Vincent na szczęście nie miał takich problemów. Zawsze radził sobie sam, szybko dorósł i nigdy nie potrzebował szukać swojego rodzeństwa. Zwykle to on był tym, którego szukano, bo jego rodzeństwo było grubo starsze od niego. Mógłby robić wręcz za ich własne dziecko, co czasami go wkurzało, bo sam Edward o tym zapominał, że był jego bratem, a nie ojcem. Na takich imprezach jednak czuł się zadowolony, że miał pełną swobodę w poruszaniu się i myśleniu, bez zamartwiania się o to, czy ktoś gdzieś jest i czy jest cały. Jeśli chodziło o Paskudną Brenne to widział ją już jakiś czas temu jak wymykała się z kuzynką w nieznanym mu kierunku. Nie skupił się na niej za bardzo, też nie pokazywał się w jej towarzystwie jakoś szczególnie oficjalnie. Zwykle spotykał się z nią w jakichś lasach będą w podartych spodniach, czasami jej unikał, aby nie ponieść konsekwencji z powodu swojej rodzinnej pracy.
Na ustach Prewetta malowało się delikatne rozbawienie, oczy mętnie patrzyły na swojego rozmówcę, ale łapał każde słowo, które mu przekazywał. Erik zdecydowanie różnił się od Brenny, która była zdecydowanie mocno bezpośrednia.
– Ja się bawię wyśmienicie i mów mi Vincent, pan Prewett to mój brat, albo ojciec – wzruszył ramieniem. Nie cierpiał oficjalności w rozmowach, dystansowały rozmówców i czuł się jakoś starzej.
Wzniósł szklankę z trunkiem w geście toastu przyglądając się jego wodzie. Oh, Longbottom, bo pić to trzeba z głową, a nie bez niej. Czy bawiła go ta sytuacja? Owszem. Czy to okazywał? Delikatnie, ale nie bezpośrednio. Po prostu był w dobrym humorze, uśmiechał się i bujał lekko na krześle barowym, na którym siedział. Nie był to jakiś wyjątkowo wygodny mebel, ale dało się na nim jakoś w miarę usiedzieć. Vincent należał do wysokich osób, więc takie krzesełka były dla niego na dłuższą sprawę trochę niekomfortowe, ale nikt nie wymyślił niczego lepsze, więc korzystał z czego miał. Na pewno był w lepszej sytuacji niż osoby, które miały metr pięćdziesiąt w kapeluszu.
– Brenna? Widziałem jak prowadziła jakąś dziewczynę, ale nie pamiętam w jakim kierunku. Ewidentnie jej towarzyszka miała dość na dzisiaj – upił kolejny łyczek i zerknął na niego – Jeśli potrzebujesz towarzystwa mogę ci go dotrzymać – dodał jeszcze i wyciągnął papierośnice, aby wyjąć z niej papierosa – Palisz? – podsunął mu ją, a potem sam dla siebie wziął i odpalił różdżką zaciągając się.
To jak jej szukał było naprawdę zabawne. Wyglądał trochę jak dziecko we mgle szukające swojego przewodnika / opiekuna – skreśl niepotrzebne. Oparł łokieć na barze i też zwrócił się do niego przodem, aby móc go obserwować. Tak się najlepiej rozmawiało, nie?
– Oh, nieee – zaprzeczył – Jestem wolnym strzelcem i oprócz tego dbam o rodzinny biznes. Same nudne sprawy – odparł – Hoduję też smoczogniki – dodał, bo w sumie to było naprawdę jego ulubione zajęcie.
Uniósł jedną brew ku górze w rozbawieniu, gdy Erik zaczął zasypywać go komplementami. Było w tym coś niesamowicie zabawnego i intrygującego.
– Zdarzyło się – uniósł lekko podbródek przyglądając się mu uważnie – Czyżbyś zmienił branżę rodzinną na rzecz fotografii? – zapytał. Nie czuł się komfortowo, aby mówić mu tego samego, więc tę kwestię przemilczał.