może... Miał obsesję na punkcie człowieka z obsesją? Czy to nie byłoby trafniej ujęte, skoro nie możesz kogoś wyrzucić ze swojej głowy? - Widzisz, ja również nie życzyłem tobie takiego życia. Nikomu go nie życzę. - Nie spoglądał jednak w tym momencie w oczy kobiety. Patrzył na swoje dłonie z prostymi pierścionkami, jakie zwykł nosić. Złożone (chciałoby się rzec, że niedbale) na stole.
- Dziękuję za przeprosiny. W końcu tę prawdę można ubierać w wiele kreacji. - A ta, którą dobrała Olivia była... wiemy dobrze, jaka była. Wciskała szpileczki, chociaż wcale niby nie chciałeś źle dla drugiej osoby. Tamta sytuacja mogła być o wiele gorsza, Olivia mogła zareagować inaczej... - Nie chciałem nigdy cię zranić, ale nie mogę powiedzieć, że żałuję. Nie żałuję żadnej minuty spędzonego z tobą czasu. - Przy tych słowach uniósł swoją twarz, nawiązał kontakt wzrokowy, którego nawiązywanie było przecież całą sztuką. Był pewien tego, co mówił, mimo że wypowiadał te słowa z takim spokojem. Tym typowym dla niego. - Dla mnie to samo. - Prawdę mówiąc nie miał ochoty się zastanawiać nad herbatami, nad menu... nie chciał myśleć. Skoro już myśleć miał, to wolał myśleć o tym, co było tutaj między nimi. - Olivio, to... to nie wypada, proszę... - Zmieszała go w tym momencie, otworzył szerzej ze zdziwienia oczy przy jej geście. Speszył się nieco. Kto to widział, kobieta płacąca za mężczyznę w... gdziekolwiek? Trochę się napiął, bo pierwszy raz spotkał się w zasadzie z takim zachowaniem.
- Nie wiem, czy to takie proste i zero-jedynkowe... czy naprawdę nie dawałem ci do tego powodu? Skoro takie wnioski wyciągnęłaś, to się cieszę. Jeśli ci to pomogło. - Laurent miał całe stadko kompleksów, które jak rozskakane króliczki tuptały sobie po jego głowie, ale wśród tych kompleksów nie było wątpliwości, że potrafi czarować, że przyciąga ludzi. Jakby był magnesem, a ludzie wokół niego opiłkami żelaza. I naprawdę nikogo nie chciał tym krzywdzić, ale przecież byłby kłamcą wobec siebie samego gdyby mówił, że nie wykorzystywał świadomości tego oddziaływania. - Cieszę się, że nie chcesz mnie obwiniać, ale niestety nie jest to do końca zgodne z rzeczywistością. Bo prawda jest taka, że zawieram z ludźmi umowy, wobec których otwarcie mówię, że emocje wyższe nie mają miejsca w moich relacjach. Nie zrobiłem tego z tobą. Spodziewałem się, że wtedy się odsuniesz. - Uważał to za bezczelne ze swojej strony - mówienie czegoś takiego wprost. Ale... taka była prawda. I skoro już mieli o tym porozmawiać, to nie chciał, żeby Olivia, którą uważał za wspaniałą kobietę, żyła w kłamstwie, że to... tylko jej wielka wina. - Zapewne tak... za to ja jestem winien wielkie przeprosiny. Ma nadrzędne słowo nad moim, a jej obecność przy twojej była stresująca. Wybacz, nie chciałem cię wyganiać, ale sądziłem, że będziesz się czuła bezpieczniej, jeśli nie będzie chciała cię więcej zaczepiać i będziesz mogła wrócić do domu. - Bez myśli, że Aydaya zaraz będzie węszyć wokół niej i jej rodziny.